Arcydzieła grindhouse’u / Spag-West Mania: Człowiek zwany Ciszą (1968)

“Spaghetti western być może i stał się ‘szanowanym’ gatunkiem, lecz tylko [Sergio] Leone doczekał się należytego szacunku” – pisał Alex Cox. – „Leone to jedyny bad boy, jakiemu zezwolono na wejście do Domu Kultury, reszta chłopaków pozostała na zewnątrz”. Głównym tego powodem wydaje się być niskobudżetowość i często wynikająca z niej „niskogatunkowość” większości pozostałych produkcji. W przypadku twórczości Sergia Corbucciego, która stanowi wszakże gatunkowe kino autorskie pełną gębą, dodać należałoby nie lada brzydotę, brud, nihilizm i agresję. Co prawda, są to cechy, które na ogół zwykło się przypisywać całej konwencji i za to też ją krytykować, jednak ciężko nie mówić tu o krytykach konsekwentnie demonizujących nielubiany twór. Natomiast u Corbucciego to elementy tak charakterystyczne i ważne dla jego filmografii, jak, powiedzmy miks ironii, czarnego humoru i wizualno-muzycznej poezji u Leone. Człowiek zwany Ciszą to zapewne tego najlepszy dowód – jego najwybitniejsze osiągnięcie i być może najbardziej pesymistyczny western w historii, swoją siłę czerpiący z przewrotnego traktowania standardów gatunku oraz brutalnego łamania serducha odbiorcy.

Jak z czasem zaczęli przyjmować fani reżysera, Człowiek zwany Ciszą to druga część nieformalnej „trylogii błota i krwi”, zapoczątkowanej kultowym Django (1966) i zakończonej The Specialists (1969). Co najważniejsze, film ten uznać można za kwintesencję ówczesnej westernowej twórczości „drugiego Sergia”, przynajmniej jeśli za jej punkt startowy uznać właśnie Django – gdzie reżyser doprowadził gatunkowe wzorce do ekstremum – a nie imitujący jeszcze kino amerykańskie (choć inspirowany wiadomym hitem Akiry Kurosawy i już całkiem udany) jego pierwszy obraz o Pograniczu, czyli Minnesota Clay (1964). Właściwy Corbucci to ten, gdzie Dziki Zachód zamienia się w piekło niekończącego się okrucieństwa, żeby tylko wymienić ikoniczną scenę z Django, w której postać meksykańskiego rewolucjonisty odcina ucho kaznodziei, aby zaraz kazać mu je zjeść, a następnie strzelić mu jeszcze w plecy, czy otwarcie Navajo Joe (1966), gdzie tajemniczy jeździec przybywa do indiańskiej wioski, uśmiecha się do młodej kobiety piorącej ubrania w rzece, po czym strzela do niej i odcina jej skalp, podczas gdy jego towarzysze zaczynają masakrować pozostałych mieszkańców. Cóż, choć zawsze w jakimś stopniu komercyjny i populistyczny, spaghetti western był gatunkiem, któremu przynajmniej zdarzało się odbijać nastroje swojej epoki, kiedy to we Włoszech nie brakowało rejonów definiowanych ubóstwem, wysoką przestępczością i powszechnym brakiem zaufania do wszelkich władz. „Ukazujemy lub odtwarzamy atmosferę naszych czasów, czasów przemocy” – uzasadniał sam reżyser. – „Przemocy bez powodu, przemocy dla samej przemocy”.

W tym kontekście nie dziwią ani liczne treści polityczne, jakie Corbucci lubił umieszczać w swoich opowieściach – jako tło często mamy wykluczenia i nierówności społeczne, krwiożerczy kapitalizm czy po prostu postaci mniejszości rasowych i imigrantów (vide antybohater The Mercenary (1968), będący polskim handlarzem bronią) – ani też jego specyficzny sadyzm wobec swoich głównych postaci, które już począwszy od tytułowego bohatera Minnesota Clay, w połowie filmu tracącego nagle wzrok, bardzo lubił różnymi sposobami okaleczać. Jak sam tłumaczył, w ten sposób czynił ich historie ciekawszymi dramaturgicznie i wychodzącymi poza gatunkowe standardy. Ale zaraz – być może, drogi Czytelniku, chciałbyś mi wreszcie przerwać – dlaczego ciągle piszę o Corbuccim tak ogólnikowo, a nie potrafię przejść do Człowieka zwanego Ciszą? Otóż dlatego, że tym, co ten film czyni tak wyjątkowym, jest to, że z jednej strony stanowi on swoisty składak najbardziej specyficznych elementów filmografii „drugiego Sergia”, dobrze już znanych jego widzom, a z drugiej żonglując nimi w nietuzinkowy sposób, i dodać doń kilka nowych rozwiązań, autor rozsadził konwencję od środka.

