Nunsploitation, mon Dieu!

A cross upon her bedroom wall
From grace she will fall
An image burning in her mind

And between her thighs
(Type O Negative Christian Woman)

Modlitwy do szatana, habity zarzucone na nagie ciała, samobiczowanie, masturbacja krzyżem, erotyczne przygody z towarzyszkami niedoli. Taki obraz życia zakonnego wyłania się z jednego z najbardziej perwersyjnych podgatunków kina eksploatacji – nunsploitation. Inspirowani zarówno prawdziwymi historiami (Mniszka z Monzy czy sprawa zakonnic z Loudun), jak i dziełami innych filmowców (prekursorskim Häxan (1922) czy Diabłami (1971) Kena Russella), twórcy nurtu zaglądali za mury klasztorów, by przedstawić nam swoją fantazję na temat tego, do czego może prowadzić celibat, seksualne represje oraz chrześcijańskie poczucie winy. W tym świecie łamanie konwenansów spotyka się z karą cielesną wymierzaną przez surową matkę przełożoną, seks stanowi zarówno źródło przyjemności, jak i narzędzie dominacji, a opętanie może jawić się niczym wyzwolenie spod jarzma represyjnej religii. A kiedy sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, do akcji wkracza Święta Inkwizycja, która z lubością naprostowuje grzeszne siostrzyczki poddając ich nagie ciała torturom.  

Doszły nas słuchy, że dziś jakieś święto, w związku z czym pozbawiona wstydu kinomisyjna ekipa postanowiła zajrzeć pod habity sióstr zakonnych i wydobyć na światło dzienne występki skrywane w klasztornych celach. Jeżeli szukacie idealnego seansu na rodzinną wieczerzę, to liczymy, że spodobają Wam się nasze propozycje!

Nuns have no fun – śpiewali muzycy Mercyful Fate. Po lekturze naszego tekstu z pewnością zmienią zdanie.

Justyna Wróblewska


1922 – Häxan (reż. Benjamin Christensen) Marcin Mess

Legendarny horror-esej, będący najdroższą produkcją w historii skandynawskiego kina niemego, postrzegać można jako protoplastę zarówno filmu dokumentalnego, jak i folk horroru oraz nunsploitation. Jego historia jest następująca: gdzieś w drugiej połowie lat 10.  XX wieku początkujący duński reżyser i aktor Benjamin Christensen natknął się w pewnej berlińskiej księgarni na egzemplarz Malleus Maleficarum, powstałego w XV wieku podręcznika dla inkwizytorów. Następnie spędził 2 lata (1919-1921) na wielkim researchu na temat średniowiecznej percepcji czarów i czarownic. Rezultatem podzielony na siedem części film, który zaskakująco zgrabnie łączy dokument i fikcję, prezentując na zmianę dawne księgi, obrazy, rzeźby i opisy przeróżnych zabobonów (zaczynając już od starożytności) oraz inscenizacje poświęcone tak szarej codzienności wieków średnich, jak i domniemanym szatańskim rytuałom czy kościelnym torturom. Charakteryzując się bogatą scenografią, wymyślnymi kostiumami i charakteryzacją (wiedźmy, demony i sam reżyser w roli Diabła), a wreszcie pięknie plastycznymi kadrami, film oferuje naprawdę gęstą atmosferę. Zwłaszcza jeśli obejrzymy go w wersji z odpowiednio psychodeliczną ścieżką dźwiękową. Nie brakuje przy tym ironii i burzenia czwartej ściany, jako że twórca, poprzez słowa widoczne na kolejnych kartach, nierzadko zwraca się bezpośrednio do widzów i śmiało krytykuje dawne praktyki i kościół, robiąc też bezpośrednie analogie do współczesności i dumnie sygnalizując swój ateizm. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy Häxan nie jest dziełem szokującym (choć potrafi przygnębić obrazami niewinnych kobiet gnębionych przez sługów bożych). Jednak blisko 100 lat temu widok półnagich ciał, bezlitosnej chłosty oraz czarownic całujących Diabła w tyłek (typowa praktyka podczas sabatu, zdaniem inkwizytorów!) przyniósł Christensenowi nie lada kontrowersje, skutkując ocenzurowaniem filmu w wielu krajach oraz całkowitym zakazem wyświetlania go w USA. Nie zabrakło też oburzeń na antyklerykalny przekaz dzieła, nie tylko w związku z widokiem księży podejrzanie chętnych wyszukiwać i katować potencjalne czarownice, ale też z powodu znakomitej groteskowej sekwencji, którą film wypływa na wody przyszłego nunsploitation. Otóż w pewnym momencie przychodzi nam obserwować klasztor, w którym biedna zakonnica zostaje opętana przez Diabła. Jej przełożone próbują ją ratować, ale kończy się to obłędem wszystkich mieszkanek przybytku, które postanawiają urządzić swoistą dziką imprezę… Co nie dziwi, film, zwłaszcza za sprawą co bardziej odrealnionych fragmentów, miał się stać niezwykle popularnym w kręgach surrealistów. Później zaś, jak się zdaje, wywarł istotny wpływ na twórczość takich bezbożników X muzy, jak Ken Russell czy Andrzej Żuławski.


