The Bell from Hell (1973). Komu bije dzwon

Juan (Renaud Verley) ostatnich kilka lat spędził w zakładzie psychiatrycznym. Teraz, „wyleczony”, opuszcza przybytek i udaje się w rodzinne rejony. Chwyta się dorywczej pracy w rzeźni, odwiedza dawnych znajomych, jak i rodzinę. Sęk w tym, że to właśnie jego ciotka oraz jej trzy córki przyczyniły się swego czasu do umieszczenia chłopaka w szpitalu. Teraz przyszedł czas rozliczenia…

The Bell from Hell to iście enigmatyczny przykład euro-horroru i przystępując do seansu najlepiej wiedzieć o fabule jak najmniej. Scenariusz nader oszczędnie dozuje widzowi fakty, odkrywając kolejne fragmenty układanki krok po kroku, w sposób przemyślany i ascetyczny zarazem. Zrazu o głównym bohaterze wiemy jedynie tyle, iż właśnie opuścił mury instytucji, czuje się wyalienowany i próbuje odbudować swoje życie. Jego relacje z otoczeniem są mgliste, w powietrzu wisi jakiś ponury, skrzętnie skrywany sekret. Nastrój tajemnicy potęgują skąpane we mgle lokacje, filmowane z „gotycką” manierą przez Manuela Rojasa (m.in. My Dear Killer [1972]): stanowiące miejsce akcji małe miasteczko to miejsce nieprzyjazne, typowe prowincjonalne piekiełko, gdzie każdy ma coś „za uszami”, a o statusie obywatela decyduje wysokość datków na lokalny kościół. W takim otoczeniu Juan sprawia wrażenie kogoś z innego świata: nie wiemy do końca, co było bezpośrednią przyczyną jego odizolowania, czy rzeczywiście jest szalony czy to jedynie wyrazisty przypadek ekscentryzmu? A może zwyczajna gra, kolejny wisielczy żart nonkonformisty?

The Bell from Hell to przede wszystkim film klimatu i znaków zapytania, miłośnicy gore będą więc raczej zawiedzeni. Choć i pod tym względem twórcy postawili na niejednoznaczność: w wersji nieocenzurowanej dostajemy bowiem kilka minut zarejestrowanego na taśmie uboju zwierząt, które wrażliwego widza mogą narazić na nie lada wstrząs. Naturalistyczne fragmenty z rzeźni wrzucone zostały bowiem na sam początek i skutecznie odsieją nieprzygotowanych odbiorców. Ironicznie, nic co później następuje nie ma w sobie takiej siły uderzenia (oczywiście, jeśli brać pod uwagę tylko ekranową przemoc), jednak ów zabieg również jest przemyślany, gdyż sekwencje okrucieństwa przygotowują grunt pod późniejszą grę z przyzwyczajeniami widza, kiedy to, co widzimy na ekranie okazuje się mieć zupełnie inne znaczenie, niż zakładaliśmy.

Atmosferę niejednoznaczności i szaleństwa zawartych w historii podkręcają dodatkowo wydarzenia zakulisowe. Reżyser przedsięwzięcia, Claudio Guerin, zginął w trakcie zdjęć w wypadku, spadając z kościelnej dzwonnicy, która odgrywa w opowieści kluczową rolę. Przyczyniło się to do stworzenia aury „dzieła objętego klątwą” (niektórzy utrzymywali wręcz, iż śmierć była wynikiem samobójstwa lub… morderstwa, jednak owe spekulacje nie znajdują potwierdzenia w faktach).  Za niezbędne dokrętki odpowiedzialny był doświadczony hiszpański twórca Juan Antonio Bardem (wuj Javiera Bardema), którego nazwisko nie pojawia się jednak na liście płac.

Inna sprawa, że rzecz jest nie tylko świetnie napisana i oparta na ciekawym koncepcie, ale i zwyczajnie dobrze zagrana, co też przecież nie było regułą w europejskim kinie grozy. Renaud Verley łączy melancholię z zawadiackim urokiem à la Mick Jagger: na przemian łotr i zagubiona „wolna dusza”, skutecznie podsyca wątpliwości odnośnie stanu psychicznego jego bohatera. Grana przez hollywoodzką weterankę ze Szwecji Vivecę Lindfors ciotka to z kolei ucieleśnienie chłodu i wyrachowania, choć i ona ledwo panuje nad buzującymi hormonami własnych córek, które tęsknym wzrokiem spoglądają w kierunku wybrzuszenia na spodniach swego kuzyna. W powietrzu wisi więc nie tylko obłęd, ale i erotyczne napięcie o kazirodczym zabarwieniu.

Misternie skonstruowana intryga mnoży pytania, a gdy już wydaje nam się, że wszystkie karty zostały odsłonięte, fabuła oferuje mocny zwrot akcji. A po nim kolejny. I następny. Efekt zaskoczenia w tym przypadku ma wartość nadrzędną, bo i samo przypisanie The Bell from Hell do konkretnego gatunku/nurtu może nastręczać trudności. Kino zemsty? Thriller? Horror psychologiczny? Kryminał? A może wszystkiego po trochu? Nie ulega wątpliwości, że to jeden z najciekawszych tworów kina gatunkowego z Półwyspu Iberyjskiego. I jako taki pozostaje zdecydowanie za mało doceniony, nie doczekawszy się wciąż kultowego statusu na miarę bliźniaczych pozycji choćby z sąsiednich Włoch.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*