Po całości: Piątek trzynastego (1980-2009)

Zaczęło się od niskobudżetowego horroru, którego twórcy chcieli podpiąć się pod sukces Halloween (1978), a skończyło na przynoszącej miliony dolarów franczyzie, która obecnie posiada rzesze fanów na całym świecie. Być może ogromny sukces serii Piątek trzynastego leży właśnie w prostocie jej założeń: dajmy widzom to, czego pragną. Większość odsłon cyklu powtarza bowiem uparcie schemat znany z pierwszej części: grupa niezbyt rozgarniętych dzieciaków przybywa do obozowiska nad jeziorem, by stać się zwierzyną łowną dla zamaskowanego mordercy. Nastolatki są po kolei wykańczane w najbardziej wymyślne sposoby, krew leje się obficie, od czasu do czasu tu i ówdzie mignie kawałek gołego ciała. W ten oto sposób wypracowana została klasyczna formuła teen slashera, którą później wielu będzie starało się naśladować lub wręcz powielać – z różnym skutkiem. Tym, co wyróżnia Piątki na tle innych przykładów nurtu jest też rzecz jasna sama postać zabójcy: milczący dryblas w hokejowej masce, który niczym maszyna do szatkowania buzujących hormonów idzie przed siebie niezmordowany, głuchy na wszelkie błagania, pozbawiony jakichkolwiek uczuć, jednocześnie pozostając przy tym uosobieniem totalnego luzu. Dla Jasona nie ma rzeczy niemożliwych: można mu rozpłatać czaszkę, powiesić go, utopić, spalić, rozerwać na kawałki, a bydlak i tak za moment powstanie i wróci do swej ulubionej czynności: eliminowania napalonej młodzieży. Facet to po prostu samograj, nic więc dziwnego, że na dzień dzisiejszy z 12 filmami na koncie (no dobra, dwukrotnie zrobił sobie „wakacje”), może z nim konkurować jedynie Michael Myers.

Można się więc zżymać: że to nie wypada, że to rozrywka najniższych lotów, zabawa dla przygłupów, że pornografia przemocy, że komercha. Ale nie sposób zignorować czterech dekad triumfalnego pochodu przez ekrany i miejsca w popkulturze, które przynależne jest jedynie nielicznym. Jason i cały cykl Piątków to już legenda, znajdująca się w panteonie zaraz gdzieś za klasycznymi „potworami” Universala. Beat that!

Dziś piątek 13-go, toteż w ramach hołdu, nasza kinomisyjna ekipa postanowiła omówić wszystkie dotychczasowe rozdziały słynnej serii. Gościnnie towarzyszą nam Justyna Braszka z bloga In My Secret Room oraz Kamil Rogiński.

Caligula


1980 – Piątek trzynastego (reż. Sean S. Cunningham) – Marta Płaza 

Film Seana S. Cunninghama traktowany jest z niemałym namaszczeniem. Jako jeden z pierwszych slasherów obozowych, odpowiedzialny za rozpropagowanie mody na tenże podgatunek kina grozy, jest wdzięcznym tematem różnorakich rozkmin i analiz. Dziś można się na nie odrobinę nostalgicznie uśmiechać, wszak nie będzie przesady w stwierdzeniu, że renoma filmu jest dziełem przypadku. Cunningham, korzystając z popularności starszego o dwa lata Halloween Carpentera, zdołał odsprzedać prawa do filmu wytwórni Paramount, łasej na kolejny hit spływający krwią. Rozpoczęto szeroko zakrojoną kampanię promocyjną i dystrybucję, jakie do tej pory nie stawały się udziałem niskobudżetowych horrorów, kręconych raczej z myślą o kinach samochodowych, aniżeli klimatyzowanych salach z multipleksów. Nie trzeba było długo czekać, aby prostolinijna opowieść o grupie młodzieży zarzynanej przez tajemniczego mordercę w pięknych okolicznościach przyrody, stała się hitem. Piątek trzynastego niewątpliwie jest wdzięcznym dzieckiem swoich konserwatywnych czasów, nie kryjąc się z górnolotną tezą: niesforni obozowicze giną z powodu swoich niecnych uczynków, czy to związanych z seksem czy używkami. Napalona slasherowa młodzież zainteresowana jest nie tyle poważnymi związkami (te utożsamiane są raczej z poprzednim, purytańskim pokoleniem rodziców), co poznawaniem załomów ciał partnera/partnerki. Nie da się ukryć, że film ugiął się jednak pod ciężarem czasu i dziś oglądany jest głównie ze względu na swoje miejsce w szeregu i historyczną istotność. Nieco toporna reżyseria i raczej mało angażujący bohaterowie sprawiają, że film może z łatwością zniknąć na tle swoich dużo lepszych następców. Pozostaje żałować, że The Prey – znakomity slasher Edwina Browna, który został nakręcony już w 1978 roku, wszedł na ekrany dopiero sześć lat później, już w aurze tylko „jednego z wielu”. Kto wie jakby dziś wyglądały sam nurt, jak i przyszłość piątkowego cyklu, gdyby wtedy, u schyłku dekad, palma obozowego pierwszeństwa przypadła jednak komuś innemu?