1972 – Sex Life in a Convent (reż. Eberhard Schröder) – Caligula

W 1970 roku na rynku niemieckim premierę miała książka Günthera Hunolda pt. Schulmädchen-Report, w której autor zawarł wywiady z 12 dziewczynami w wieku 14-20 lat. Przedmiotem rozmów były ich doświadczenia seksualne. Bestsellerowa książka posłużyła za podstawę filmu o tym samym tytule, który – w związku z ogromnym sukcesem w kinach (do dzisiaj obraz znajduje się na liście 5 największych hitów kasowych w Niemczech) – doczekał się 12 sequeli oraz masy spin-offów, skupiających się na życiu intymnym przedstawicielek różnych profesji i grup społecznych w RFN (m.in. Schüler-Report, Lehrmädchen-Report, Tanzstunden-Report). Sex Life in a Convent aka Die Klosterschülerinnen to jedna z wielu tego typu produkcji, w tym przypadku opisująca przygody uczennic ze szkoły zakonnej. Zgodnie z konwencją (stojący za kamerą Eberhard Schröder miał na swym koncie również cztery odsłony cyklu Hausfrauen-Report, nakręcone w latach 1971-1973) otrzymujemy serię krótkich historii, przedstawiających przypadki nastolatek wychowywanych w murach katolickiej szkoły. Dziewczęta są w „tym wieku”, toteż w głowie im tylko seks, co miejscami przynosi katastrofalne rezultaty. Każdej z nowel towarzyszy krótkie wprowadzenie od wszechwiedzącego narratora, a tonacja poszczególnych fragmentów jest różnoraka: od zdecydowanie dramatycznej (mamy tu m.in. gwałty i samobójstwo) po frywolną (pierwsze seksualne eksperymenty z koleżankami, niespełnione miłostki). Wymowa całości jest jednak poważna, a same siostry zakonne – w odróżnieniu od tego, co przedstawia większość filmów z nurtu nunsploitation – to nie zdeprawowane nimfomanki, a stateczne opiekunki, starające się zapewnić swym podopiecznym możliwie jak największa ochronę (nawet jeśli czasem nie rozumieją naturalnych potrzeb podlotków o buzujących hormonach). Ze względu jednak na swój epizodyczny charakter, jest to nad wyraz lekka i łatwa w odbiorze rozrywka, do tego – jak na dzisiejsze standardy raczej grzeczna. O miotaniu bluźnierstwami na prawo i lewo czy masturbacji relikwiami w każdym razie możecie zapomnieć.


