Benedetta (2021). W domach zakonnych nie ma wolnej miłości

Początki drogi na ekrany Benedetty sięgają końca lat 80., kiedy to w ręce Gerarda Soetemana wpadła książka Immodest Acts (1986) autorstwa Judith C. Brown, opowiadająca o XVII-wiecznej zakonnicy-stygmatyczce sądzonej za bluźnierstwo. Soeteman, stały współpracownik Paula Verhoevena (napisał – lub współtworzył – scenariusze do wszystkich holenderskich filmów reżysera, począwszy od Business is Business [1971], a kończąc na Ciało i krew [1985]), naprędce stworzył pierwszy szkic historii z zamiarem przeniesienia jej na ekran. Za kamerą stanąć miał rzecz jasna twórca Tureckich owoców (1973), jednak gdy wyjechał on robić karierę w Hollywood projekt został odłożony na półkę, na której przeleżał kolejnych 30 lat. Verhoeven powrócił do pomysłu po ukończeniu Elle (2016), kiedy to rozglądał się za tematem na kolejny film. Wspólnie z Davidem Birke’m przerobili scenariusz Soetemana (który wycofał swoje nazwisko z listy płac zniechęcony silnym wyeksponowaniem elementów erotycznych w nowej wersji skryptu), podczas gdy producent Saïd Ben Saïd (m.in. Rzeź [2011] i Mapy gwiazd [2014]) wyłożył fundusze. Produkcja ruszyła z kopyta, a premierę planowano na wiosnę 2019 roku. Na drodze stanęła wpierw kontuzja biodra reżysera, a następnie – pandemia koronawirusa. W końcu, z dwuletnim opóźnieniem, 16. pełnometrażowy obraz Holendra doczekał się premiery na festiwalu w Cannes.

Reakcje po pierwszych pokazach były mieszane, jednak jedno nie ulegało wątpliwości: Verhoeven nie zawiódł oczekiwań tych, którzy spodziewali się po jego obrazie kontrowersji. Pojawiły się zarzuty, że nakręcił film anty-kościelny, anty-katolicki, obrazoburczy. W losach Benedetty Carlini (Virginie Efira) znajdzie się wszak miejsce na wątek lesbijski, tropy feministyczne, a także szalone wizje z Chrystusem w roli głównej. Mamy więc Jezusa jako rycerza na białym koniu, który dekapituje prześladowców swej ziemskiej wybranki (jak tytułuje się sama Benedetta), by zaraz potem nakłaniać ją do… seksu na krzyżu. To drugie widziadło okaże się zresztą brzemienne w skutki: skromna do tej pory siostra zostanie naznaczona stygmatami, a następnie zdetronizuje dotychczasową Matkę Przełożoną (Charlotte Rampling). Cuda cudami, jednak u wrót prowincjonalnej Pescii czają się dżuma oraz żądny krwi nuncjusz papieski (Lambert Wilson), który za punkt honoru postawił sobie udowodnić, że Benedetta jest zwyczajną oszustką.

Verhoeven po raz kolejny miksuje więc politykę, seks, religię i lepi jedyny w swoim rodzaju spektakl, w którym przeplatać się będą kicz oraz naturalistyczna przemoc. Nie porzuca przy tym właściwej sobie ironii i upodobania do czarnego humoru, a więc składowych obecnych w jego filmografii od samego początku. Nie jest już może tak przewrotny i błyskotliwy, jak miało to miejsce choćby w przypadku Czwartego człowieka (1983; porównanie nieprzypadkowe, zważywszy na obecną w obu filmach rzymskokatolicką ikonografię), ale jak na 80-latka wciąż imponuje młodzieńczymi wręcz wigorem i bezczelnością (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). On sam po pokazach w Cannes oburzał się, że w przypadku filmu historycznego twierdzenie jakoby miał być „bluźnierczy” zakrawa na głupotę, jednak nie dajcie się zwieść: to wciąż fakty i rzeczywistość przefiltrowane przez wywrotową optykę twórcy, który jako jeden z niewielu miał odwagę odmeldować się z mitycznej Fabryki Snów uznawszy, że nie ma tam dla niego dalszych dróg rozwoju.

Można oczywiście uznać, że Benedetta to dzieło spóźnione, z gatunku tych, które starają się wyważyć drzwi już dawno otwarte. I jest w tym sporo prawdy: nieśmiałe pomruki o zamachu na Kościół są już w odwodzie. Rzadko kogo zszokuje teza, jakoby instytucję tę od wieków toczyła moralna zgnilizna, a kobiety w jej strukturach (i poza nimi) służyły za wycieraczki dla sfrustrowanych mężczyzn, którzy z zabobonu uczynili swój oręż. Owszem, nie znajdziemy tutaj żadnych odkrywczych tez, raczej pokiwamy głową na znak, że „to już było”. Nielicznych zszokują sceny, w których bohaterka wraz z kochanką zza klasztornych murów (Daphne Patakia) masturbują się przy użyciu dildo wystruganego z figurki Maryji lub gdy obmacują pożądliwie swoje krocza. Prawda bowiem jest taka, że w dzisiejszych czasach wywołanie wstrząsu na miarę tego, jaki towarzyszył wejściu na ekrany – dajmy na to – Diabłów (1971) Kena Russella, nie jest już możliwe. O Kościele jako takim powiedziano już wszystko, co było do powiedzenia. I jasne, wolałbym żeby ktoś wreszcie podrwił z takiego islamu, bo dla Europejczyków to obecnie znacznie bardziej modne i palące zagadnienie, podczas gdy chrześcijaństwo odstawia ostatnie podrygi trędowatego staruszka.

To wszystko się zgadza, co nie zmienia faktu, że wciąż mamy do czynienia z obrazem zwyczajnie dobrym, nakręconym z konkretnie przemyślaną wizją. I wystarczająco niepokornym, by trzymać w zanadrzu kilka solidnych zaskoczeń i ciosów. Większość potraktuje Benedettę jako deklarację polityczną i ci zapewne będą najmocniej rozczarowani. Jeśli zaś na pierwszym miejscu postawimy kino – i to takie z jajami – to o zawodzie nie może być mowy. Ostatecznie bowiem czym innym jest omawiana pozycja, jak nie wysokobudżetowym okazem nunsploitation, w którym w pakiecie otrzymujemy wszystkie podstawowe atrakcje nurtu, tyle że opakowane w kostium „poważnego” fresku. Verhoeven co rusz rozsadza jednak tę fasadę blockbusterowego patosu i nadęcia, puszcza do widza oko, jakby chciał powiedzieć: „przyszliście oglądać krucyfiksy zanurzone w wydzielinach pochwy, chcecie cycków, tortur i mniszek w pozycji 69? Daję wam to!”. Nic dziwnego, że musiał spierdalać z tego Hollywood…

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*