Blue Monday: LA Plays Itself (1972) / The Sex Garage (1972) / Sextool (1975)

Słoneczny dzień gdzieś w dziewiczych kanionach pod Los Angeles. Dwójka młodych mężczyzn wybiera się na przechadzkę. W pewnym momencie jeden z nich proponuje drugiemu obciąganie. Jesteśmy świadkami długiej, ospałej niczym sielankowe okoliczności przyrody w jakich ma ona miejsce, sceny seksu. Przerywa ją pojawienie się buldożerów, które zaczynają równać okolicę z ziemią. Raj został zbrukany, wdarła się doń cywilizacja. Po chwili przenosimy się do samego Los Angeles, z okna samochodu obserwujemy brud ulicy, daleki od pocztówkowej wizji miasta kurwidołek pełen bezdomnych i ćpunów. Z offu dobiega rozmowa dwóch mężczyzn. Mówiący z wyraźnym teksańskim akcentem chłopak opowiada o tym, że niedawno przybył do miasta i szuka pracy. Jego rozmówca oferuje mu pomoc i jednocześnie przestrzega przed wpakowaniem się w kłopoty. Metropolia jest jednak bezwzględna dla młodych i naiwnych. Biedak pakuje się w prawdziwe szambo i trafia do mieszkania swego „dobroczyńcy”, gdzie zostaje zmuszony do uczestniczenia w sadomasochistycznych praktykach. Ich zwieńczeniem, jak sugerują pojawiające się w pewnym momencie w kadrze nagłówki gazet, jest jego śmierć.

Powyższy opis stanowi streszczenie fabuły niespełna godzinnego LA Plays Itself Freda Halsteda. Przez wielu uznawany za kalifornijską odpowiedź na prekursorskie Boys in the Sand (1971)[1] działającego na Wschodnim Wybrzeżu Wakefielda Poole’a i jego swoistą antytezę. Halsted w odróżnieniu od swojego kolegi z drugiego końca Stanów nie tworzy celuloidowego peanu na cześć ciała i zabaw na wydmach, skupiając się przede wszystkim na ciemnej stronie życia w mieście. Pojawiająca się w pierwszej połowie[2] natura jest czysta i niezbrukana, to ingerencja człowieka ją wyniszcza i kala. Tym początkowym scenom towarzyszy kojąca muzyka wygrywana na koto, panuje idylliczny nastrój. Trudno nie dostrzec nawiązań do biblijnego Edenu i dwójki pierwszych ludzi – w tym przypadku pary gejów. Na przeciwległym biegunie plasuje się światowa stolica przemysłu rozrywkowego, która jawi się tutaj jako Sodoma, miejsce przesiąknięte zgnilizną i zepsuciem. Poświęcony jej segment dla kontrastu ilustrują syntezatorowe dźwięki, podkradzione z debiutanckiego albumu grupy Tonto’s Expanding Head Band Zero Time. W końcowych minutach obserwujemy długą scenę brutalnego fistingu – twórca zdaje się mówić wprost: „L.A. cię wyrucha i wyrzuci na śmietnik.” Do nieprzyjemnej, miejscami wręcz odrzucającej zawartości dochodzi awangardowa, artystowska forma: Halsted stosuje rwany montaż, wrzuca liczne przebitki, miesza chronologię. Wygląda to zatem trochę tak, jakby za kręcenie porno wziął się Nicolas Roeg (co ciekawe, w pewnym momencie w kadrze widać billboard reklamujący Przedstawienie [1970]). Inny, nader czytelny trop to Kenneth Anger, którego twórczość Halsted stawiał sobie za wzorzec.