Co rzadko spotykane w westernie, akcja filmu rozgrywa się zimą, a dokładniej w pobliżu gór Utah, pod koniec XIX wieku (ciekawostka: już Django miało być zimowym westernem, ale producenci nie pozwolili na to Corbucciemu, uznając to za pomysł zbyt radykalny). Rzecz pełna jest więc śniegu i widoków prezentujących rozmaite konsekwencje bardzo niskiej temperatury – od zamarzającej broni palnej, przez konie będące już zbyt zmęczone, aby jechać przez kolejne zaspy, po trupy znikające pod białym puchem. Na tymże terenie znajduje się Snow Hill, miasteczko spod znaku bezrobocia i biedy, które zmusiły wielu miejscowych do kradzieży, co sprawiło, że doczekali się statusu wyjętych spod prawa. Sytuację kontroluje bogaty bankier Pollicut (Luigi Pistilli), który najmuje grupę łowców głów, dowodzonych przez złowieszczego Loco (Klaus Kinski w jednej z najlepszych ról w karierze), aby polować na tychże złodziei, teraz ukrywających się (i umierających z głodu i zimna) w górach.

Jak podkreśla Kevin Grant, Człowiek zwany Ciszą to jeden z prawdopodobnie ledwie dwóch spaghetti westernów ukazujących łowców głów w tak negatywny sposób (tym drugim jest skądinąd znakomity A Minute to Pray, a Second to Die (Franco Giraldi, 1968), który, tak swoją drogą, początkowo też miał być też obrazem Corbucciego). Takie portretowanie tego rodzaju postaci to wszakże, uogólniając, domena kina amerykańskiego, podczas gdy Włosi z wielką chęcią marginalizowali kowbojów czy szeryfów, właśnie łowców częstokroć czyniąc swoimi ulubieńcami. Egoistycznymi i nie-do-końca-moralnymi, delikatnie rzecz ujmując, ale jednak. Innymi słowy, jedna z klisz włoskiej odmiany gatunku została tu potraktowana iście po „jankesku”. Najważniejszą zmianę względem reguł spaghetti przynosi tu jednak sam główny bohater.

Silence (znakomity Jean-Luis Trintignant) to najemnik (lub może po prostu płatny zabójca?), który przybywa do Snow Hill na zlecenie czarnoskórej Pauline (Vonetta McGee, jej etniczna odmienność jest regularnie podkreślana przez antagonistów), aby zabić Loco, który uśmiercił wcześniej jej męża. Początkowo Silence prezentuje się wyjątkowo enigmatycznie i mrocznie, jako kolejna, po ciągnącym trumnę Django, westernowa wersja personifikacji śmierci. Opisany jest przez jedną z postaci jako „diabeł wcielony”, ubiera się cały na czarno, nie wypowiada ani słowa i jest wybitny w uśmiercaniu swoich przeciwników, a jego pseudonim wyjaśniony jest takim oto zdaniem: „Nazywają go Ciszą, ponieważ gdzie by się nie udał, cisza śmierci podąża za nim”. Jak jednak dowiadujemy się po 40 minutach opowieści, bohater nigdy się nie odzywa, bo poderżnięto mu gardło, gdy był dzieckiem. Od momentu podania tej informacji widzowi, rozpoczyna się swoisty proces uczłowieczania i demitologizowania protagonisty, który stając się coraz bardziej ludzkim, staje się też coraz słabszym i bardziej podatnym na kolejne ataki.