1974 – School of The Holy Beast (reż. Norifumi Suzuki) – Marta Płaza

Film Suzukiego spina interesująca klamra. Pulsująca życiem japońska metropolia kusi bogactwem nocnego życia. Prolog podpatruje parkę zanurzoną w miejskim dryfie, korzystającą z uroków ukrytych za dnia. Noc kończy się zbliżeniem, po którym już nic nie będzie takie samo. Kochankowie muszą się rozstać, kobieta zamierza bowiem dostać się do miejsca, gdzie „kobiety nie są już kobietami”. To Maya Takigawa, młoda dziewczyna pragnąca poznać historię swoich biologicznych rodziców. Jedynym łącznikiem z przeszłością, a zarazem pamiątką po matce jest krzyż z wyrytym jej imieniem oraz nazwą zakonu, do którego wstępuje Maya, szukając prawdy o swoich korzeniach. Mieszkankom zakonu, czy raczej z luźnego tłumaczenia tytułu, Szkoły Świętej Bestii daleko do umiarkowania w jedzeniu, piciu i doświadczaniu, bo umartwianie i samodyscyplina to tylko pozory. Sprośne siostrzyczki spółkują wśród kwiatów, wyciągają spod łóżka butelkę whisky, popalają w plenerze, a gdy już nie mogą wytrzymać na postnych posiłkach, to całymi sobą, w namiętnych gestach pożerają grubaśne pęta kiełbasy. Gdy mają pecha i zostają przyłapane na niecnych uczynkach, karnie muszą dokonać samobiczowania, wcześniej oczywiście malowniczo odsłaniając piersi. Film Suzukiego niewątpliwie stoi erotycznymi przyjemnostkami, w postaci wysmakowanych homozbliżeń, czy pracy kamery, która pilnie penetruje załomy kobiecych ciał, tylko za dnia ukrytych szczelnie pod habitami. Sexploatacyjna powłoka to jednak nie wszystko co ma do zaoferowania Japoński twórca, dobrze czujący się również w wątkach bardziej na serio. Obok eleganckiej erotyki proponuje również wartką opowieść o zemście po latach, hierarchiczności struktur kościelnych zamieszanych w gwałty i usuwanie niechcianych ciąż, czy ogółem krytykę religii jako takiej, z podważaniem wiary w boską sprawiedliwość jako tematem jednej z najciekawszych rozmów filmu. Ta mieszanka różnych estetyk, myśli i pragnień tworzy zaskakująco spójną, estetycznie dopieszczoną całość. Film Suzukiego, dzięki wyszukanej ornamentyce i pięknej kompozycji kadrów karmi zmysły do syta. A historia Mai Takigawy ostatecznie wychodzi daleko poza kolejną, zwyczajną opowieść o wyuzdanych zakonnicach. W finale metropolia wciąż tętni życiem, a bohaterka, tym razem sama, przemierza miejską dżunglę dziarskim krokiem.


1974 – Flavia, the Heretic (reż. Gianfranco Mingozzi) – Caligula

W roku 1480 wojska Imperium Osmańskiego najechały włoskie miasto Otranto. W trakcie trwającej ponad rok okupacji, z rąk najeźdźców zginęło 800 mieszkańców miasta, którzy odmówili przejścia na islam. We wrześniu 1481, po kilku miesiącach oblężenia ze strony zjednoczonych sił chrześcijańskich, Turcy poddali się i wycofali. Na tle tych prawdziwych wydarzeń Gianfranco Mingozzi osadza historię Flavii (Florinda Bolkan), zakonnicy, która pod wpływem starszej, doświadczonej siostry, zaczyna kwestionować swe powołanie. Oddana na wychowanie do zakonu we wczesnej młodości, Flavia nagle buntuje się przeciwko woli ojca, zadaje niewygodne pytania, a gdy u bram miasta zjawią się Muzułmanie – przechodzi na ich stronę. Zostaje kochanką ich przywódcy Ahmeda (Anthony Higgins) i – wykorzystując specjalne względy, jakie ten jej okazuje – mści się na swych dotychczasowych ciemiężycielach… Bliżej tu do fresku historycznego, aniżeli pierwszego z brzegu, opływającego bezeceństwami nunsploitation. Co nie oznacza, że takowych tutaj nie znajdziemy! Tortur, krwi, seksu i golizny jest pod dostatkiem, tyle że stanowią one elementy składowe fabuły, nie zaś – jak często miewa to miejsce – fabuła jest im podporządkowana. Film otwiera sekwencja profanacji kościoła przez grupę tarantystek, które w przyodzieniu niekompletnym oddają się swej dionizyjskiej pasji we wszystkich zakątkach Domu Bożego. Będąca świadkiem tych wydarzeń bohaterka rzuca w kierunku figury Chrystusa śmiałe pytanie „Czemu Bóg jest mężczyzną?”. Obserwując gwałty dokonywane przez lokalnych możnowładców oraz męki jakim poddawane są na każdym kroku kobiety (scena przypalania i odcięcia sutka – ukazana z pełnymi detalami!), porzuca zarówno habit, jak i wiarę, za swojego towarzysza mając wzgardzonego przez otoczenie, uczonego Żyda. Można by więc łatwo dostosować obecną tu narrację do współczesnych realiów, potraktować całość jako alegoryczną przypowieść o wykluczeniu, poszukiwaniu własnej drogi itd. Z tym że Flavia wnet sama wchodzi na ścieżkę przemocy i przeobraża się w bezwzględnego kata, bez cienia litości obchodząc się ze swymi pobratymcami, za co w końcu spotka ją najwyższa kara. Ponury, nihilistyczny, a miejscami również narkotyczny (kapitalne sceny wizyjne w drugiej połowie, które mają w sobie coś z surrealistyczno-pejotlowego ducha Jodorowsky’ego) odprysk odwiecznych prawideł historycznych, przepięknie sfotografowany przez Alfio Continiego (m.in. Zabriskie Point [1970], Nocny portier [1974]). 


