Blue Monday: Mascara (1983)

Harriet (Lisa De Leeuw) pracuje jako sekretarka w biurze na Manhattanie. Dziewczyna prowadzi stosunkowo bogate, ale też jałowe życie seksualne, skupiając się na jednorazowych przygodach z nieznajomymi. Pewnego dnia zdobywa się na odwagę i prosi o radę zawodową prostytutkę Lucy (Lee Carroll), która regularnie gości w gabinecie szefa Harriet w porze lunchu. Choć początkowo oporna, Lucy w końcu zgadza się zostać przewodniczką poukładanej sekretarki po świecie zakazanych uciech…

Inicjacyjna opowieść w nowojorskich dekoracjach, odpowiednio rozwiązła i stylowa zarazem. Stojący za kamerą Henri Pachard karierę zaczynał pod koniec lat 60., kręcąc softcore’owe erotyki pod pseudonimem Ron Sullivan. W drugiej połowie lat 70. przerzucił się na regularne porno, szczyt formy zyskując w kolejnej dekadzie wraz z takimi klasykami Złotej Ery, jak Outlaw Ladies (1981), The Devil in Miss Jones Part II (1982) czy The Widespread Scandals Of Lydia Lace (1983). Przy ostatnim z wymienionych na stanowisku autora zdjęć wspierała go eksploatacyjna weteranka, Roberta Findlay, która w latach 1967-68 stworzyła wraz z mężem Michaelem pionierską pod względem ekranowego sleazu „trylogię ciała” (The Touch of Her Flesh [1967], The Curse of Her Flesh [1968], The Kiss of Her Flesh [1968]) i która z czasem przerzuciła się na produkcje XXX. Bardziej doświadczona w pracy z aktorami od Pacharda, Findlay towarzyszyła mu również na planie Mascary, gdzie oprócz pełnienia roli operatora odpowiedzialna była za reżyserię scen dialogowych.

Wyszło to historii na dobre, bo choć daleko Mascarze do poważnego dramatu o tłumionych pragnieniach na jaki stara się pozować, to konstrukcja postaci i relacje miedzy nimi należą do najsilniejszych stron filmu. Rola wulgarnej w obejściu, ale obdarzonej złotym sercem dziwki daje znanej z odgrywania bohaterek w typie dominy (sadomasochistyczne zabawy były również jej źródłem dochodu poza planem filmowym) Lee Carroll okazję do popisania się talentem komediowym. W wyrazistym występie gościnnym podobnież błyszczą Bobby Astyr jako biznesmen-pantoflarz i wcielająca się w jego lubieżną małżonkę Mistress Candice (która, identycznie jak Caroll, wyspecjalizowała się w rolach wyuzdanych dominatrix). Ciekawostkę dla miłośników grindhouse’owej ekstremy stanowić będzie z kolei epizod Roberta Kermana (szef Harriet), którego szeroka widownia zapamiętała jako profesora Monroe z Cannibal Holocaust (1980). W tle zaś mam krótkie cameo dwójki ponętnych, czarnowłosych „chudzielców”: Tiffany Clark i Lisy Cintrice oraz „szybką akcję” w wykonaniu Rona Jeremy’ego.

Show należy jednak przede wszystkim do Lisy De Leeuw w roli służebnicy z korpo, która odkrywa drzemiący w jej wnętrzu wulkan namiętności i pasję do eksperymentów. De Leeuw (jej pseudonim pochodzi z jeżyka holenderskiego i oznacza ni mniej, ni więcej jak lwa, co było czytelnym nawiązaniem do burzy rudych włosów aktorki), która pierwsze kroki w pornobiznesie stawiała pięć lat wcześniej, by z czasem awansować do grona największych gwiazd branży, swobodnie przeskakuje od nieśmiałości i wycofania do obowiązków bogini seksu. Wypada równie przekonująco jako poukładana biurokratka w spódnicy do kostek, jak i jako wyzwolona eksploratorka, gotowa wskoczyć do łóżka z dwoma facetami w ramach „zaliczenia” skrytej fantazji. Piegowata i niepozorna De Leeuw (bez ostentacyjnego makijażu stanowiła wcielenie tzw. „dziewczyny z sąsiedztwa”) ze światka porno wycofała się w 1987 roku, dołączając do grona eks-gwiazd, o których zaginął wszelki słuch i które nie próbowały po latach czerpać żadnych benefitów w związku z niegdysiejszą sławą. W latach 90. gruchnęła za to wieść, iż dawna ulubienica widzów zmarła w wyniku powikłań związanych z AIDS, jednak plotka ta nigdy nie doczekała się potwierdzenia.

Sama Mascara zaś na pierwszy rzut oka stanowi idealny przykład porno „środka”: bez wygórowanych ambicji, bez artystowskich zapędów i bez dewiacyjnego skrzywienia, które zgorszyć mogłoby niedzielnego widza nastawionego na „pikantny seans”, ale wciąż wystarczająco dopieszczone formalnie i scenariuszowo, by nie zamienić się w ciąg nużących scen kopulacji. Może w tym też tkwi cała przewrotność: pod przebraniem nieco naiwnej przypowieści o Kopciuszku na nocnych łowach, dostajemy w gruncie rzeczy dość ponurą narrację o bezbarwnym, wypranym z emocji i uczuć seksie, który potrzebny jest w coraz większych dawkach i coraz dziwniejszych okolicznościach, aby przynieść jakąkolwiek podnietę. Pachard i Findlay nie uderzają jednak w moralistyczne tony, zachowują dystans i pozornie pogodną tonację historii, która jedynie gdzieś między wierszami – jak choćby w „nieskonsumowanej” scenie łóżkowej pomiędzy bohaterkami – opowiada o samotności i próbach nawiązania porozumienia z drugim człowiekiem.

Jest to przy tym estetycznie nienaganna robota. Kiedy trzeba to oddycha wielkomiejskim brudem (oddające za pomocą zaledwie kilku detali alienację mieszkańca metropolii sceny w zatłoczonym metrze), kiedy indziej – szafuje luksusem ekskluzywnych apartamentów. Ma swój szyk i klasę, jak rasowa call-girl, wyspecjalizowana w dostarczaniu wysublimowanych przyjemności, która po nocnej zmianie wraz z makijażem zmywa wypracowany uśmiech. Miał być książę na białym koniu, jeszcze raz trafił się przepracowany dyrektor z hipoteką i brzuszkiem, któremu po całym dniu łysienia i żłopania kawy już nie staje.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*