Frank & Eva (1973). Żyć razem osobno

Będący gdzieś na styku kina artystycznego i exploitation holenderski nurt, znany na świecie jako The Dutch Sex Wave Cinema, był niezwykle ciekawym i unikalnym kierunkiem w europejskim kinie. Okres, w którym przyszło mu egzystować, czyli w przybliżeniu lata 1969–1975, gdzie twórcy filmowi mieli dużo większą swobodę artystyczną niż obecnie, pozwalał na prezentowanie ówczesnej publiczności treści, które uchodzą dziś za kontrowersyjne. Na próżno szukać podobnych obrazów zarówno w szufladach z dziełami czysto komercyjnymi, jak i niszowymi. Wspomniany nurt może i oferował widzom obrazy zabarwione dużą dawką niezobowiązującego erotyzmu, jednakże odważne sceny seksu nie górowały nad fabułą, lecz były jedynie jej właściwym uzupełnieniem. Do najbardziej znanych reprezentantów, realizujących produkcje w tym klimacie, należeli Paul Verhoeven i Pim de la Parra, z których pierwszy z wyszczególnionych zyskał międzynarodowe uznanie, bo poza dziełami nakręconymi jeszcze na rodzimym gruncie, w tym z nominowanymi do Oskara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny Tureckimi owocami (1973), stworzył później w Hollywood takie ponadczasowe prace, jak Robo-Cop (1987), Pamięć absolutna (1990), Nagi instynkt (1992) czy Showgirls (1995). Wymienione pozycje zostały zrealizowane co prawda na fundamencie amerykańskim, jednak to sensualne holenderskie twory erotyczne były zapalnikiem przyczyniającym się do tego, że reżyser stał się postacią powszechnie znaną i docenianą za oceanem.

Obraz Frank i Eva, w reżyserii Pima de la Parra, nie odniósł tak ogromnego sukcesu, jak prace Paula Verhoevena, jednak poprzez swój naturalizm, szczerość i nie poddanie się ówczesnej obyczajowości, wart jest podobnej uwagi. Dodatkowym atutem świadczącym na jego korzyść są odtwórcy głównych ról – Willeke van Ammelrooy, Hugo Metsers i debiutująca, znana później z francuskiej serii Emmanuelle (1974–1993), Sylvia Kristel. Film opowiada historię toksycznego związku tytułowej pary kochanków. Mężczyzna jest typem dominatora wiecznie zdradzającego i upokarzającego swoją partnerkę, natomiast kobieta jest do niego przywiązana tak mocno, że nie potrafi go zostawić. Kiedy zachodzi w ciążę, a Frank w dalszym ciągu jest totalnie obojętny na jej uczucia, mimo kolejnych poniżeń ze strony ukochanego – objawiających się licznymi kontaktami seksualnymi z przypadkowo napotkanymi dziewczynami i ekscesami pod wpływem alkoholu – stara się wieść u jego boku spokojne, zrównoważone życie.

W role Franka i Evy wcielili się holenderscy aktorzy: znany z innej kultowej produkcji spod znaku The Dutch Sex Wave Cinema, Blue Movie (Wim Verstappen, 1971), Hugo Metsers i popularna głównie w swoim rodzimym kraju Willeke van Ammelrooy, której niezwykle pociągająca powierzchowność do spółki charyzmą i zdecydowaniem, w jakie zaopatrzyła odgrywaną przez siebie piękniejszą połówkę tytułowego duetu, jest doprawdy imponująca. Już w scenie otwarcia, kiedy gospodyni domowa, nie mogąc dostać się do pokoju Franka, prosi Evę o klucze do pomieszczenia i – zobaczywszy tam zwłoki mężczyzny – staje osłupiała z wrażenia, kochanka „denata” od razu spostrzega komiczność całej sytuacji, by uderzeniem w najczulszy męski punkt przywrócić go do życia. Podobnych sekwencji w filmie Pima de la Parra jest całkiem sporo, bo na każdym kroku reżyser zaskakuje nas synonimicznymi patentami, jakie cechowały pierwsze minuty filmu.

