Blue Monday: La femme-objet (1981)

Claude Mulot na przestrzeni swej blisko dwudziestoletniej kariery reżyserskiej próbował sił w różnych gatunkach, począwszy od horroru (The Blood Rose, 1970), przez neo-noirowe kino zemsty (Wybawieniem będzie śmierć, 1971), awanturniczą przygodówkę (Profession: Aventuriers, 1973), po giallo/slasher (Knife Under the Throat, 1986). Najbardziej płodny twórczo był jednak na poletku filmowej pornografii, odnosząc we Francji niemałe sukcesy pod pseudonimem Frédéric Lansac. Począwszy od 1974 roku do końca swego życia (zmarł w 1986 roku, w wieku zaledwie 44 lat, przyczyną śmierci było utonięcie), pracował – na stanowisku reżysera lub scenarzysty – przy ponad tuzinie produkcji „dla dorosłych”. La femme-objet aka Programmed for Pleasure było jednym z dwóch ostatnich wyreżyserowanych przez niego obrazów porno (drugim było Private Lessons [1980], którym z branżą oficjalnie pożegnała się inna legendarna postać, Brigitte Lahaie).

Bohaterem opowieści jest pisarz science-fiction imieniem Nicolas (Richard Allan). Nicolas, oprócz tego, że ma ogromną wyobraźnię, która pozwala mu tworzyć wymyślne fabuły o podróżach kosmicznych, jest też niewyżytym seksualnie kobieciarzem. Z tego powodu opuszcza go jego ukochana, Sabine (Hélène Shirley). Pisarz smutek koi w ramionach swej sekretarki, jednak i ta w końcu rezygnuje w walce z jego nieokiełznanym apetytem. W tej sytuacji mężczyzna postanawia stworzyć kochankę idealną, która będzie spełniać jego wszelkie zachcianki…

Frankenstein spotyka Pigmalliona. Mulot otwarcie sięga po archetypiczne wzorce z kultury popularnej (scena powołania do życia elektronicznej kochanicy wprost nawiązuje do powieści Mary Shelley i jej filmowej ekranizacji; warto też zwrócić uwagę na często pojawiającą się w kadrze, zabawkową wersję robota R2-D2 z Gwiezdnych Wojen [1977], których reżyser był ponoć fanem), tworząc punkt wyjścia dla własnej, odpowiednio pikantnej i zgoła przewrotnej przypowieści. Akcję po brzegi wypełnia seksem, który jednak nie ma w sobie nic z mechanicznej kopulacji. Każda spośród scen łóżkowych ma swoje uzasadnienie, sfotografowana jest ze smakiem, nierzadko wzbogacona humorem. Oglądając La femme-objet można wręcz odnieść wrażenie, że większość bliźniaczych amerykańskich pozycji ze Złotej Ery to po prostu ordynarne pornosy oparte na nieatrakcyjnych ujęciach genitaliów. Francuz tymczasem nadaje erotyce artystyczny wymiar, skupia się na jej zmysłowym aspekcie, a nie wyuczonych sposobach na wymianę płynów ustrojowych. Różnica jak pomiędzy fast foodem, a wizytą w Dorsii, do której bezskutecznie próbował dostać się Patrick Bateman. Zapomnijcie więc o źle oświetlonych kadrach i speluniastych lokacjach – dzieło Mulota to w pełni profesjonalna robota, sfilmowana na 35-milimetrowej taśmie, pełna dopieszczonych detali. Scenografia przenosi nas do spełnionego snu rozkochanego w pop-artowej stylistyce bon vivanta, w tle plumka elektroniczno-futurystyczny soundtrack Jeana-Claude’a Nachona, a za błyskotliwy, pulsujący życiem montaż odpowiada nie kto inny, jak Pitof, przyszły pionier cyfrowych efektów wizualnych na ziemi francuskiej (m.in. Delicatessen [1991], Miasto zaginionych dzieci [1995] i Obcy: Przebudzenie [1997]; o jego mizernych próbach reżyserskich nie wspominam – nie każdy wszak musi być dobry we wszystkim).

Rzecz stylowa zatem i to w stopniu, w jakim stylowa może być chyba jedynie twarda pornografia produkowana nad Sekwaną. A przy tym daleka od scenariuszowej prostoty i grubiaństwa. Historię poznajemy z perspektywy samego głównego bohatera, w formie retrospekcji, z wygłaszaną z offu narracją. Pozwala to przeskakiwać swobodnie pomiędzy kolejnymi etapami opowieści bez ryzyka fabularnych zgrzytów. Wspomniałem również o przewrotnym wydźwięku całości: pierwsza połowa sprawia wrażenie katalogu perwersji zrodzonych w umyśle seksoholika-mizogina, jednak wraz z pojawieniem się wymarzonej niewolnicy w osobie Kim (zjawiskowa Marilyn Jess, dla której ta rola okazała się być furtką do sławy) reżyser odwraca narrację. Wiecznie napalony samiec, którego kompulsywne potrzeby są niczym próżnia wysysająca życie z kolejnych partnerek, pada ostatecznie ofiarą własnej kreacji i własnej obsesji jednocześnie. Porno feministyczne? Dla Mulota to wszak nie pierwszyzna, gdy przypomnieć sobie choćby, że na swoim koncie ma kontrowersyjne Pussy Talk (1975), w którym bohaterkę wyposażył w… samoświadomą, dysponującą własnym głosem waginę.

La femme-objet skutecznie zadaje kłam powszechnej opinii, że filmowa pornografia może być jeno wulgarnym popisem niewygodnych pozycji seksualnych. Jasne, mit ten obalono teoretycznie dawno temu i skutecznie, niemniej pokutuje on wciąż zarówno pośród „wyrafinowanych filmoznawców”, jak i nawet badaczy gatunkowych kuriozów. Tymczasem nierzadko najbardziej szalone i inspirujące sny rodziły się właśnie tutaj: w głowach wzgardzonych pornografów, którzy pomimo skąpych budżetów mieli do dyspozycji praktycznie nieograniczoną wolność artystyczną i odpowiednie pole do eksperymentów. Większość dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków pamięta z pewnością komedię młodzieżową Dziewczyna z komputera (1985) – sam po jej obejrzeniu za dzieciaka marzyłem o krągłych kształtach Kelly LeBrock. Czego wówczas nie wiedziałem to, że film Johna Hughesa to uboższa, pozbawiona pazura wersja majstersztyku Mulota. Sprawdźcie sami – gwarantuję, że od teraz będziecie marzyć o Marilyn Jess!

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*