1981 – Piątek trzynastego II (reż. Steve Miner) – Marcin Mess

Piątek trzynastego kosztował ledwie milion dolarów, a w moment zarobił ich 39. Oczywistym więc było, że należało kuć żelazo póki gorące. Toteż wytwórnia ruszyła z produkcją drugiej części już 4 miesiące po premierze oryginału. Ale zaraz, o czym zrobić “dwójkę”, skoro Jason i jego kochana mamuśka nie żyją? Początkowo postanowiono uczynić z Piątku serię stricte antologiczną, której żadna część by się ze sobą nie łączyła bezpośrednio. Jednak finansujący projekt decydenci pomysł ten odrzucili i uparli się na film o morderczym Jasonie. Czyli niezbyt sensownie, zważywszy na wszystko, co wiemy z “jedynki”. Dość powiedzieć, że reżyser Sean Cunningham, scenarzysta Victor Miller i wszystkim znany Tom Savini natychmiast odeszli z projektu (co prawda, ten pierwszy wrócił później do pomocy). Stery przejął więc producent oryginału, Steve Miner. I chwała mu za to! Sequel to bowiem kawał tyleż kretyńskiej, co pomysłowej pulpy, która potrafi dać dużo niskogatunkowej frajdy. Potrafi też być fajnie ironiczna i przewrotna, czego najlepszym przykładem sam początek – sekwencja ukazująca codzienność Alice, jedynej ocalałej z “jedynki”, która próbuje sobie poradzić z traumą, a która kończy z lodowym szpikulcem wbitym w skroń przez powracającego w niewyjaśnionych okolicznościach i tym razem posiadającego dużo większe ciało Jasona. Potencjalna główna bohaterka zabita po 15 minutach? Alfred Hitchcock byłby dumny. Inna sprawa, że całość to nie popis dramaturgii na miarę mistrza suspensu, lecz po prostu krwawa rozrywka, skupiająca się na grze w kotka i myszkę, która owocuje rozmaitymi zgonami kolejnych obozowiczów przybywających nad Crystal Lake. Sam Jason przedstawiony tu zostaje jako legenda, a prezentuje się – na wzór antagonisty z proto-slasherowego The Sun That Dreaded Sundown (1976) – jako mocno halloweenowy redneck, noszący spodnie-ogrodniczki, “drwalską” koszulę w kratę oraz wielki worek na głowie, z jedną tylko dziurką na oko. I przyznam, że jak dla mnie jest to najbardziej zwyrolsko wyglądające i dlatego też najciekawsze oblicze milczącego killera, jakże pasujące do jatki, jaką z radością serwuje zwykle niegrzecznym nastolatkom (nie zabrakło sceny brutalnej śmierci podczas seksu w lesie, będącej zresztą kolejnym w cyklu pomysłem żywcem wyjętym z Bay of Blood (1971) Mario Bavy). Film został wprawdzie ocenzurowany, aby uniknąć ograniczającej dystrybucję kinową kategorii “X”, lecz ostatecznie i tak prezentuje się dosyć ostro jak na swoje czasy. I ciągle stanowi doskonały wybór na wieczór z pizzą i browarem. Podobnie musieli myśleć widzowie na początku lat 80., za sprawą których film odniósł sukces komercyjny. Nie tak duży, jak “jedynka”, jednak wystarczający, aby decydenci planowali już kolejne części serii. 