Nie jest to zatem standardowe porno pełne ejakulacji i wyprężonych torsów. Halsted – filmowiec samouk, a także osobistość szczególnie hołubiona w gejowskim środowisku w latach 70. – patrzy szerzej, filmowane bez pruderii sceny seksu traktując jako jeden ze środków artystycznego wyrazu. W trakcie seansu LA Plays Itself łatwo dojść do wniosku, że film znacznie lepiej sprawdziłby się w kinach wyspecjalizowanych w arthousie, aniżeli przybytkach skupionych na prezentacji twardej pornografii. Wciąż jednak jest to pozycja prowokacyjna, idąca pod prąd trendów i konwenansów, także tych obecnych w samym światku gejowskim. „Chociaż Halsted wspierał ruchy gejowskie i z pewnością jego zaangażowanie było znacznie większe, niż tylko czcza gadanina, był jednocześnie zbyt nieokrzesany i nieprzywykły do odpowiedniego języka stosowanego w obrębie środowiska. Jego zwyczajowe użycie słowa „pedał” względem samego siebie oraz innych z otoczenia często bulwersowało co wrażliwsze osoby.” – pisze w swym eseju Beloved Pariah William E. Jones, autor książkowej biografii Halsted Plays Himself. Bardziej więc wywrotowiec z kamerą, filmowy anarchista, aniżeli zaangażowany bojownik o prawa mniejszości, zapatrzony w Godardowskie wzorce. Finałowa scena penetracji przy użyciu pięści skazywała zresztą jego dzieło na banicję poza obszar metropolitalny Los Angeles, gdzie policja wciąż tępiła wszelkie przejawy obsceniczności. Widownię rzecz znalazła w stającym się mekką homoseksualistów West Hollywood, gdzie tamtejsze biuro szeryfa chętniej przymykało oczy na podobne ekscesy. Z kolei wydania filmu na VHS w latach 80. niemal bez wyjątku pozbawione były tej konkretnej sceny, co w drastyczny sposób zmieniało wymowę całości.

W tym samym czasie, co LA Plays Itself Halsted nakręcił inny – trwający zaledwie 35 minut – obraz, który miał stanowić swoisty suplement na pokazach jego debiutanckiego dzieła. Krótki metraż zatytułowany The Sex Garage otwiera scena seksu pomiędzy chłopakiem a dziewczyną w warsztacie samochodowym. Przebitki montażowe ukazują jednocześnie mężczyznę przygotowującego się do wyjścia z mieszkania, celem oddania auta do naprawy. Kiedy dociera do wspomnianego warsztatu, spłoszona dziewczyna, która jeszcze przed momentem harcowała z ukochanym, ucieka pozostawiając samców sam na sam. Wkrótce dołącza do nich odziany w skórzany strój motocyklista. Młody mechanik pozna smak męskiej miłości w najbardziej intensywnym wydaniu…

Pierwsze skojarzenie: Angerowskie Scorpio Rising (1963) i Kustom Kar Kommandos (1965). Fetyszyzacja motoryzacyjna osiąga tu kulminację w scenie, w której motocyklista penetruje penisem… rurę wydechową, a następnie szczytuje, wytryskując spermę na skórzaną tapicerkę. Wcześniej jesteśmy świadkami upokarzania mechanika, który zmuszany jest m.in. do zanurzania głowy w sedesie i noszenia damskiej bielizny. Sam Halsted określił przedsięwzięcie jako „pierwszy film triseksualny” i również tutaj nie bawi się w subtelności, sięga po szeroką paletę perwersji („W pierwszej kolejności jestem zboczeńcem, dopiero potem filmowcem” – zwykł mawiać), dodatkowo okraszając je na przemian muzyką Bacha (Jesus bleibet meine Freude) i soulem (When Tomorrow Comes The Emotions). Mieszanka wybuchowa, poszatkowana w procesie montażu jak epileptyczny orgazm. Pozostawia z uczuciem zdezorientowania i szoku poznawczego. A do tego pełna jest stylowych zdjęć w czerni i bieli, miejscami dających wrażenie odrealnienia. Na zewnątrz czeka szary, nieatrakcyjny świat, z pędzącymi po autostradzie setkami samochodów. Świat karierowiczów i mrówczej pracy. W tytułowym garażu zaś otwierają się wrota spełnienia.  

Pomimo radykalnej formy LA Plays Itself odniosło ogromny sukces i otworzyło przed Halstedem drogę na salony (ponoć na zorganizowanym dla hollywoodzkiej socjety pokazie można było napotkać m.in. Groucho Marxa), ustawiając go na pozycji czołowego awangardzisty queerowego kina. W trzy lata po premierze debiutu reżyser popełnił kolejne dzieło, które w zamyśle miało być jeszcze ambitniejsze pod względem stylistycznym i jeszcze bardziej prowokacyjne. Sextool to sadomasochistyczna mozaika złożona z ciągu krótkich epizodów, barwny katalog seksualnych obyczajów i dewiacji. A przy tym obraz, którego górnolotne założenia okazały się być przyczyną artystycznej wtopy. Znajdujemy się na przyjęciu gdzieś w Hollywood, zdominowanym przez gejów i transwestytów. Naszą przewodniczką po towarzystwie jest Gloria (Charmaine Lee Anderson), za której sprawą poznajemy kolejne historie uczestników. Banda czarnych alfonsów obsługiwana przez uległego hipisa, brutalny seks zbiorowy z marynarzem (celowe odwrócenie sytuacji z Fireworks [1947] Angera?), gwałt analny dokonany przez funkcjonariuszy LAPD na aresztowanym przy użyciu policyjnej pałki, występ stylizowanej na Marlene Dietrich drag queen, zabawy SM samego Halsteda i jego chłopaka czy wreszcie upojna noc niezdecydowanego co do swojej orientacji gościa imprezy.

