I Spit on Your Grave: Deja Vu (2019). Pluję na twój film

Pluję na twój grób przedstawiać nikomu raczej nie trzeba. Klasyk kina rape and revenge i jedna ze sztandarowych pozycji na liście video nasties, przez lata uparcie zakazywana i cięta przez cenzorów. Debiutanckie dzieło Meira Zarchiego do dziś budzi kontrowersje i jest przedmiotem dyskusji. Zdaniem reżysera miał to być obraz oddający głos ofiarom, pokazujący jak strasznym doświadczeniem jest gwałt. Zdaniem krytyki i stróżów moralności z kolei to jedynie celuloidowy rzyg, eksploatacja w najgorszym, najbardziej podłym wydaniu. Niemniej film obrósł na przestrzeni lat kultem, doczekał się nieoficjalnego sequela (Savage Vengeance [1993], w którym Camille Keaton powróciła w roli głównej bohaterki), remake’u za którym poszły dwie kontynuacje (w latach 2010-2015) oraz masy mniej lub bardziej udanych naśladownictw, w większości przypadków plasujących się w rejonach szeroko pojętego kina „bezbudżetowego” (vide: nie pozostawiający wątpliwości co do inspiracji tytuł I Spit on Your Corpse, I Piss on Your Grave [2001] od legendy amerykańskiego undergroundu, Erica Stanze). Lata mijały, a w tym czasie Zarchi po cichu planował własny powrót do tematu gwałtu i kary, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że ostatnie słowo należeć musi do niego.

Wiekopomny moment nastąpił 23 kwietnia 2019 roku. Cztery dekady po tym jak oryginał trafił na ekrany kin, na rynek video wypuszczone zostało I Spit on Your Grave: Deja Vu, oficjalna kontynuacja filmu z 1978 roku. W dniu premiery wydanie Blu-Ray zadebiutowało w pierwszej setce najgorętszych tytułów na Amazonie i jednocześnie na pierwszym miejscu w dziale „Horror”. Co pokazuje tylko jak wysokie były oczekiwania fanów pierwowzoru, które już niebawem miały zostać sprowadzone do parteru. Ale po kolei…

Jennifer Hills (Camille Keaton) koniec końców dopięła swego i została słynną pisarką. 40 lat po wydarzeniach z części pierwszej napisała książkę o swych traumatycznych przeżyciach, która z marszu stała się bestsellerem. Kiedy wieści docierają do rodzin jej ofiar, te stwierdzają że pora odstawić fasolę w puszce na bok, przestać pierdzieć w ognisko i wywrzeć krwawą pomstę na ladacznicy, która pozbawiła życia ich bliskich. Wsiadają do vana, zostawiają za sobą sielską wieś i jadą na poszukiwania Jennifer do Wielkiego Miasta. Bez trudu znajdują ją na parkingu przed restauracją (czyli tam, gdzie najłatwiej spotkać wszelkiej maści celebrytów) w towarzystwie jej dorosłej córki Christy (Jamie Bernadette) i porywają obie kobiety. To początek prawdziwej gehenny. Zarówno bohaterek, jak i widza…

Co poszło nie tak, spyta ktoś. Co mogło pójść nie tak w przypadku takiego samograja? Teoretycznie wszystko. I tak też się stało. Zacznijmy może od tego, że Zarchi nigdy nie był reżyserem z prawdziwego zdarzenia. Do momentu nakręcenia omawianego obrazu miał na swoim koncie zaledwie dwa filmy pełnometrażowe (obok wiadomego tytułu nakręcił również zlekceważony przez widownię i recenzentów thriller Don’t Mess with My Sister! [1985]) i przez lata jechał przede wszystkim na opinii „twórcy znienawidzonego I Spit on Your Grave”, przyjmując m.in. posadę producenta wykonawczego przy okazji remake’ów. Słowem: kariera zbudowana na jednym udanym strzale. Abstrahując od wszelkich kontrowersji, niesławny obraz z 1978 to porządnie wykonana rzecz, która wciąż doskonale opiera się upływowi czasu. Już pierwsze kilka minut seansu Deja Vu każe nam jednak podejrzewać, iż wszystko co udane w tamtym filmie było dziełem przypadku. Zarchi nie ma pojęcia o prowadzeniu aktorów, ustawieniach kamery, montażu czy zachowywaniu ciągłości i logiki pomiędzy kolejnymi ujęciami. Sama scena porwania, czyli pierwszy akt przemocy, który teoretycznie powinien przyprawić widza o dreszcze i być zaczątkiem rosnącego napięcia, jest wykonana tak partacko, że z niedowierzaniem przecieramy oczy. Nie jest to typ doznania „tak złe, że aż śmieszne”, raczej „po prostu żenujące”. I dalej jest tylko gorzej. Przez kilkanaście minut słuchamy paplaniny porywaczy na tyłach ich furgonetki, która to sekwencja kompletnie zabija jakąkolwiek dramaturgię, a w widzu budzi podejrzenie, iż cała historia rozgrywać się będzie w czasie rzeczywistym. Wisienką na torcie jest moment, w którym oprawcy próbują zabić Jennifer, ale zamiast tego kończą na celowniku trzymanej przez nią broni. Zamiast spodziewanego wybuchu przemocy dostajemy scenę tak kuriozalną, że słowa nie są w stanie tego oddać.

