Blue Monday: A Climax of Blue Power (1974)

Policjant obserwuje zza szyby radiowozu deptak, po którym przechadza się prostytutka. Widzi jak kobieta wsiada do jednego, potem kolejnego i kolejnego samochodu, po czym odwożona jest z powrotem na miejsce. Rytuał powtarza się kilka razy, aż w końcu krawężnik zwija dziwkę z chodnika, pakuje do swojego auta i odczytuje jej prawa. Zabawa skończona: dziewczynie grozi grzywna oraz co najmniej 30 dni odsiadki. Chyba że… zgodzi się wyświadczyć glinie „przysługę”. Funkcjonariusz parkuje w ustronnym miejscu i na tylnym siedzeniu gwałci aresztowaną, po czym każe jej tarzać się błocie podczas rzęsistej ulewy. Spełniony, wraca nie na komisariat, lecz do swego domu, gdzie pozbywa się munduru, zdejmuje koguta z dachu samochodu i okleinę z drzwi…

Rozbudowany wstęp A Climax of Blue Power, w trakcie którego jesteśmy świadkami tego, jak stróż prawa wykorzystuje swoją pozycję, by zdominować i upokorzyć przypadkowo wybraną ofiarę wieńczy zaskakujący twist: Eddie (I. William Quinn) to pracujący w ochronie frustrat, którego ze względu na niski wzrost nie dopuszczono do służby w policji. Facet nie zamierza jednak zrezygnować ze swego marzenia i po godzinach urządza sobie przebieranki, korzystając z przywilejów, jakie daje niebieski uniform. Jednocześnie, w ramach swej spaczonej logiki, święcie wierzy w to, że egzekwuje prawo i pomaga się pozbyć „syfu” z ulic. Zabawy w dręczenie lafirynd to jednak jedno, co innego, gdy Eddie stanie się przypadkowym świadkiem morderstwa. Od tej pory myśl o ukaraniu sprawczyni stanie się jego obsesją.

Punkt wyjścia filmu Lee Frosta to idealny przyczynek do rozważań nad iluzorycznym poczuciem władzy i tym, jak korumpujący wpływ ma ona na człowieka. Tyle, że Frost to żaden Sydney Lumet, a sprawdzony macher od wulgarnej eksploatacji, twórca m.in. wczesnego roughie The Defilers (1965) oraz przecierającego szlaki dla nurtu nazisploitation Love Camp 7 (1969). Tutaj nie ma miejsca na subtelności. Climax to doświadczenie brudne i intensywne, surowe praktycznie pod każdym względem. Frost wprawdzie nie idzie w przesadne ekstremum, próżno tu szukać równie chorych obrazów, co np. w Forced Entry Shauna Costello, niesławnym porno roughie z tego samego roku – bliżej mu mimo wszystko do zasad kina gatunkowego, z odpowiednio wyregulowanym potencjałem rozrywkowym. Climax zresztą reklamowany był w grindhouse’owych przybytkach jako obraz gotowy spełnić oczekiwania „mainstreamowego” widza przywykłego do hollywoodzkich standardów. Zważywszy, że budżet produkcji zapewne ledwie pozwalał na pokrycie kosztów benzyny, owa buńczuczna kampania reklamowa stanowiła pewien rodzaj przekłamania.

Odkładając jednak na bok złośliwości, trzeba przyznać, że fabuła jest tu solidna i nie stanowi jedynie tła dla scen seksu. Eddie to postać wyraziście zarysowana: zakompleksiony mizogin, który usprawiedliwia swe patologiczne zachowania pokrętnie rozumianym pojęciem „prawa”. W budowie psychologicznej wiarygodności jego postaci pomaga zabieg prymitywny, ale w tym przypadku skuteczny: wygłaszany z offu monolog wewnętrzny bohatera, pozostałość po topornych zagrywkach kina eksploatacji minionej dekady. Nasz samozwańczy „mściciel” snuje więc fantazje o tym, jak udowodni swoją wartość, doprowadzając do skazania kobiety odpowiedzialnej za zabójstwo. Tyle, że Eddie to czystej wody psychol, w związku z czym jego plan nie jest linearny i pragmatyczny, zakłada bowiem również więzienie i gwałcenie podejrzanej. Kiedy więc bohater wkracza do sypialni ofiary odziany w perukę i damskie fatałaszki, pada ostatni bastion zdrowego rozsądku. Sprawiedliwości nie stanie się zadość, jedynie Eddie ostatecznie osunie się w otchłań obłędu, do miejsca które czekało na niego cierpliwie od lat.

Pod względem realizacyjnym dzieło Frosta na pierwszy rzut oka nie odbiega poziomem od większości partyzancko kręconych pornosów, z przeciąganymi zbliżeniami na genitalia i szwankującym montażem. Ale przecież twórca Chrome and Hot Leather (1971) to nie pierwszy z brzegu amator, który skrzyknąwszy grupę znajomych postanowił sfilmować parkę pieprzącą się na kanapie w garażu wujka. Większość akcji rozgrywa się w plenerze, co daje całości niezbędny „oddech”. Kapitalnym rozwiązaniem są sekwencje „snów na jawie” bohatera nakręcone w sepii, tudzież – gdy dochodzi do seksualnych wygibasów – z nałożonymi filtrami, kreującymi efekt psychodelicznego rozpasania. Frost przekuwa niedostatki budżetowe na swoją korzyść, tworząc obraz chropawy, miejscami być może wręcz szpetny, ale zarazem wyposażony w rzadki sznyt autentyzmu. O samoświadomości i dystansie twórcy świadczy trwająca ładnych parę minut scena, w której Eddie odpala w swoim domu projektor i relaksuje się przy niemym pornosie, z naniesionymi na taśmę 8mm liniami dialogowymi opisującymi rozkosze przeżywane przez aktorów. Terkot maszyny i przerysowana gra odtwórców uwieczniona na podniszczonym celuloidzie stają się doświadczeniem wspólnym dla bohatera i widzów jako odbiorców „filmu w filmie”. Od początku do – nieco może rozczarowującego ze względu na nagłe urwanie akcji (choć zarazem brak fajerwerków w ostatnim akcie doskonale pasuje do niewypolerowanej całości) – końca jest to więc rzecz przemyślana. Wulgarna i obsceniczna, ale uderzająca przez cały czas w odpowiednie tony. Kawał mocnego dreszczowca, który na dwa lata przed głośnym Taksówkarzem Scorsese’go z równą pasją i bez zbędnej pruderii eksplorował złajdaczone zakamarki wielkiego miasta i ludzkiej psychiki.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*