Następujące po sobie scenki kształtują ekstatyczną paletę doznań, ale nie składają się niestety jednocześnie w rozsądną, spójną całość. Fisting, pissing, elementy BDSM – Sextool to manifest seksualności wyzwolonej z wszelkiego tabu i ograniczeń, transgresyjny z pewnością, ale też ciężko oprzeć się wrażeniu, że błahy i zgoła płytki w swych założeniach. Brak tu myśli przewodniej na miarę tej z LA Plays Itself, a cała klamra fabularna wydaje się być czysto pretekstowa. Czego Halstedowi wciąż nie brakuje to tupet i odwaga do przekraczania granic, a także perfekcyjny zmysł audiowizualny. Pomimo faktu, że fundamenty są w tym przypadku zbyt wątłe, poszczególne sekwencje wciąż potrafią fascynować jako eksperymentalne formy na styku arthouse’u, pornografii i wideoklipowego strumienia świadomości.

Sextool był pierwszym filmem Halsteda nakręconym na taśmie 35mm (poprzednie powstawały na tańszych i powszechniejszych w kręgach niezależnych 16mm) i wykorzystanie możliwości profesjonalnego standardu widać niemal w każdym kadrze, z pięknie nasyconymi barwami i oddaniem detali. Twórca planował bowiem stworzenie „crossoveru” pomiędzy wysublimowanym kinem eksperymentalnym, a twardą pornografią – sztuka, która udała mu się już trzy lata wcześniej, tyle że tym razem na znacznie większą skalę. Decyzja o kręceniu w formacie 35mm okazała się paradoksalnie przyczyną finansowej porażki dzieła: ukierunkowane na filmy artystyczne kina odrzucały obraz jako zbyt ekstremalny i wulgarny, z kolei większość kin porno nie była wyposażona w projektory 35mm.

Dla Halsteda był to cios na tyle dotkliwy, że w kolejnych latach skupił się na występach przed kamerą, okazjonalnie tylko tworząc filmy krótkometrażowe. Założył własne czasopismo, otworzył też klub gejowski, a trzy opisane powyżej filmy trafiły do kolekcji nowojorskiego Museum of Modern Art, w której znajdują się do dziś (niedawno władze muzeum dokonały restoracji oryginalnych taśm, dzięki czemu wszystkie trzy tytuły po raz pierwszy zostały wydane na rynku video w ich pełnych, nieocenzurowanych wersjach). Ustawił się finansowo, po czym – ze względu na złe decyzje biznesowe – większość majątku stracił. Do reżyserii powrócił w latach 80., kiedy to porno przeniosło się z kin na taśmy VHS. Wówczas jednak nie odnosił już większych sukcesów, a jego „teledyskowy” styl utracił pierwotną siłę rażenia. Twórca w tym czasie podupadł również na zdrowiu. Ostateczny cios stanowiła śmierć w wyniku powikłań związanych z AIDS jego życiowego partnera Joeya Yale’a (wystąpił zarówno w LA Plays Itself, jak i Sextool) w 1986 roku. Trzy lata później Halsted popełnił samobójstwo, połykając środki nasenne. W liście pożegnalnym napisał „Miałem dobre życie. Miałem wygląd, pieniądze, odniosłem sukces. Miałem miłość życia. Nie widzę sensu, by to kontynuować.”


[1] Pierwszy gejowski film pornograficzny, w którego czołówce zawarto listę osób odpowiedzialnych za jego powstanie. Odniósł ogromny sukces w pierwszych miesiącach wyświetlania w Nowym Jorku, docierając do szerokiej, mainstreamowej publiczności na rok przed słynnym Głębokim gardłem (1972).

[2] W pierwotnej wersji kolejność segmentów była odwrotna: film rozpoczynał się od szokujących scen w Los Angeles, a kończył idyllą na łonie natury. Halsted przemontował obraz przed oddaniem go do zasobów Museum of Modern Art.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*