1975 – Satánico Pandemonium (reż. Gilberto Martínez Solares) – Justyna Wróblewska

Siostra Maria wydaje się istnym wcieleniem dobroci i niewinności. Gdy ją poznajemy zbiera kwiaty na łące, bierze na ręce małego baranka. Lecz nagle w Edenie pojawia się wąż. W tym wypadku Szatan przybiera jednak postać nagiego mężczyzny, nie rezygnuje natomiast ze starej, sprawdzonej metody kuszenia jabłkiem. Początkowo siostra opiera się i ucieka, w ramach pokuty umartwia się, biczuje i zakłada cierniowy pas. Na nic to jednak, nasilające się wizje w końcu popychają ją prosto w objęcia Lucyfera. Co zabawne, całe kuszenie nie trwa wcale długo. Reżyser nie trudzi się bowiem, by pokazać nam drogę do przemiany Marii, w związku z czym po 25 minutach filmu przystępujemy do właściwych atrakcji. A atrakcje prezentują się całkiem nieźle. Uwodzenie nieletnich, oddawanie się uciechom cielesnym z inną siostrą zakonną i samym Diabłem, morderstwa. Co więcej oczy siostry otwierają się na prawdę i zaczyna dostrzegać skazy na pozornie idyllicznym obrazie klasztoru. Najbardziej urokliwym aspektem filmu są natomiast deliryczne wizje zakonnicy. Scenom, podczas których Maria widzi węże czy diabła widniejącego na portrecie w miejscu świętego, towarzyszy uderzająca znienacka, nieharmonijna i psychodeliczna ścieżka dźwiękowa. Na plus można zaliczyć również sielankowe krajobrazy, które nadają obrazowi niemal baśniowego klimatu. To co w moim odczuciu nie do końca zagrało to zakończenie. Choć scena libertyńskiej uczty przy akompaniamencie wesołej, folkowej muzyki zapowiada interesująco perwersyjną, afirmującą życie i wolność końcówkę, to finalny twist trochę ten wydźwięk zmienia. Tak jakby reżyser zatrzymał się w pół drogi, bo zabrakło mu odwagi. Jednak niezależnie od tego, meksykańskie Satánico Pandemonium z całą pewnością znać wypada, gdyż jest to jeden z najbardziej sztandarowych przykładów kina o zdeprawowanych zakonnicach.