Jednak pomimo wyrazistego stylu twórcy, który dostrzega się od razu, nie da się przewidzieć dalszego rozwoju wydarzeń i film zaskakuje aż do nadejścia napisów końcowych. Największą siłą obrazu, poza ciągłym droczeniem się z widzami i wpuszczaniem ich w przysłowiowe maliny, jest całkowita swoboda – momentami przerysowana i nazbyt komiczna – z jaką bohaterowie poruszają się po przestrzeni fabularnej. Niestety, ale takie same emocje nie towarzyszą już osobom znajdującym się po drugiej stronie ekranu. Choć obserwują wyrachowane, a wręcz dziecinne zachowania Franka – nieważne jak zabawnie przedstawione – nie są w stanie poddać się podobnej spontaniczności. Widzą bowiem, że pod tą powłoką humoru i szaleństwa kryje się człowiek głęboko nieszczęśliwy, natomiast asystująca mu w większości sytuacji Eva – charakteryzująca się podobną, co jej cyniczny partner, kondycją psychiczną – kupuje nasze współczucie od razu, bo w przeciwieństwie do swojego kochanka jest uczciwa i zatroskana o ich losy.

Wcielająca się w rolę Evy Willeke van Ammelrooy jest najjaśniejszym punktem obrazu de la Parra, ponieważ to na jej barkach ogniskują się zarówno te zabawne, jak i niegodne pozazdroszczenia doświadczenia codziennej egzystencji z wiecznie niespełnionym seksualnie, a może raczej pełnym niepohamowanego temperamentu Frankiem. Na uwagę zasługuje także, debiutująca na ekranie, holenderska aktorka – Sylvia Kristel, której osoba stanie się w pełni rozpoznawalna lada dzień, bo już w rok po premierze Franka i Evy, za sprawą pierwszej części Emmanuelle (1974). Artystka nie dostała tyle ekranowego czasu, co wspaniała w swojej kreacji van Ammelrooy, jednak każde jej pojawienie się na ekranie – i nie chodzi tu tylko o sceny natury erotycznej – poprawia widzom nastrój. To głównie dzięki niej możemy na moment odetchnąć i cieszyć się komizmem sytuacji, zwłaszcza podczas sekwencji gry w bilard, gdzie ubrana w żółtą bluzkę i skórzaną minispódniczkę, zmysłowymi ruchami wbijając bilę za bilą, kokietuje wszystkich zgromadzonych na sali, w tym także kobiety.

Obraz Prima de la Parra, pomimo wielu żartobliwych momentów, nie nosi znamion komedii, a unoszący się w powietrzu dramat dwojga ludzi, z których jedno pragnie stateczności i założenia rodziny, a drugie wiecznych imprez i niezobowiązującego seksu, daje o sobie znać na każdym kroku i pozostaje nam jedynie wyczekiwać erupcji negatywnych uczuć, jakie duszą w sobie nieszczęśliwi kochankowie. Omawianej produkcji daleko do zachodnich towarów kinowych o podobnej tematyce. Czytając o fabule Franka i Evy można odnieść wrażenie, że to typowy film o parze uwikłanej w dziwną relację, a nie do końca tak właśnie jest. Holenderski obraz nie popada w banał, trzyma nas w ryzach do ostatnich minut i pomimo kilku chwil spowolnienia – gdzie akcja na moment uspokaja się, aby widz mógł w jakimkolwiek stopniu utożsamić się z głównymi bohaterami lub chociaż zrozumieć ich problemy – pozostaje zaskakujący i godny zapamiętania.

Za produkcję Franka i Evy i holenderskich filmów o podobnej tematyce z przełomu lat 60. i 70. XX wieku odpowiada wytwórnia Scorpio Films, która po wygranej walce z cenzurą opublikowała głośny, wspomniany wcześniej Blue Movie, będący jednym z najbardziej dochodowych dzieł w kraju słynącym z serów, tulipanów i prac Rembrandta. Jednym z pierwszych obrazów spod znaku The Dutch Sex Wave Cinema, przy wsparciu „skorpionowego” koncernu, był Obsessions (1969), do scenariusza którego rękę przyłożył – poza reżyserami: Pimem de la Parrem i Wimem Verstappenem – sam Martin Scorsese. Natomiast Paul Verhoeven uznał następująco: „Znaczenie i wpływ wytwórni Scorpio w tamtym okresie pokazał, że holenderskie kino istniało naprawdę i warte było oglądania”.

Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego na kierunkach Pedagogika społeczna oraz Dziennikarstwo i Komunikacja społeczna. Zafascynowany kinem i muzyką do tego stopnia, że wraz z kilkoma najbliższymi osobami przenosi wybrane filmy na płaszczyznę muzyczną. Regularnie publikuje recenzje dla portali Plaster Łódzki i Old Camera. Złe filmy dla niego nie istnieją. „Kobieta z wydm”, w reżyserii Hiroshiego Teshigahary, to jego ulubione dzieło filmowe.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*