Blue Monday: Furies sexuelles (1976) / Prostitution clandestine (1975)

Francja, połowa lat 70. Alain Payet jest jednym z tych twórców, którzy do przemysłu filmowego wchodzą „tylnymi drzwiami”, wraz z legalizacją filmowej pornografii. Wcześniej terminował jako asystent reżysera przy produkcjach telewizyjnych; w nowo powstałej, prężnie rozwijającej się niszy sam zasiada już na reżyserskim stołku. Z produkcjami dla dorosłych związany będzie do końca życia (zmarł w 2007 roku na raka), reżyserując łącznie ponad 200 pozycji i okazjonalnie zbaczając również na rejony soft-erotyki (m.in. zrealizowane dla wytwórni Eurociné nazisploitation Special Train for Hitler [1977] i Nathalie: Escape from Hell [1978]). W niniejszym odcinku cyklu Blue Monday przybliżę dwa tytuły z początkowego etapu twórczości Francuza.

W Furies sexuelles poznajemy Marie-Madeleine (zbieżność imion z pewną słynną postacią z otoczenia Zbawiciela nieprzypadkowa, o czym szybko się przekonamy), samotną matkę pracującą w sklepie z bielizną. Kobieta zostaje zwolniona po tym, jak odrzuca awanse napastującego ją klienta. Załamana udaje się do baru, gdzie poznaje przypadkowego mężczyznę (w tej roli gwiazdor francuskiego przemysłu porno Richard Allan), z którym idzie do łóżka. Nad ranem nieboraczka znajduje na stoliku nocnym pieniądze – została wzięta za prostytutkę. Wkrótce potem znajoma załatwia jej posadę hostessy w pewnej szemranej restauracji, gdzie szybko nadarzają się kolejne okazje do „łatwego zarobku”…

Świat jaki portretuje Payet w swoim filmie jest brudny i zdeprawowany. Przemieszczamy się pomiędzy speluniastymi knajpami i podrzędnymi hotelami. Nocne życie miasta to oaza dziwek, alfonsów i wszelkiej maści hołoty. Wrzucona w sam środek tego rynsztoku bohaterka stara się zachować swoją godność, jednak ulice Paryża są bezwzględne, przeżuwają i wypluwają słabych i naiwnych. Pomimo jednak, że Marie-Madeleine powoli stacza się w otchłań samotności i rozpaczy, zachowuje swą wrodzoną niewinność. Jest niczym Justyna z powieści de Sade’a: bezbronna i zdana na pastwę łotrów i utrwalanego od niepamiętnych czasów wyzysku.

Należy zatem z góry przestrzec: ci, którzy spodziewać się będą po Furies sexuelles kolejnego pornosa z mnóstwem przypadkowych scen seksu przeżyją zawód. Choć erotyki w wydaniu hard tutaj nie brakuje to nie jest ona wysunięta na pierwszy plan. Ba! Payet przez pierwsze 20 minut – poza krótkimi przebitkami na penisy we wzwodzie – nie daje widzowi choćby jednej okazji do podniety. Dalej zresztą nie jest wcale inaczej: seks nie jest tutaj bowiem źródłem podniecenia, to mechaniczna czynność wynikająca z rozpaczy lub odurzenia. Pijana bohaterka trafia na ten przykład w szpony podstarzałego małżeństwa, które wpierw wykorzystuje jej stan do własnych potrzeb, a następnie rzuca jej w twarz banknotami, wyzywając od „kurew”. Znamienna jest tutaj scena, w której Marie-Madeleine wchodzi do kościoła i odbywa dialog z księdzem, który jako jedyny nie traktuje jej jako ludzkiego śmiecia, przytomnie zauważając, że ich profesje mają ze sobą wiele wspólnego: obie służą zaspokajaniu różnych potrzeb ludzkiego ducha. Za murami kościoła świat jest jednak bezlitosny, pławi się w zepsuciu niczym darwinistyczna kloaka. Szczyt zdeprawowania historia osiąga w momencie, gdy jedna z ulicznic zostaje ukarana przez jej alfonsa. Przywiązana za ręce do sufitu, zostaje wybatożona przez dwie kobiety, czemu w podnieceniu przygląda się jej właściciel wraz ze swym kochankiem. Przysłuchując się jękom katowanej kobiety, mężczyźni zaczynają się pieprzyć, jednocześnie komentując w uniesieniu kaźnię. Payetowi udało się do sceny pozyskać „statystkę”, która lubiła tego typu zabawy, przez co fragment ów prezentuje się nad wyraz realistycznie i nieprzyjemnie.