1977 – Alucarda (reż. Juan López Moctezuma) – Marcin Mess

Inspirowany klasyczną gotycką powieścią Carmilla (1872) autorstwa Sheridana Le Fanu, pięknie zbuntowany klasyk meksykańskiego kina grozy. Tytułowa antybohaterka to, jak jest sugerowane, córka Diabła. Jej matka, tuż po porodzie, oddaje ją do zakonu, gdzie dziewczyna dorasta w prawdziwie ponurych warunkach. Miejsce jest bowiem puste, brudne i brzydkie, zdaje się znajdować w podziemiach, a mieszkające w nim zakonnice zamiast habitów noszą brudne bandaże chowające ich okaleczone ciała po biczowaniach, jakim się regularnie poddają. Nastoletnią Alucardę poznajemy, kiedy w ujęciu ukazującym ją tak, jakby wchodziła do świata filmu przez lustro (co nie tylko wyraźnie zwiastuje psychodeliczno-surrealny charakter opowieści, ale też stanowi symboliczny komentarz do samego imienia dziewczyny) zapoznaje się ze swoją nową współlokatorką, świeżo osieroconą Justine. Wbrew kościelnym naukom – kazania lokalnego księdza regularnie skupiają się na istotności ludzkiego smutku i cierpienia – dziewczyny szybko oddają się różnym zakazanym zabawom. Zaczyna się od spaceru po lesie w nieznane – i film prezentuje się wówczas niczym raczej niewinna baśń – by szybko przeobrazić się w lesbijską miłość, a następnie w desakrację grobu, opętanie, czarną mszę i orgię, a zakończyć się środkowym palcem skierowanym w stronę kościoła, ale też oczekiwanymi reperkusjami w postaci okrutnych tortur i śmierci. W niespełna 75 minut meksykański reżyser zmieścił całkiem sporo, czyniąc swój film zaskakująco intensywnym i prowokacyjnym. Duża w tym zasługa odtwórczyni tytułowej roli – wspaniale ekspresyjnej i charakternej Tiny Romero. Są tu bardzo eksploatacyjne momenty, lecz warto podkreślić, że seks i przemoc nigdy nie rzucają cienia na samą treść filmu, bardzo za to pasują do jego mocno hałaśliwego charakteru. I chociaż dziki romantyzm i wściekł bunt przeciwko społecznym normom muszą zostać ukarane przez XIX-wieczny świat religii i „rozumu”, wszyscy wiemy, kto tu jest prawdziwym zwycięzcą bitwy o nastoletnie dusze.


1977 – Love Letters of a Portuguese Nun (reż. Jesús Franco) – Justyna Wróblewska

Uznany przez hiszpański Kościół Katolicki za jednego z najbardziej niebezpiecznych twórców, Jesús Franco pokazuje nam czym zasłużył sobie na to zaszczytne miano. Nastoletnia Maria (Susan Hemingway) zostaje zesłana do klasztoru za rzekomo nieobyczajne zachowanie. Na miejscu szybko dostrzega, że coś jest nie tak. Siostry zakonne zabawiają się ze sobą, namawiając ją do tego samego, ksiądz masturbuje się podczas spowiedzi słuchając o grzesznych fantazjach penitentek, a na ścianach wisi zadziwiająco dużo portretów Szatana. Wygląda na to, że zakon prowadzony jest przez…satanistów. Brzmi nieźle, co? Maria, która nie potrafi dostosować się do panujących tam zasad jest nieustannie karana – jej ciało obwiązywane jest cierniowym pasem, zostaje przywiązana do BDSM-owego krzyża św. Andrzeja, a jej dziewictwo zostaje złożone w ofierze samemu Szatanowi (w wyjątkowo zabawnym kostiumie!) podczas czarnej mszy. Nad filmem powiewa ducha de Sade’a, po którego reżyser z uwielbieniem sięgał podczas tworzenia wielu ze swoich obrazów. Maria jawi się niczym wariacja na temat markizowskiej Justyny – bogobojnej, niewinnej owieczki, którą los nieustannie rzuca na pożarcie wilkom. A konkretnie satanistycznym, libertyńskim zbereźnikom. Ostatecznie, po wykorzystaniu przez zakon, dziewczyna zostaje postawiona przed Inkwizycją pod zarzutem opętania. W pamięć zapada scena zapłodnienia jednej z zakonnic przez Szatana. Obrzędowi towarzyszą bluźniercze modlitwy, lejąca się krew i mroczna sceneria. Szkoda tylko, że wątek zostaje szybko porzucony. Film dostarcza nam całkiem sporej dawki erotyki i tortur, interesujących zbliżeń (np. na krew spływającą po gęsiej skórce Marii), a także bardziej konwencjonalnych uciech wizualnych w postaci malowniczych krajobrazów i imponującej architektury. Szczerze mówiąc, ja jednak liczyłam na odrobinę większą dawkę „trashu” z którego słynie reżyser. Być może wyższy budżet ujmuje trochę euro-sleazowej magii? Dużym rozczarowaniem jest również mdłe i patetyczne zakończenie, które zupełnie nie koresponduje z eksploatacyjnym charakterem filmu. Mimo wszystko, choć nie jest to ani najlepszy przedstawiciel nunsploitation, ani też najlepszy film Franco, warto dać Love Letters of a Portuguese Nun szansę, gdyż walorów rozrywkowych na pewno mu nie brakuje. Poza tym wszyscy kochamy wujka Jesúsa, czyż nie?


