Blue Monday: Babyface (1977)

Dan (Dan Roberts) pracuje jako doker w porcie. Pewnego dnia poznaje tam Priscillę (Lyn Malone), napaloną piętnastolatkę, z którą wnet ląduje na stogu siana. Na miejscu zdarzenia szybko pojawia się zaniepokojona matka dziewczyny (Molly Seagrim) w towarzystwie policjanta. Dan zmuszony jest salwować się ucieczką. Mężczyzna postanawia ukryć się na jakiś czas w bezpiecznym miejscu. Schronienie znajduje nieoczekiwanie w męskim burdelu, gdzie odtąd będzie zaspokajał zachcianki dobrze sytuowanych dam. Tymczasem matka Priscilli nie przestaje marzyć o ukaraniu człowieka, który zhańbił jej córkę…

Końcówka lat 70. to bez wątpienia najbardziej owocny okres w karierze Alexa de Renzy’ego. W 1976 roku premierę miało osławione Femmes de Sade, w ślad za którym poszło równie kontrowersyjne Long Jeanne Silver (1977) oraz bodaj największy hit reżysera – Pretty Peaches (1978). Powstałemu w międzyczasie Babyface najbliżej pod względem ciężaru gatunkowego do ostatniego z wymienionych tytułów: to lekka, utrzymana w ekscentrycznym tonie komedia erotyczna. Oczywiście de Renzy nie byłby sobą, gdyby i tutaj nie upchnął kilku budzących wątpliwości od strony moralnej elementów. Już sam punkt wyjścia fabuły jest dyskusyjny, wszak bohaterem historii zostaje mianowany drań z upodobaniem do nieletnich.

Na tym jednak nie koniec. Scenariusz konsekwentnie łamie kolejne tabu: oprócz efebofilii pojawiają się również gwałt (scena z udziałem ognistej Desiree West, której bohaterka nosi tutaj kompletnie niepoprawną ksywkę Negra), elementy BDSM i obowiązkowy punkt programu pod postacią orgii. Historia utrzymuje przy tym przez cały czas humorystyczny ton, który kontrapunktuje nawet najbardziej niesmaczne akcenty. Trudno bowiem traktować na poważnie takie atrakcje, jak klientka burdelu fantazjująca o seksie z nastoletnimi chłopcami, które to fantazje urzeczywistniają się w trakcie zalotów z wąsatymi żigolakami w kusych spodenkach. De Renzy prowokuje na różne sposoby, a to sugerując seks z osłem (do zdarzenia na szczęście nie dochodzi na naszych oczach) czy odwracając tradycyjne role płciowe i stereotypy. Dość powiedzieć, że męskie prostytutki z domu uciech drżą na samo wspomnienie stałej bywalczyni o przydomku Nutcracker, ziejącej nienawiścią względem mężczyzn sadystki.

Spotkanie Dana z owianą złą sławą mizoandryczką owocuje kolejną balansującą na granicy dobrego smaku sceną, w której mężczyzna zostaje owinięty streczem, wykorzystany seksualnie, a następnie grozi mu kastracja (do postaci pani Nutcracker pierwotnie przymierzała się Marion Eaton, która ostatecznie zrezygnowała, uznawszy że wystarczy jej na koncie podobna pod względem charakteru rola w Thundercrack! [1975]). Zanim do tego dojdziemy, zostajemy jeszcze uraczeni długą sekwencją seksu grupowego: do lunaparu przybywa światowej sławy modelka, której zamarzyło się pobicie rekordu seksualnego w duchu cesarzowej Messaliny. Z czasem nie starcza pracowników burdelu, więc do akcji przystępują przypadkowi jegomoście, podczas gdy nienasycona nimfomanka krzyczy wciąż: „więcej, więcej!”.

Babyface działa więc na zasadzie rozpustnego katalogu perwersji i mniej lub bardziej wymyślnych fantazji. Skaczemy od jednego barwnego epizodu do następnego, nić fabularna jest nader luźna i służy głównie zaprezentowaniu galerii postaci i ich erotycznych upodobań. Humor bywa przyciężki, ale szczęśliwie nigdy nie zbacza na terytorium rubasznych dowcipasów. Odpowiednią różnorodność zapewnia również solidna ekipa aktorska, pośród której znajdziemy Amber Hunt (Cry for Cindy [1976], SexWorld [1978]), Lindę Wong (The Jade Pussycat [1977] z cyklu filmów o Johnnym Wadzie), Paula Thomasa (Dracula Sucks [1978]) i Johna Leslie (Baby Rosemary [1976]). Największym „odkryciem” filmu pozostaje jednak Roberts w roli głównej, naturszczyk o charakterystycznej fizjonomii, dla którego był to jedyny występ przed kamerą. Jako pasywny, zgoła fajtłapowaty Dan z miejsca zyskuje sympatię widza: to ogier, ale daleko mu do klasycznego bawidamka, jego potężna postura zamiast budzić respekt, czyni go błazeńsko nieporadnym. Samorodny talent komiczny, który ze swoimi warunkami idealnie sprawdziłby się w świecie trzech iksów.

Obraz de Renzy’ego ma zatem wszystko, by móc uchodzić za klasyka swoich czasów. Wigor, entuzjazm i odpowiednio libertyński wydźwięk. Nie muszę przy tym chyba dodawać, że od strony realizacyjnej rzecz wypada bez zarzutu: montaż i zdjęcia to pierwszoligowa robota, co docenić można zwłaszcza przy seansie odrestaurowanej cyfrowo wersji, w której po raz pierwszy od lat przywrócone zostało piętnaście minut materiału, wcześniej notorycznie cenzurowane przez dystrybutorów. Tętniąca życiem widokówka z czasów, gdy serce pornobiznesu biło naprzemiennie w San Francisco (tak jak w tym przypadku) i Nowym Jorku, nim na dobre zadomowiło się w Los Angeles i zeszło do obskurnego podziemia VHS.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*