Blood Beat (1983). Santa Samurai (Japanese Juju Will Fuck You Up)

Ted (James Fitzgibbons) przyjeżdża wraz ze swoją dziewczyną Sarą (Claudia Peyton) do rodziny na okres świąt Bożego Narodzenia. Matka chłopaka, malarka o parapsychicznych zdolnościach (Helen Benton) z miejsca wyczuwa w nowej wybrance syna dziwne fluidy. Spokojny pobyt na farmie gdzieś w Wisconsin z czasem zamienia się w koszmar, gdy do akcji wkracza duch morderczego samuraja…

Jeśli czytając powyższy opis zatrzymaliście się przy ostatnim zdaniu z uczuciem konsternacji to śpieszę potwierdzić: tak, mamy do czynienia ze świątecznym horrorem o samuraju z piekła rodem. Japoński wojownik pojawia się znikąd i nagle gdzieś na zadupiu w regionie Wielkich Jezior, gdzie wąsate dziady kładą się do łóżek w butach i z wyliniałymi czapkami z daszkiem na głowach. Pojawia się i robi to, co samuraje robią najlepiej: wymachuje swoją kataną i wypruwa bebechy. No i są oczywiście jeszcze obdarzone telepatycznymi zdolnościami antagonistki. Ona jest medium i matka jej chłopaka też jest medium. Ogółem pogmatwana i popieprzona sytuacja, z której ciężko o wyjście bez szwanku. Tym bardziej, że nie wiadomo za bardzo o co chodzi. Zapewne do końca nie wiedział tego również sam reżyser i scenarzysta w jednej osobie, który w wywiadach szczerze wspominał, że większość czasu na planie spędził naćpany. O stopniu naprucia biedaka niech świadczy fakt, że dopiero po 3 tygodniach zdjęć zdał sobie sprawę z tego, że operator spierdolił temat i cały czas kręci w formacie 4:3, zamiast zaplanowanego 16:9 (nieborak również padł ofiarą dezinformacji, bowiem żył w przeświadczeniu, że kręci podrzędny film telewizyjny, który raz puszczą w kanadyjskiej kablówce i będzie po wstydzie).

Bogiem a prawdą, zabawa musiała być przednia. I taka też powinna być dla widzów roszczących sobie prawo do oglądania pięknie porypanych celuloidowych kuriozów. Pożywka dla podświadomości i wieloznacznych interpretacji – dla tych z ambicjami, którzy lubią drążyć sedno sprawy – zresztą też się jakaś znajdzie. Wszak moment po przybyciu na farmę Sarah jest świadkiem patroszenia upolowanego jelenia, które to zdarzenie powoduje u niej minę nieswoją i nagłe ataki paniki. Podczas zaś pierwszego ataku ducha świątecznego samuraja rozhisteryzowane dziewczę przeżywa ów fakt w zaciszu sypialni na łożu: w rozkroku i sennej malignie, czyniąc sugestywne ruchy biodrami rodzącej (?) samicy. A tymczasem samuraj szlachtuje Bogu ducha winnych rednecków przy akompaniamencie syntezatorowej muzyki i migania świątecznych ozdób. Stąd już naprawdę niedaleko do surrealistycznego odpału pełną gębą. Który zresztą – zgodnie z oczekiwaniami – nadchodzi. W jednej z kolejnych scen mediumiczne dziewczę uprawia namiętną miłość ze swym chłopakiem, podczas gdy zjawa rodem z Nipponu zabiera się za rzezanie grupy wieśniaków, którzy popili sobie przy ognisku. Kolejne cięcia mieczem wyzwalają u obdarzonej telepatyczną smykałką niewiasty orgazm – oczekiwane spełnienie w obliczu masakry tępych Jankesów nawalonych samogonem.

Owym ambrozjom dla ciała i ducha towarzyszą płynące w tle muzyka klasyczna (m.in. Prokofiew i nieśmiertelna Carmina Burana Carla Orffa) oraz okazjonalnie chorały gregoriańskie (!), co w połączeniu ze skomponowanymi na tę okazję elektronicznymi dźwiękami tworzy bogaty w nieczytelne odniesienia trip. Gore jest raczej oszczędne i ogranicza się do kilku ran kłutych broczących obficie krwią. Niedobór inwencji w tej kwestii równoważą neonowe efekty specjalne, których prostota jest jednocześnie ujmująca i onieśmielająca. Podobnie roztkliwiające będzie dla odbiorcy nadekspresyjne aktorstwo poszczególnych odtwórców, ze szczególnym uwzględnieniem bezbłędnie operującej oczu wytrzeszczem Helen Benton, która wciela się w wiejską artystkę zdolną umysłem swym obejmować rejony dla większości ludzi niedostępne. Dodajmy do tego fakt, że większość funkcji na planie (włącznie z kaskaderką) sprawował nawciągany do szczętu reżyser, a otrzymujemy obraz, który „poważni krytycy” z opiniotwórczych serwisów określiliby epitetem „tak-zły-że-aż-dobry”, a który my maluczcy miłośnicy filmowego trashu pochłoniemy z przyjemnością, zapalając następnie papierosa pod smutnym niebem.

Niezależnie jednak od punktu siedzenia, Blood Beat to w istocie ciekawy przypadek. Ciężki do umiejscowienia na mapie filmowej awangardy obskuranckiej. Plasujący się gdzieś pomiędzy B-klasową brawurą schlockmeisterów pokroju Dona Dohlera, a schizoidalnym odlotem skwierczącego od dragów mózgu spod znaku Liquid Sky (1982) Slavy Tsukermana. Stojący za kamerą Francuz Fabrice-Ange Zaphiratos nie powrócił już więcej do reżyserii, nigdy zatem nie dowiemy się jak mógłby wyglądać spreparowany przezeń dramat, komedia czy musical fantasy. Nie wiem jak wy, ale mnie zawsze takie stracone szanse przepełniają niepomierną dozą smutku.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*