1978 – Za murami klasztoru (reż. Walerian Borowczyk) – Caligula

„Genialnego pornografa” z Polski suplement do kina zakonnego niepokoju. Za murami klasztoru luźno oparte zostało na wątkach zaczerpniętych z dziennika spisanego przez Stendhala podczas podróży po Włoszech i wydanego jako Promenades dans Rome (1829). Fabuła ma tu epizodyczny charakter i przedstawia losy kilku młodych siostrzyczek, praktycznie bez wyjątku niespotykanie chutliwych. Borowczyk tka narrację z błahych codziennych czynności, które ubarwia rubasznymi dodatkami. Nawet bowiem te spośród zakonnic, które pragnęłyby – jak przystało na służebnice boskie – podporządkować swe życie Chrystusowi, nie mogą opędzić się od włochatych myśli, a Syna Bożego i Świętych utożsamiają z seksualnymi czynnościami: jedna w trakcie spowiedzi snuje fantazje o odwiedzinach, jakie w nocy miał jej złożyć Jezus; inna znalazłszy pewnego dnia fragment konaru uznaje to za znak od Opatrzności i rzeźbi zeń sakralne dildo, którym następnie zapamiętale masturbuje się w swej celi. Tym bezeceństwom przygląda się z rosnącą rezygnacją stara Matka Przełożona, którą wszystkie podopieczne zgodnie uznają za Antychrysta. Dużo tu zatem libertyńskiego humoru, jedna pieprzna anegdota goni następną, nie brak też – obligatoryjnej w przypadku zarówno nurtu, jak i osoby reżysera – golizny. W odróżnieniu jednak od znakomitej większości tytułów z rejonu nunsploitation, Za murami klasztoru nie epatuje scenami tortur, nie eksponuje też żadnego rodzaju seksualnej przemocy, skupiając się raczej na radosnej celebracji świeckiego hedonizmu portretowanego w „egzotycznych” dekoracjach. Inna sprawa, że ciężko by było jednoznacznie zaliczyć dzieło Borowczyka do kręgów kina czystej eksploatacji – to przede wszystkim cięta, frywolna satyra na mieszczańską mentalność. Nawet pod koniec, kiedy uderza w bardziej dramatyczne tony, nie traci kpiącego, wywrotowego tonu. Chyba nie muszę dodawać, że całość to kopalnia cudownie dopieszczonych kadrów (zdjęcia od Luciano Tovoliego, a więc zarówno Zawód: reporter [1975], jak i Suspiria [1977])?


