Blue Monday: Dixie Ray. Hollywood Star (1982)

Rok 1943. Los Angeles. Nick Popodopolis (John Leslie) to prywatny detektyw, jeden z wielu w Mieście Aniołów. Kiepsko zarabia, ale ma powodzenie wśród lasek. Pewnego dnia dostaje intratne zlecenie: wynajmuje go Dixie Ray (Lisa De Leeuw), emerytowana hollywoodzka gwiazda, w zamian za stosunkowo nieskomplikowane zadanie oferując konkretną sumę i własne wdzięki. Nick ma zbadać sprawę szantażu, jakiego ofiarą padła aktorka – ktoś grozi, że jej frywolne zdjęcia trafią do prasy…

Porno w klimatach noir. Wyraźnie inspirowane sukcesem Chinatown (1974), a tym samym odwołujące się wprost do chandlerowskich wzorców, które dominowały w czarnym kinie lat 40. Pierwsze dźwięki jazzującej ścieżki dźwiękowej brzmią wręcz jak skradzione odrzuty z soundtracku Jerry’ego Goldsmitha do arcydzieła Polańskiego. Znajdujemy się na znajomym terytorium: Dixie Ray perfekcyjnie imituje noirowy anturaż, wpisując się jednocześnie w retro-manię lat 70. Kostiumy, scenografia i fryzury idealnie oddają ducha czasów. Podobnie jak stylizowane na hardą gadkę prywaciarzy, gangsterów i femme fatales z kina sprzed trzech dekad dialogi, odpowiednio dostosowane do formuły kina dla dorosłych. Przykład pierwszy z brzegu:

Don’t you have a secretary?

She commited suicide. Not enough sex.

Couldn’t you have help the poor thing?

Listen, I did what I could. We were out night and day but I had to stop every couple of hours to clean my gun…

Dzieło reżysersko-producenckiego tandemu Anthony Spinelli / Chris Warfield (wspólnie dostarczyli widowni m.in. SexWorld [1978], o którym więcej przeczytać możecie tutaj) ma zatem silnie pastiszowe zacięcie, odhaczając po kolei kolejne składowe gatunku: szantaż, krwawa zbrodnia, przekomarzania z twardogłowymi gliniarzami, a nawet charakterystyczna narracja z offu, w zblazowano-cyniczny sposób komentująca ekranową rzeczywistość. Znajdą się tu również czytelne odwołania do konkretnych klasyków, jak ma to choćby miejsce w przypadku wątku córki Dixie odtwarzanej przez zmysłową Kelly Nichols, której postać z miejsca przywodzi na myśl Carmen Sternwood (Martha Vickers) z Wielkiego snu (1946).

Pod względem aktorskim rzecz może się ponadto pochwalić udanym castingiem w przynajmniej kilku przypadkach. John Leslie wypada przekonująco jako nieco zgorzkniały detektyw w typie Philipa Marlowe: Nick Popodopolis (przez współpracowników i znajomych nazywany po prostu „Grekiem”) serce ma po właściwej stronie, na piedestale stawia sprawiedliwość, tyle że przy okazji prawdziwy zeń… pies na baby. Fakt ów zostaje zresztą wykorzystany w humorystycznym tonie, kiedy nasz bohater odkrywa, że nie dostrzegł zawiązanego przeciwko jego osobie spisku, bo jego wrogowie przez cały czas podsuwali mu pod nos cycki i cipki dla odwrócenia uwagi. Ognistowłosa De Leeuw okazuje się być z kolei idealnym wyborem do roli manipulującej, wyrachowanej diwy, która swe najlepsze lata ma już za sobą. Jej Dixie to intrygantka o lesbijskich preferencjach, która lubi orgie i nagie sesje zdjęciowe, służąc w fabule za uosobienie zepsucia Fabryki Snów. Niewątpliwą ciekawostką jest występ Camerona Mitchella, telewizyjnego weterana i specjalisty od drugiego planu, który z przemysłem porno nic wspólnego nie miał. Sam aktor twierdził później, że nie miał pojęcia w co tak naprawdę się pakuje (sam nie miał w trakcie zdjęć żadnych scen rozbieranych), a „momenty” dokręcone zostały dopiero potem.

W to wytłumaczenie o tyle łatwo uwierzyć, że Dixie Ray rzeczywiście posiada dwie wersje: jedną z kategorią wiekową „X”, drugą – „R”. W tej drugiej wszystkie elementy XXX zostały usunięte, a w ich miejsce – celem zachowania odpowiedniego metrażu – pojawiły się rozbudowane sceny dialogowe. Wersja zatytułowana It’s Called ‘Murder’, Baby posiada dzięki temu lepiej zarysowaną intrygę, motywacje postaci są lepiej ugruntowane, brak też absurdalnych rozwiązań w typie finałowej sceny ruchania pomiędzy tytułową bohaterką, a wynajętym „cynglem”, która ewidentnie wklejona została po to, by na ostatniej prostej zaoferować widzom ostatni wzwód podczas seansu. Porównanie obu wersji montażowych uświadamia przy tym, jak rzetelna jest to robota i że twórcy pornografii w swoim czasie byli bliżej mainstreamu, niż mogło by się wydawać niedowiarkom.

Warto zatem sięgnąć zarówno po wersję nieocenzurowaną, jak i tę soft-core’ową, by wyłapać wszystkie niuanse i detale, a jest ich wbrew pozorom całkiem sporo. Tych, którzy zdecydują się wyłącznie na drugą z wymienionych, ominą m.in. popisowe występy Veronici Hart, Samanthy Fox i Juliet Anderson. Tym zaś, którzy wzgardzą wersją „okrojoną”, przeleci koło nosa okazja na solidny czarny kryminał, o którym dziś praktycznie nikt już nie pamięta.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*