Pomijając wstęp w szpitalu, gdzie poznajemy bohaterkę po próbie samobójczej, obraz Payeta z początku prezentuje się jako dość typowy przedstawiciel kina dla dorosłych z epoki (scena molestowania w sklepowej przymierzalni rozegrana jest wręcz w komicznej manierze). Szybko okazuje się jednak, że mamy do czynienia z ponurym, naturalistycznym dramatem, który nie tylko nie przyprawi większości odbiorców o mrowienie w podbrzuszu, ale jeszcze w te miękkie partie ciała przyłoży porządnego kopa. Całość wieńczy długa scena orgii połączonej z gwałtem na naszej heroinie. Przepięknie sfilmowana, z wydobywającym z ciał całą glorię rozpusty oświetleniem, rozgrywająca się w zwolnionym tempie, przy taktach delikatnej muzyki, przypomina włoskie bezeceństwa na polu kina gatunkowego: choć jesteśmy świadkami upodlenia i erupcji okrucieństwa, Payet estetyzuje sytuację, nadając jej blasku, wydobywając z niej całą urodę smutku i perwersyjnej satysfakcji z przebywania na dnie, w krainie najniższych instynktów. Mocne, bezkompromisowe, zrealizowane z brawurą pornografa samoświadomego doznanie, bliskie perfekcji.

W starszym o rok Prostitution clandestine, choć pokrewnym tematycznie, takich minorowych tonów już nie uświadczymy. Fabuła jest tu tak pretekstowa, że niemalże nieobecna. Ot, poznajemy grupę koleżanek, które zajmują się „modelingiem”: za pieniądze pozują fotografom-amatorom do rozbieranych zdjęć. Za nadprogramową ilość banknotów gotowe są zaś posunąć się nieco dalej. I tak oto film rozpada się na szereg epizodów o seksualnym charakterze: fellatio, miłość lesbijska, przebieranki i rozmaite fetysze. Klienci bohaterek to barwna zgraja oryginałów o mniej lub bardziej cudacznych upodobaniach, jeden z nich np. zjawia się na spotkanie w samym płaszczu z penisem obwiązanym czerwoną kokardą, a następnie grozi że się zabije nożem. Jest u również dość odważna scena BDSM, w której „niewolnik” pewnej podstarzałej pary smagany jest po nagim ciele batogiem, po czym jego „pani” oddaje nań mocz.

„Składankowa” konstrukcja pozwala Payetowi na przestrzeni 100 minut trwania filmu zachować dużą różnorodność atrakcji, przez co seans nie nuży, pełniąc rolę przeglądu erotycznych fantazji. Niemniej brak konkretnej nici fabularnej może nieco doskwierać widzowi, który oczekiwałby po le bleu film jakiejś myśli przewodniej i wyrazistych bohaterów, z którymi mógłby się identyfikować. Z czasem twórca przedstawia kolejne postaci dramatu już bez ładu i składu, nie dbając nawet o to, by jakoś nakreślić relacje pomiędzy nimi. Panuje ton rubasznej rozwiązłości, powracają stali współpracownicy reżysera (m.in. wspomniany Richard Allan, który w scenie biczowania wygląda na nieco zbitego z tropu), seks to po prostu dobra zabawa, nawet wówczas kiedy stanowi źródło zarobku.

Prostitution od współczesnych gonzo stanowiących jedynie zlepek ruchów frykcyjnych, odróżnia humorystyczny ton oraz – przede wszystkim – walory produkcyjne. Obraz nakręcony został na taśmie 35mm, jest profesjonalnie zmontowany i w odrestaurowanej wersji wygląda po prostu nad wyraz elegancko, czego nie można powiedzieć o współczesnych amatorskich zabawach z kamerą cyfrową. Przede wszystkim ciekawostka dla miłośników vintage’owego porno, ale sprawdza się również dobrze jako równowaga dla depresyjnego wydźwięku Furies sexuelles, jego swoisty rewers w ramach double feature.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*