Jeśli więc ktokolwiek miał jakieś wątpliwości, to na tym etapie jest już pewne, że I Spit on Your Grave AD 2019 to amatorka pełną gębą i to w najgorszym znaczeniu tego określenia. Czy wspomniałem, że całość trwa bite dwie i pół godziny? Nie? No cóż, wygląda na to, że reżyser i jego świta nie wybrzydzali i postanowili użyć dosłownie całego materiału, jaki udało im się nakręcić. Bez żadnej selekcji czy uprzedzeń. To jedyne logiczne wytłumaczenie, bowiem obecność niektórych scen czy przedłużanie innych w nieskończoność naprawdę ciężko usprawiedliwić w inny sposób. Film się wlecze, pozbawiony jest wigoru czy choćby krztyny suspensu. Spokojnie można by go skrócić o godzinę z kawałkiem bez żadnego uszczerbku dla opowieści i piszę to jako odbiorca, który z reguły nie ma najmniejszego problemu z długimi metrażami (o ile oczywiście są one uzasadnione). Najgorzej zaś robi się, gdy Zarchi sięga po cytaty z własnego debiutu – rozdźwięk jakościowy staje się wówczas wyjątkowo wyraźny, dowodząc iż jest to rzeka do której zdecydowanie nie należało wchodzić po raz drugi.

Osobny rozdział stanowi aktorstwo. W trakcie seansu łatwo zapomnieć, że Maria Olsen czy Jim Tavaré to zawodowcy o bogatych filmografiach. Wyposażeni w katastrofalnie złe linie dialogowe, pozostawieni przez reżysera sami sobie, popadają w irytującą przesadę i groteskę. Postaci rednecków są odrażające i paskudne, ale przy tym nieskończenie męczące. To gra polegająca na wyrzucaniu z siebie ciągu irytujących okrzyków i bluzgów, istne tour de force zgąbczenia mózgu. Patrząc na te popisy niekontrolowanej przez nikogo „metody” odnosiłem wrażenie, że oglądam najnowszy film Roba Zombie. Z tym, że w międzyczasie Rob przepierdolił całą kasę i stracił wszelkie kontakty w Hollywood, co zmusiło go do kolaboracji z naturszczykami z wiochy gdzieś w Kentucky przeświadczonymi, że kazirodztwo to nazwa jakiegoś wymyślnego francuskiego dania. W konkurującym obozie niestety wcale nie jest lepiej. Keaton w zasadzie gra siebie, w dodatku bez większego przekonania, a jej postać służyć ma jedynie za wątły czynnik fabularny łączący historię z wydarzeniami sprzed lat. Cały ciężar figury „krwawej heroiny” przeniesiony zostaje na odtwarzającą jej córkę Jamie Bernadette. Niestety, dziewczę nie ma za grosz charyzmy i przez większość czasu gra jedną miną, a gdy marszczy nos to mamy wierzyć na słowo, że jest zła. Gdy zaś na ekranie nie ma ani jednego bohatera czy bohaterki, z którym można by się identyfikować, wówczas dochodzimy do patowej sytuacji, w której wszystkim jednako życzymy śmierci. Życzenie to spełnia się w większości przypadków, szkoda jedynie, że trwa to tak długo.

Nie będzie przesadą, gdy napiszę, że I Spit on Your Grave to zbrodnia przeciwko widowni. Chałturniczy płód starca, który zamiast siedzieć na emeryturze, postanowił chwycić za kamerę cyfrową i pokazać młodemu pokoleniu „jak to się robi”. Ponoć post-produkcja filmu trwała całe trzy lata, co tłumaczyć można tylko nieudolnością wszystkich zaangażowanych w ów proces osób. Nie ma tu bowiem żadnych walorów, które byłyby w stanie choć nieznacznie podnieść ocenę – całość sprawia wrażenie chaotycznej zabawy studentów pierwszego roku na filmówce. Zauważyliście zapewne, że nawet słowem nie zająknąłem się na temat clou programu, czyli sekwencjach gwałtu i przemocy, ale to tylko dlatego, że są one na tyle pozbawione inwencji i tak słabo wykonane, że nie ma sensu się nad nimi rozpisywać. A cóż może być gorszego od rape and revenge, które nie spełnia swoich podstawowych założeń? Gdzieś przeczytałem, że Camille Keaton przez długi czas namawiała Meira Zarchiego do nakręcenia tej kontynuacji. Zdecydowanie powinna była się ugryźć w język i – na ten przykład – promować ekologiczne kosmetyki albo oddać innemu bezsensownemu zajęciu, które jest teraz w modzie wśród bezrobotnych celebrytek rezydujących w Beverly Hills. Byle z dala od kamery…

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*