Blue Monday: The Intrusion (1975)

Sielski poranek gdzieś na przedmieściach. Młode małżeństwo spożywa wspólnie śniadanie w jadalni swego domu. Mąż szykuje się do podróży służbowej, ale wciąż ma jeszcze czas na szybki numerek pożegnalny. Idealny początek dnia, który wkrótce zamieni się w koszmar. Gdy tylko bowiem małżonek odjedzie samochodem z podjazdu, zostawiając zaspokojoną i już stęsknioną Ellen (Kim Pope) w samotności, do jej drzwi puka obcy. Mężczyzna podający się za komiwojażera przemocą dostaje się do domu i zaczyna terroryzować bezbronną kobietę…

Podłe, nihilistyczne porno roughie bliżej niesprecyzowanego autorstwa (niektóre źródła jako reżysera podają Zebedy’ego Colta, wydanie DVD od Vinegar Syndrome asekuracyjnie obstaje przy enigmatycznym pseudonimie Arthur Nouveau). Ten trwający niewiele ponad godzinę obraz niemal w całości stanowi jeden długi zapis podwójnego gwałtu. Zaczynamy – jak powyżej – od sielanki i stereotypowej sceny seksu z małżeńskim wytryskiem na krzaczaste podbrzusze. Chwilę potem rzecz przemienia się w mizoginistyczny festiwal upodlenia, gdy włamywacz krępuje i knebluje swoją ofiarę, następnie przywiązuje ją do łóżka i zaczyna okładać penisem po twarzy, która to sekwencja wydaje się trwać w nieskończoność. Napastnik penetruje ponadto kobietę rękojeścią składanego noża i pod groźbą jego użycia zmusza ją do seksu oralnego. Wbrew jednak odwiecznym prawidłom pornograficznego spełnienia, scena która powinna zakończyć się obfitą ejakulacją, zostaje przerwana wraz z pojawieniem się u progu domu niespodziewanego przybysza. W momencie gdy na scenę wkracza znacznie bardziej spolegliwa koleżanka pani domu, uraczeni zostajemy trójkątem. Nowa „zdobycz” bez ociągania spełnia wszystkie zachcianki nienasyconego psychopaty, jednocześnie osłabiając jego czujność. Finał jest nagły i być może nazbyt wręcz prosty, doskonale jednak pasuje do chropawego charakteru filmu.

The Intrusion nie przynosi zatem podniety, prędzej przypuszcza atak na widza, każąc mu obserwować w drobnych detalach patologię i cierpienie przypadkowych ofiar. Za ścieżkę dźwiękową służą atonalne, syntezatorowe dźwięki, które potęgują atmosferę wszechobecnego brudu i beznadziei. Większość odbiorców z marszu odrzuci obskurny styl dzieła, długie ujęcia, które nie tylko nie pozostawiają niedopowiedzeń, ale wręcz celebrują upokarzające praktyki. W pierwszej połowie, jeszcze przed wtargnięciem przemocy w idealną, drobnomieszczańską rzeczywistość, obraz jawi się wręcz jako proto-slasher, gdy z okna jadącego samochodu napastnika – bezimiennego drapieżcy poszukującego zwierzyny łownej – obserwujemy równo przystrzyżone trawniki i jednorodzinne domy. Potem rzecz przekształca się w chore home invasion, pełne stłumionych odgłosów płaczu i jęków.

Pod względem bezpardonowości i zawartego ładunku okrucieństwa, film Nouveau spokojnie mógłby stawać w szranki z innym osławionym przedstawicielem sewentisowych roughies, Forced Entry (1973), w którym Harry Reems wcielał się w weterana z Wietnamu gwałcącego i mordującego przypadkowe kobiety. O ile jednak Reems po latach żałował swego udziału w tym parszywym klasyku porno-eksploatacji, tak grający tu pierwsze skrzypce Michael Gaunt (w napisach wymieniony pod swoim prawdziwym nazwiskiem, Michael Dattorre) w wywiadach nadal wypowiada się o swoim występie z dumą. Dla Gaunta, wówczas początkującego aktora teatralnego, był to fabularny debiut i trzeba przyznać, że podszedł do swego zadania z ogromnym… profesjonalizmem. Jako zimny, trzeźwo kalkulujący oprych wypada nader sugestywnie, działa metodycznie, jednocześnie wyraźnie sygnalizując psychotyczne skłonności postaci. Występ okazał się być początkiem owocnej kariery w pornobiznesie, którą aktor porzucił dopiero pod koniec lat 80., by powrócić na deski teatru. Partnerująca mu w roli kury domowej Kim Pope, z powodzeniem kontynuująca karierę w filmach „dla dorosłych” od początku dekady (m.in. ponure Memories Within Miss Aggie [1974] Gerarda Damiano) jest równie przekonująca jako typowa „dziewczyna z sąsiedztwa”, wystawiona na koszmar, który wydaje się przekraczać jej możliwości poznawcze.

Podobnie jak większość roughies z okresu, The Intrusion ogranicza fabułę do minimum, na piedestale stawiając czynnik szoku. Nie ma tu elementów humorystycznych, niczego – może poza samym wstępem – co można by potraktować jako przerywnik o charakterze czysto rozrywkowym. To beznamiętny, ciężki niczym walec zapis agonii, pozbawiony w zasadzie ambicji artystycznych, morału lub czegokolwiek, co usprawiedliwiałoby jego powstanie, poza samą chęcią zbulwersowania odbiorcy. Transgresyjny cios wymierzony w krocze, surowy i nieociosany. I jako taki niewątpliwie zasługuje na miejsce w ścisłej czołówce najbardziej zdegenerowanych produkcji XXX w dziejach.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*