Blue Monday: Pretty Peaches (1978)

Jeden z największych przebojów Złotej Ery Porno, stanowiący hardcore’ową wariację na temat książki Terry’ego Southerna i Masona Hoffenberga Candy (1958) oraz jej filmowej adaptacji (1968) w reżyserii Christiana Marquanda (film wprawdzie spotkał się z oziębłym przyjęciem w momencie premiery, jednak z czasem zyskał sobie opinię jednego z kontrkulturowych klasyków i wart jest odnotowania chociażby ze względu na gwiazdorską obsadę, pośród której znajdziemy m.in. Marlona Brando, Richarda Burtona, Johna Hustona, Ringo Starra czy Charlesa Aznavoura). W ślad za nimi, Pretty Peaches przedstawia widzowi współczesną, żeńską wersję wolterowskiego Kandyda, która na swej drodze napotyka wszelkiej maści łotrów i poddawana jest przez los wielokrotnym próbom.

Główna bohaterka, urodziwa młódka o ponętnych kształtach Desireé Cousteau udaje się na ślub swojego ojca. Po ceremonii dziewczyna ulega wypadkowi, w wyniku którego traci pamięć. Nieprzytomną ofiarę odnajduje dwóch niezbyt rozgarniętych kombinatorów, którzy postanawiają się nią zaopiekować. Ich dobroć nie jest jednak wcale bezinteresowna, obaj ostrzą sobie bowiem zęby zarówno na wdzięki, jak i majątek biednej Peaches…

Alex de Renzy był jednym z pionierów pornografii w USA, wprowadzając na tamtejszy rynek m.in. bulwersujący dokument Animal Lover (1970) o duńskiej gwieździe filmów dla dorosłych Bodil Joensen, która – zgodnie z tytułem – specjalizowała się w dość specyficznym repertuarze i której upodobania seksualne do dziś mogłyby niejednego przyprawić o zawrót głowy. Na przestrzeni kolejnej dekady de Renzy nakręcił tak ekscentryczne tytuły, jak sadomasochistyczne roughie Femmes de Sade (1976) czy Long Jeanne Silver (1977), czyli porno… akrotomofilskie. Na tle powyższych Pretty Peaches wypada jako twór znacznie bardziej przystępny i „konwencjonalny”: rubaszna komedia erotyczna o roztrzepanym dziewczęciu z dobrego domu, której naiwność wszyscy naokoło pragną wykorzystać.

Oczywiście, jak przystało na przeszło pięćdziesięcioletniego świerszczyka, z dzisiejszej perspektywy sprawa niekoniecznie musi na każdym etapie rozwoju akcji wydawać się taka niewinna. Już w jednej z pierwszych scen zamroczona po udziale w samochodowej kraksie Peaches pada ofiarą awansów ze strony rednecka – ćwierćinteligenta. Jakby tego było mało, jeden ze sposobów na przywrócenie pamięci biedaczce zakłada wykonanie na niej przemocą lewatywy przez szalonego doktorka. No i jest jeszcze rozwiązła scena lesbijskiego gwałtu, w trakcie której w ruch idą gadżety wszelakie, w tym gigantyczny gumowy fallus. Dorzućmy do tego kazirodcze żarty, a obraz całości daleki będzie od standardów politpopu. Tyle, że wszystkie te elementy potraktowane zostały z przymrużeniem oka, tonacja opowieści jest niezmiennie pogodna, a fabuła ma w pierwszej kolejności dostarczać okazji do erotycznych igraszek w różnych konfiguracjach. Tytułowa bohaterka choćby na chwilę nie traci rezonu i wiary w siebie, pomimo wszelkich nieszczęść jakie na nią spadają. O ile więc poszczególne składowe ciężko brać za „dobrą kartę”, o tyle wymowa seansu przesiąknięta jest duchem hedonistycznego carpe diem. Dość powiedzieć, że całość wieńczy sekwencja orgii swingersów: znajdujemy się w plątaninie pokrytych lubrykantami ciał, w atmosferze totalnej swobody spuszczonej z łańcucha zaledwie dekadę wcześniej. To właśnie na rozpasanej prywatce zagubiona heroina odnajdzie prawdę o sobie, a reżyser po raz ostatni mrugnie do widza okiem, dając mu przewrotny, nieobyczajny happy end.

Ta niefrasobliwość ujęcia tematu i wszechobecny nastrój beztroski nie byłyby zapewne możliwe do osiągnięcia bez wydatnego wkładu ze strony gwiazdy przedsięwzięcia: Cousteau dosłownie błyszczy na ekranie, każdą kolejną scenę kradnie dla siebie na wyłączność, emanując naturalnym wdziękiem, entuzjazmem i pozytywnymi wibracjami. To Betty Boop przyobleczona w żywe ciało, z całą naiwnością oraz dwuznacznym seksapilem tej postaci. Dla aktorki, która dotąd bezowocnie próbowała przebić się w mainstreamie (czego owocem był m.in. epizodyczny występ w Caged Heat [1974] Jonathana Demme’a) rola okazała się być przełomowa i na kilka kolejnych lat ustawiła ją w pierwszym rzędzie najgorętszych nazwisk przemysłu porno (już w kolejnym roku doczekała się swojej filmowej semi-biografii Inside Désirée Cousteau, która stanowiła ukoronowanie jej statusu wschodzącej gwiazdy). Cousteau karierę porzuciła zresztą stosunkowo szybko: na emeryturę przeszła w 1983 roku, odcięła się od filmowej przeszłości, zrobiła dyplom psychologa i osiadła na stałe w rodzinnej Georgii.

Pretty Peaches tymczasem żyło własnym życiem, zdobywając liczne branżowe nagrody (w tym dla Cousteau jako „Najlepszej aktorki” od Adult Film Association of America, organizacji będącej czymś na wzór Akademii Filmowej kina dla dorosłych) i z biegiem lat dorabiając się kultowego statusu, porównywalnego z takimi pozycjami jak słynne Głębokie gardło (1972) czy Debbie Does Dallas (1978). Świadom sentymentu fanów, de Renzy powrócił do tematu jeszcze dwukrotnie (w latach 1987-1989), jednak oba sequele w rzeczywistości nie miały już nic wspólnego z fabułą pierwszej części, kręcone były z inną obsadą i nie posiadały już tej samej dawki przebojowości.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*