Blue Monday: Corruption (1983)

Roger Watkins w annałach zapisał się jako twórca nihilistycznego pseudo-snuff The Last House on Dead End Street (1973). Ze zdeprawowanych czeluści horrorowego undergroundu zawędrował do przemysłu porno, gdzie w latach 1979-1988 wyreżyserował siedem pełnometrażowych obrazów pod pseudonimem Richard Mahler, zanim na dobre zerwał z X muzą (zdaniem operatora Larry’ego Revene’a, który współpracował z nim przy większości filmów, przyczyną zakończenia kariery mogła być depresja maniakalna, na którą cierpiał Watkins, i jego pogarszający się stan psychiczny). Przez lata osoba reżysera była dla większości enigmą, który to stan rzeczy uległ zmianie dopiero wraz z rozwojem Internetu: Watkins, który żadnego ze swoich filmów nie podpisał prawdziwym nazwiskiem, sam na przełomie wieków „przyznał się” do autorstwa kilku z nich za pośrednictwem „sieci”. Swoje zrobił również prężny rozwój niszowych dystrybutorów na rynku DVD, który umożliwił m.in. oficjalne wydanie po raz pierwszy osławionego Last House (przez Barrel Entertainment w 2002 roku).

Corruption przez wielu uznawane jest za najambitniejsze dokonanie Watkinsa na polu pornografii: awangardowy miks seksu i art-house’u, uparcie wymykający się jednoznacznej interpretacji. Głównym bohaterem filmu jest biznesmen nazwiskiem Williams (Jamie Gillis), który zawarł pakt z szemranymi typami z półświatka w zamian za (bliżej nieokreśloną) władzę. Mężczyzna zostaje jednak oszukany: jego zleceniodawcy grożą jego najbliższej rodzinie, domagając się odzyskania tajemniczej walizki. Pozbawiony alternatywy, Williams szuka pomocy u swego brata, który znany jest z „niekonwencjonalnych” metod działania…

Lynch w sosie XXX. Tak najkrócej i najprościej można by podsumować obraz Watkinsa (przy czym warto pamiętać, że mamy rok 1983, moment sprzed sztandarowych dokonań twórcy Zagubionej autostrady [1997], a więc o żadnym kopiowaniu nie może być mowy). Fabuła jest przez większość czasu niejasna, kieruje się logiką sennego koszmaru, z bohaterem uwikłanym w mgliste konszachty, postawionym pod ścianą w perwersyjnej grze, której stawki nie znamy. Scenariusz mnoży niewiadome: na czym polegał „pakt” z mafijnymi zleceniodawcami, co znajduje się w walizce (czyżby… dusza głównego bohatera? – hej, Quentin, widziałeś to?), kim tak naprawdę jest „brat” spod ciemnej gwiazdy? Pewnych wskazówek z czasem dostarczył sam reżyser, prywatnie miłośnik muzyki klasycznej (jego porno-alias powstał z połączenia imienia Richarda Wagnera z nazwiskiem Gustava Mahlera), jako naczelną inspirację wskazując wagnerowskie Złoto Renu. W ślad za pierwszą częścią tetralogii Pierścienia Nibelunga mamy więc motyw wyrzeczenia się miłości dla złota (tutaj: władzy) i podróży celem odkupienia.