[Jeśli jakimś cudem nie znasz jeszcze filmu, wiedz że niniejszy akapit to jeden wielki spoiler.] Co również cokolwiek wywrotowe, Silence, w przeciwieństwie do typowego bohatera włoszczyzny, który wie jak manipulować swoimi wrogami, okazuje się być postacią dosyć naiwną. Oraz szlachetną. Aby uniknąć ewentualnych problemów z prawem, zabija przeciwników tylko w obronie własnej, tj. najpierw ich prowokując do ataku. Zdając sobie z tego sprawę oraz wiedząc, jak dobrym Silence jest rewolwerowcem, Loco pozostaje bardzo spokojnym i cierpliwym, w pewnym momencie dając się nawet bohaterowi pobić i nie oddając choćby ciosu. W międzyczasie Silence zostaje jednak ranny w strzelaninie i już chwilę później zostaje zaskoczony kolejnym atakiem, tym razem skutkującym mocnym poparzeniem jego prawej dłoni (jest oczywiście praworęczny). Loco natomiast udaje się nagle zabić jedyną postać, która stanowiła istotne wsparcie dla Silence’a, mianowicie dobrodusznego szeryfa (urokliwy Frank Wolff) – stosunkowo rzadki w spaghetti westernie przypadek szeryfa nie będącego skorumpowaną gnidą czy tchórzem – jak również pojmać wszystkich pozostałych przy życiu lokalnych przestępców i umieścić ich w saloonie. Jak informuje ciężko rannego bohatera, jeśli ten nie przyjdzie zmierzyć się z nim w pojedynku, ludzie ci zostają wymordowani. Nie bacząc na swoje zdrowie, protagonista zjawia się na miejscy, aby ponownie dać się zaskoczyć – łowcy głów dziurawią mu dłonie, a sam Loco, zbliżając się doń wolnym i dumnym krokiem, strzela mu w łeb. W akcie smutnej desperacji Pauline, która nawiązała z bohaterem romans, próbuje jeszcze strzelić do Loco, ale, oczywiście, sama też zaraz pada trupem. Co jest być może najmroczniejszą parafrazą klasycznego westernu amerykańskiego, zamiast widoku bohatera odjeżdżającego w dal po obronie miasteczka przed bandytami widzimy, jak łowcy masakrują zebranych w saloonie ludzi, po czym odjeżdżają w siną dal, zostawiając podziurawionego bohatera i jego ukochaną na środku ulicy.

Człowiek zwany Ciszą to, jak to ujął Grant, „anty-Eurowestern, poddający w wątpliwość lub wywracający na drugą stronę wiele z mocno ugruntowanych już elementów gatunku”. Pomysł na transformację zabójczego protagonisty w szlachetnego bohatera, który daje się zabić w imię moralności (oraz swoistej walki klas), szybko przywodzi na myśl western amerykański. Inna sprawa, że ta konwersja ciągle naszpikowana jest nihilizmem i niezwykłym okrucieństwem  – rzeczony finał pozostaje jednym z najbrutalniejszych w historii włoszczyzny, a inspirowany był zabójstwami Malcolma X oraz Che Guevary, które miały mocno poruszyć Corbucciego, chcącego tu oddać im po swojemu hołd. Niemniej, film pozostaje dziełem o potężnej sile rażenia – jednocześnie wyciska esencję najbardziej ponurego oblicza spaghetti westernu i śmiało dekonstruuje jego elementy, a wszystko to w rytm tyleż pięknej, co smutnej muzyki Ennio Morricone, nadającej całości atmosfery wielkiej melancholii.

Niestety, ten najambitniejszy obraz w dorobku „drugiego Sergia” okazał się być zbyt pesymistycznym na gusta włoskiej publiki 1968 roku, a do amerykańskiej dystrybucji nawet nie trafił. Film był co prawda współprodukowany przez Twentieth Century Fox, lecz decydent w postaci samego Darryla F. Zanucka oburzył się na finał. Rozkazał twórcy nakręcić wersję alternatywną, optymistyczną, co ten też zrobił, ale w sposób możliwie najbardziej niedorzeczny, a rzemieślniczo niechlujny, aby nikt nie chciał takiego happy endu wykorzystać. Zanuck oburzył się jeszcze bardziej i zrezygnował z amerykańskiej dystrybucji filmu. Komercyjna klapa sprawiła zaś, że reżyser zaczął zmieniać charakter swojej twórczości, odtąd idąc w coraz lżejsze tony (za wyjątkiem wspomnianego wcześniej The Specialists), by wreszcie w latach 70. zacząć się specjalizować w komediach sensu stricto. Jak sam przyznawał, interesowały go już tylko pieniądze, nie kłótnie z producentami. Szkoda. W jednym z wywiadów sam Leone miał go określić mianem „najbardziej kreatywnego włoskiego reżysera” i stwierdzić, że „gdyby tylko mógł zrealizować wszystkie swoje pomysły, byłby jednym z największych”. Cóż, dla niektórych, za sprawą tak tego arcydzieła, jak i połowy jego pozostałych westernów (a mowa tu o łącznie 12 tytułach zrealizowanych w 11 lat), i tak pozostaje jednym z największych.

Źródła:

Cox, Alex. 10,000 Ways to Die. A Director’s Take on the Spaghetti Western. Harpenden: Kamera Books, 2009.

Grant, Kevin. Any Gun Can Play: The Essential Guide to Euro-Western. Godalming: FAB Press, 2011.

Western, Italian Style. Reż. Patrick Morin. USA: 1969.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

1 Trackback / Pingback

  1. Spag-West Mania: A Taste of Death (1968) – Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*