1979 – Images in a Convent (reż. Joe D’Amato) Caligula

Włoskie zakonnice są łatwe – taki alternatywny tytuł byłby bodaj najbardziej odpowiedni dla obrazu D’Amato. Gdzieś na włoskiej prowincji znajduje się bowiem klasztor, którego mieszkanki są wprawdzie bogobojnymi dewotkami, ale ów stan rzeczy nie przeszkadza im w oddawaniu się lesbijskim rozkoszom. Przed pożądaniem wzbraniają się jak mogą, ale koniec końców i tak zawsze zwycięża Matka Natura. Sytuacja dodatkowo pogarsza się, gdy w zakonie za swe lubieżne uczynki zamknięta zostaje młoda hrabina (Paola Senatore), która kusi i podjudza na wszelkie możliwe sposoby. A gdy w okolicy znaleziony zostaje ranny jurny kawaler (Angelo Arquilla), którego siostry wezmą pod opiekę, to blisko już do przekształcenia skostniałych murów w burdel z prawdziwego zdarzenia… D’Amato wydaje się czerpać w największym stopniu od figlarnego Borowczyka (choć w napisach na początku jako naczelna inspiracja wskazywana jest powieść Diderota Zakonnica [1760]), z tym że porzuca wszelką finezję na rzecz nieskrępowanej rozpusty. Dorzuca do fabuły kluczowy wątek szatańskiego opętania (co istotne, to obecność diabła ma być przyczyną nadmiernego pobudzenia mniszek, z tym że nawet zanim nicpoń wedrze się w ich społeczność, te już i tak dokazują nad wyraz wesoło) i bezpardonowo ociera się o twardą pornografię. Zarówno bowiem sceny siostrzanych amorów, jak i następująca w drugiej połowie sekwencja gwałtu dokonanego przez wieśniaków zawierają elementy XXX, z wyeksponowanymi w kadrze genitaliami aktorów (w odróżnieniu od wielu innych włoskich filmów gatunkowych z tego okresu nie był to wynik późniejszych dokrętek, ale zamierzony przez samego D’Amato element składowy filmu). Jedyne czego w tej rozpustnej wizji brakuje, to choćby szczątkowa logika – tutaj liczy się głównie ilość habitów zrzucanych na minutę, a wszelkie elementy krytyki duchowieństwa giną w zalewie obsadzających pierwszy plan sromów. Co jednocześnie czyni z Images in a Convent pozycję o wysoce rozrywkowym potencjale, którą docenią przede wszystkim zwolennicy makaroniarskiej fantazji.


1979 – Wet & Rope (reż. Kôyû Ohara) – Caligula 

W swoją noc poślubną Miki (Yuki Nohira) zostaje zgwałcona przez grupę napastników. Mąż, który nie zdążył skonsumować związku, nakazuje swej oblubienicy opuszczenie domu. Błąkając się po pobliskich plażach i rozważając samobójstwo, kobieta trafia w końcu do klasztoru. Okazuje się, że boska świątynia dumania w praktyce niewiele różni się od zwykłego burdelu, a wszystkie zakonnice to rozwiązłe nimfomanki i masochistki… Nunsploitation od studia Nikkatsu, a więc Roman Porno zrealizowane z kasą i stylem. Przez większość czasu dość stonowane (wbrew tytułowi nie ma tu zbyt wielu zabaw spod znaku bondage), wciąż jednak podszyte sporą dawką perwersji i bluźnierstw. Przed kuszeniem nie ma ucieczki. Dotyczy to zarówno pokutującego mnicha, jak i kryminalisty z ulicy, który w zakonie znajdzie schronienie. „Mój księże, raj jest tak blisko!” – wykrzykuje w ekstazie siostra spółkująca z lubieżnym kapłanem. Inną zaś przywiążą do krzyża, na którym zostanie wychłostana. Wet & Rope stanowi więc typową japońską fantazję na temat spętanych w umysłach sług Bożych dewiacji, z odhaczonymi po drodze wszystkimi punktami obowiązkowymi konwencji. Drzemie w tym surrealistyczny koncept, łączący psychoanalizę i czarny humor. Zamiast królujących w europejskiej odnodze nurtu tortur, stosów i konszachtów z diabłem, otrzymujemy radosną, niczym nieskrępowaną celebrację rozwiązłości, a zamiast lamentów udręczonych ciał heretyczek mamy powracające jęki rozkoszy. Seans wieńczy wielka orgia połączona z aukcją, w trakcie której biznesmeni w murzyńskich maskach licytują upojny miesiąc miodowy na ołtarzu z zakonnicą w przebraniu Baranka Bożego. Ów baranek ostatecznie rzeczywiście okazuje się gładzić grzechy świata i wyrwawszy się z mocy nierządników, oddaje się nawróconemu przestępcy, aby odkupić jego duszę w stogu siana. Romans. Thriller. Moralitet.