To wciąż jednak bardzo ogólne tropy (choć przy bliższym przyjrzeniu nawiązania stają się czytelne) i podobnie jak ciężko przedrzeć się przez zawiłości niejednoznacznego skryptu, tak ciężko zaklasyfikować całą historię gatunkowo, albowiem łączy ona w sobie zarówno grecką tragedię, jak i horror czy film gangsterski. Plus oczywiście rozbudowane sceny seksu, które zajmują większość metrażu. Wyzute ze zmysłowości, tyleż stylowe, co mechaniczne. W pierwszej połowie poplecznik bohatera wysłany zostaje do „jaskini”, gdzie przejść musi przez trzy kolejne pomieszczenia, każde utrzymane w innej kolorystyce, zajmowane przez kuszące go kobiety. Ta rozbudowana sekwencja to wręcz ekstrakt fuck-flicka w wydaniu artystycznym, przestylizowanie do granic możliwości i zamierzony przerost formy nad treścią. Później, niczym w dantejskim piekle, zstępujemy do kolejnych kręgów, raczeni sceną sadomasochistycznych igraszek czy nekrofilskiego seksu na ołtarzu w wydaniu mima i jego krwawiącej z oczodołów oblubienicy. W zasadzie jedyną „klasycznie” pomyślaną sceną erotyczną jest ta pomiędzy Gillisem i Vanessą del Rio, prezentująca seks namiętny, oparty na pożądaniu. Wszystko wieńczy przewrotny finał, który pozostawia widza z takim samym mętlikiem w głowie, jaki towarzyszył mu przez cały seans.

Corruption znajduje się zatem od tradycyjnego porno tak daleko, jak to możliwe, jednocześnie pozostając przy tym zbiorem scen kopulacji, które jednak – w zależności od nastawienia odbiorcy – stanowić będą clou programu lub też jego uzupełnienie. Uprawnione skojarzenia w tym przypadku to aberracje pokroju Nightdreams (1981) Stephena Sayadiana czy Café Flesh (1982) Francisa Delii, przy czym Watkinsowi oddać trzeba, że przewyższa swych transgresyjnych kolegów po fachu możliwościami warsztatowymi. Ociera się niejednokrotnie o pretensjonalność, ale zawsze wychodzi z zadania obronną ręką, jak w trwającej 3 minuty, sfilmowanej z udziałem przypadkowych przechodniów, scenie na dworcu, zilustrowanej rozrywającym serce Adagio Albinoniego, która płynnie przechodzi w… wojerystyczną scenę masturbacji. Skoro zaś mowa o muzyce, to odpowiedzialny za soundtrack James Flamberg (współpracował z Watkinsem przy okazji The Last House on Dead End Street, z czasem przejdzie do „mainstreamu”, nadzorując montaż ścieżek dźwiękowych przy wielu hollywoodzkich hitach, m.in. Goonies [1985], Good Morning, Vietnam [1987] czy Bugsy’m [1991]) tyleż umiejętnie, co bezczelnie zżyna tutaj motywy muzyczne Franza Waxmana z M jak morderstwo (1954) oraz Ennio Morricone z Czegoś (1982). Efekt jest doprawdy niecodzienny: zwłaszcza rozbrzmiewające w tle, syntezatorowe plamy z kultowego fiaska Johna Carpentera nadają całości ujmująco złowróżbny sznyt.

Niezależnie zatem, czy uznamy dzieło Watkinsa za artystowski bełkot, który dziwnym trafem zaplątał się w rejony grindhouse’u, czy też dojrzałą wypowiedź twórczą, jest to pozycja, której nie sposób odmówić audiowizualnej mocy (był to pierwszy amerykański film nakręcony na będącej wówczas nowością taśmie Agfa) i która – miast oferować tanią podnietę – anarchistycznie wywala reguły nurtu i zarazem przyzwyczajenia widza do góry nogami. Dorzućmy do tego ponadprzeciętne jak na warunki branży aktorstwo (potwierdzający obiegową opinię „jednego z najbardziej uzdolnionych w pornobiznesie” Gillis czy świetny Bobby Astyr znany w środowisku jako „Clown Prince of Porn”) oraz metafizyczną aurę godną Bressona, a otrzymamy jadowicie surrealną pożywkę dla podświadomości. Wpuszczona raz do głowy dryfuje przez nią, ignorując zasady logiki, podstępnie sugerując, że wyjaśnienie tajemnicy zawsze znajduje się za kolejnymi drzwiami.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*