Blue Monday: SexWorld (1978)

Zacznę od krótkiej refleksji. Otóż wiecie dlaczego lubię pornosy z lat 70.? To kwestia kasy! Te filmy (oczywiście będzie to uogólnienie, bo wiadomo, że nie wszystkie) posiadały względnie wysokie budżety, a co za tym idzie – odznaczały się przyzwoitymi walorami produkcyjnymi. Nie mówimy tutaj rzecz jasna o budżetach rzędu milionów dolarów, niemniej o takich, które umożliwiały zrealizowanie określonej wizji twórczej bez potrzeby chodzenia na skróty. Idealnym potwierdzeniem tej tezy niechaj będzie seans SexWorld Anthony’ego Spinellego, czyli porno-przeróbki (tudzież po prostu – jak jest to chętnie określane obecnie – „porno-parodii”, choć w tym przypadku nie jest to termin do końca adekwatny) hitu Michaela Crichtona Świat Dzikiego Zachodu (1973) i jego kontynuacji, Świata przyszłości (1976).

Zgodnie z obietnicą zawartą w tytule, naszym punktem docelowym jest park rozrywki dla dorosłych, w którym spełniane są najskrytsze marzenia erotyczne gości. W skrócie: ogromny burdel, tyle że w nowoczesnym wydaniu, a zamiast prostytutek mamy… zaprogramowane androidy. Poznajemy grupę seks-turystów: małżeństwo z problemami, parę nieuświadomionych swingersów, sfrustrowaną pracoholiczkę o usposobieniu „szarej mychy”, gruboskórnego Południowca. Przed nimi upojny weekend, w trakcie którego skonfrontują się ze swoimi pragnieniami i lękami…

I tu ważna adnotacja: stojący za kamerą Spinelli nie był pierwszym z brzegu chałturnikiem z krainy „trzech iksów”. Facet zaczynał jako aktor w telewizji, by wraz z początkiem pornograficznego boomu na przełomie lat 60. i 70. przesiąść się na stołek reżysera skin-flicków, na którym to stanowisku pozostał już praktycznie do swojej śmierci (ostatni film wyreżyserował w 1997 roku, zmarł trzy lata później, w wieku 73 lat). W okresie tzw. „Złotej Ery” kręcił rocznie 3-5 filmów, pośród których znajdziemy takie żelazne klasyki gatunku, jak The Seduction of Lyn Carter (1974), A Portrait of Seduction (1976), Talk Dirty to Me (1980) czy Nothing to Hide (1981, warto odnotować, że ów ostatni tytuł znalazł się na drugim miejscu na opublikowanej przez Adult Video News liście „najlepszych filmów dla dorosłych”). SexWorld to frywolna, miejscami wręcz rubaszna wariacja na temat hollywoodzkiego kina science-fiction, w której znalazła się jednak również okazja – wzorem wielu innych „pornusów” kręconych przecież w większości przypadków przez lewicujących awangardowców – by przemycić „poważniejsze” tematy (rasizm, stłumiony popęd, wyalienowanie pracowników korporacji), tyle że ujęte w humorystyczny nawias.

Co z marszu zwraca uwagę to fakt, że całość wygląda jak profesjonalna produkcja od dużego studia. Zdjęcia kręcone były na taśmie 35 mm, fabuła co rusz przeskakuje z jednej lokacji do kolejnej, przy czym każde z pomieszczeń w których rozgrywa się akcja posiada własny charakter. Futurystyczna scenografia stanowi jeden z największych atutów filmu, oferując szeroką paletę barw i stylistyk. W tle zaś przygrywa przebojowy, funkujący soundtrack (z utworem tytułowym na czele!) od Berry’ego Lipmana, uznanego niemieckiego kompozytora i producenta muzycznego, który na swym koncie miał współpracę z Cliffem Richardem, Charlesem Aznavourem, Petulą Clark , Patem Boone’m czy Dionne Warwick. Nad całością ciąży więc soczysty, seventisowy feel, z przebijającą przezeń swobodą obyczajową dekady poprzedzającej.

Skoro zaś mowa o „obyczajowości” to w ujęciu Spinellego seks okazuje się być remedium na wszystkie bolączki współczesnego świata. Scenarzyści zadbali o odpowiednie urozmaicenie w kwestii tak pojawiających się na ekranie postaci, jak i sposobów na spełnienie „sprośnych” fantazji każdej z nich. Do najważniejszych punktów programu należą dwie sceny seksu „międzyrasowego”. W pierwszej z nich, rasistowski gbur (John Leslie) zostaje zamknięty w pokoju z hebanową pięknością o powabnych kształtach Desiree West, by przekonać się o jakości „czarnego miodu”. W drugiej twórcy odtwarzają – w zwolnionym tempie – pamiętną, ikoniczną scenę z Behind the Green Door (1972), z powracającym w roli przyodzianego na biało „czarnego ogiera” Johnnie’m Keyesem. Robotyczny lupanar to także miejsce, w którym: znajdziemy remedium na impotencję, można wcielić w życie ryzykowne marzenie (kobiece) o gwałcie (w praktyce raczej zgoła niewinne, bo przybierające formę gry erotycznej), a lesbijka dostanie szansę, by zaliczyć upragniony… debiut w świecie heteryków.

Jak na dzisiejsze standardy mało postępowe wydawać się mogą owe harce, jak na ówczesne czasy – szczyt hedonizmu i swobody. To zresztą właśnie różnorodność i nastrój beztroski sprawiają, że obcowanie z SexWorld stanowi czystą przyjemność: półtoragodzinny seans po brzegi wypełniony jest atrakcjami, dzięki czemu nie ma tu miejsca na żadne przestoje czy znudzenie. To esencjonalna zabawa, która powinna przypaść do gustu nawet tym, którzy na co dzień od twardej pornografii trzymają się z daleka. To także prawdziwa parada gwiazd porno-biznesu tamtej epoki, bo przez ekran przewijają się takie nazwiska, jak Lesllie Bovee, Annette Haven, Sharon Thorpe, Kay Parker czy Amber Hunt. Jeśli więc chcielibyście popatrzeć do kogo wzdychali (i nie tylko wzdychali…) mężczyźni w ciemnych, nieklimatyzowanych salach kin w latach 70., to obraz Spinellego daje solidny przekrój towarzyskiej śmietanki. SexWorld ma zatem niemalże wszystko, aby uchodzić za kompletne, bliskie doskonałości doświadczenie pornograficzne, które stawiać należałoby za wzorzec dla każdego twórcy, który chciałby wejść do „branży”. Bawi, podnieca, wzrusza, krzepi. Zupełnie jak Kino Nowej Przygody, tylko lepiej i mocniej…

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*