1979 – Mordercza zakonnica (reż. Giulio Berruti) – Marta Płaza

Nielicho stylowe nunsploitation ze szczyptą giallo i Anitą Ekberg w roli głównej. Zachęceni? I słusznie! Co prawda, Berruti ostrożnie szafuje =katolickimi bezeceństwami, ale na szczęście nadrabia szyciem gęstej intrygi kryminalnej. Ekberg wciela się tu w rolę siostry Gertrude, poważnej służebnicy pana pracującej w katolickim szpitalu, do którego powraca tuż po operacji usunięcia guza mózgu. Targana wewnętrznym niepokojem pacjentka nie wierzy jednak w swoje pełne wyzdrowienie. Z czasem jej niepokój (wraz z pragnieniem morfiny) się nasila, splatając w czasie z tajemniczymi wydarzeniami i morderstwami, do jakich dochodzi w placówce. Gdy pytanie o tożsamość zabójcy coraz ciężej wisi w powietrzu, do Gertrude, znajdującej się gdzieś pomiędzy realnością postrzegania a maligną, zaczyna powoli docierać okrutna prawda. Legendarna muza Federico Felliniego dobrze odnalazła się w roli zakonnicy na skraju emocjonalnej stabilności. Charakterystyczna fizjonomia aktorki (jej olbrzymie kocie oczy znakomicie podkreśla skromny habit) rezonuje napięciem i grozą. Wrodzona charyzma dodaje postaci sztywnej zakonnicy odpowiedniej dawki pikanterii. Wdzięcznie i w granicach normy, przerysowana w swojej roli, uwiarygadnia zagmatwaną historię pogrążającej się w szaleństwie zakonnicy. Biorąc pod uwagę fakt, że film znalazł się na kultowej liście Video Nasties, może zaskakiwać jego ugrzeczniona forma, zarówno pod względem nagości, jak i krwawych atrakcji. Homo-romanse zepchnięto raczej do niuansów i skromnej alkowy, nagość potraktowano przypadkowo, a zabójstwa, choć pomysłowo zaaranżowane, nie spływają potokiem krwi. Mimo to Mordercza zakonnica to całkiem udana reprezentantka nurtu, choć skierowana raczej dla tych, którzy nie będą się krzywić na oszczędną liczbę nagich biustów wśród zakonnego towarzystwa. Zabawa w tropienie tożsamości mordercy ostatecznie też dostarcza przyjemności.


1989 – Visions of Ecstasy (reż. Nigel Wingrove) – Justyna Wróblewska

Święta Teresa stoi pod wielkim, drewnianym krzyżem. Tuż obok niej tworzy się czerwona kałuża. Dłonie przebiła sobie gwoździami. Wijąc się w ekstazie rozsmarowuje krew ze stygmatów po twarzy i ciele. Kobieta doświadcza właśnie jednego z widzeń, w którym oddaje się seksualnym uciechom ze swoją Psyche oraz ukrzyżowanym Chrystusem. Taką wizję słynnej ekstazy św. Teresy z Ávili przedstawił w swoim dziele Nigel Wingrove. Ta seksualna interpretacja mistycznych przeżyć nie spodobała się brytyjskiej cenzurze. W rezultacie BBFC (brytyjska rada cenzorów) odmówiła nadania filmowi klasyfikacji. Visions of Ecstasy to jedyny obraz, który został zakazany ze względu na bluźnierstwo na 23 lata. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ciężko zrozumieć dlaczego. Krótkometrażowy obraz Wingrove’a to w rzeczywistości pozbawiona dialogów artystyczna wizja o bardzo subtelnych i wysmakowanych scenach erotycznych. Dużą rolę odgrywa tu siła sugestii prowokujących obrazów. Ci, którzy będą spodziewali się po nim typowego shockera, mogą srogo się zawieść, film przypadnie do gustu raczej wielbicielom arthouse’u doprawionego BDSM. Stylowe zdjęcia, światłocienie, stonowana kolorystyka kontrastująca z soczystą czerwienią krwi i neonowymi światłami, tworzą ciekawy wizualnie spektakl. Dodajmy do tego hipnotyczną ścieżkę dźwiękową stworzoną przez Stevena Severina z Siouxsie and the Banshees. „Ból był tak wielki, że aż zaczęłam jęczeć, a słodkość płynąca z jego nadmiaru była tak zaskakującą, że nie chciałam być go pozbawiona” – pisała św. Teresa. Jeżeli jej ekstaza zawsze budziła w Was dziwne skojarzenia, to może nie warto z tym walczyć. Po prostu odpalcie ich efektowną wizualizację.

Teksty zbiorowe kinomisyjnej załogi i przyjaciół.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*