1982 – Piątek trzynastego III (reż. Steve Miner) – Kamil Rogiński

Kolejny rok, kolejny Piątek trzynastego. Znowu w reżyserii Steve’a Minera i nakręcony wedle schematu dwóch pierwszych części. Większość filmu poświęcona młodzieży, seksowi przedmałżeńskiemu i używkom, a ostatnie pół godzinki to czas dla mordercy (tutaj już po raz drugi Jasona) i trupów dosłownie wypadających z szafy. Czyli wszystko to samo. A jednak z pewnego powodu ta kolejna, wypluta z taśmy produkcyjnej część jest wyjątkowa. Filmowi nie jest śpieszno z zapoznaniem widza z nową grupą przyszłych trupów. Wita nas prawie sześć minut finału dwójki, klawe napisy początkowe, a potem długa sekwencja zwieńczona zabójstwem przypadkowego małżeństwa. A czemu napisy są warte wspomnienia? Poza muzyką w tle, którą można określić jako spooky disco, twórcy dają jasno do zrozumienia, że ta część jest w 3D, bombardując oglądającego wystrzeliwującym z ekranu tekstem. Całość wypełniona jest zatem jarmarcznymi ujęciami, które mają zrobić użytek z efektu, ale w wersji 2D wypadają po prostu dziwacznie. 3D to zaledwie drobnostka w porównaniu z najważniejszym faktem: Jason w końcu zakłada maskę hokejową. I tylko to się liczy. Na naszych oczach rodzi się ikona slasherów. A przy okazji jest to po prostu udana część cyklu, wyciskająca ze schematu co się da. Sprawne budowanie napięcia, godne zapamiętania sceny mordu, a nawet mały bonus w postaci trójki członków gangu motocyklowego, którzy popadają w konflikt z bohaterami. Co prawda zostają szybko zabici na przystawkę przed właściwymi ofiarami, ale pozostaje dać plus za próbę zróżnicowania. To po prostu kolejny Piątek trzynastego. Ten z maską. Zapamiętajcie go.


1984 – Piątek trzynastego IV: Ostatni rozdział (reż. Joseph Zito) – Justyna Braszka 

Wiedz, że jeżeli czarodziej gore, wielki Tom Savini, powraca po dwóch częściach do współpracy nad franczyzą Piątku trzynastego, to coś jest na rzeczy. Nie powinno dziwić, że Ostatni rozdział bywa najukochańszą częścią wśród zapalonych miłośników serii zapoczątkowanej przez Seana S. Cunnighama. „Czwórka” oferuje paletę wymyślnych zabójstw, a krwawe karty ponownie rozdaje Jason. W ruch idą sprzęty wszelkiej maści: od kultowej już maczety, przez piłę ręczną, tasak, włócznię, po starą dobrą siekierę. Savini nie oszczędzał widzów i poszedł na całość, angażując całą swoją kreatywność i wtórując pomysłowości reżysera Josepha Zito, który odrobił lekcje z poprzednich Piątków, wyciągając z nich to co najlepsze. Natchniony morderczym duchem własnej matki Jason napotyka tym razem na swej drodze familię spędzającą wakacje w domku nad jeziorem (w sąsiedztwie oczywiście jest też grupa rozbestwionych nastolatków). Trafiła kosa na kamień, bo oto będzie musiał zmierzyć się z bystrym Tommy’m Jarvisem (w tej roli Corey Feldman, czyli już wkrótce członek Goonies [1985] i jeden z braci Frog w Straconych chłopcach [1987]!), który nieoczekiwanie okaże się być godnym przeciwnikiem. Drobna zmiana schematu doprowadzi do dwóch zaskakujących plot twistów, pomagając odświeżyć nadwyrężoną formułę serii. Narrację Ostatniego rozdziału wprawdzie miejscami psują wołające o pomstę do nieba dialogi, które kręcą się „wokół jednego”, niejako przywołując złotą zasadę Randy’ego z Krzyku (1997): „Uprawiałeś seks – pewne jest, że nie dożyjesz do końca filmu”. Historia przesiąknięta jest więc infantylnymi aluzjami seksualnymi, które zaniżają poziom całego filmu. Niedostatki scenariusza zostały jednakże zrekompensowane przez dopracowaną pracę kamery, zmyślnie dostosowaną do scen morderstw oraz przez podnoszącą napięcie klimatyczną muzykę Harry’ego Manfrediniego. Palce lizać!


1985 – Piątek trzynastego V: Nowy początek (reż. Danny Steinmann) – Caligula

Ostatni rozdział naprawdę miał stanowić definitywny koniec cyklu, przynajmniej w pierwotnym założeniu producenta Franka Mancuso, Jr., któremu znudziło się bycie kojarzonym z serią uważaną za prymitywną rozrywkę dla nastolatków. Tyle że nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja, toteż moment po tym jak czwarta odsłona okazała się być numerem 1. w box office w weekend otwarcia, zapadła decyzja o powstaniu kolejnej części. Kura chwilowo pozostała przy życiu, gorzej że – w teorii definitywnie – zarżnięto samego Jasona. Znalazłszy się w dość niezręcznej sytuacji, twórcy postanowili improwizować. Za kamerą postawili Danny’ego Steinmanna, reżysera o skromnym, bo liczącym zaledwie dwa tytuły dorobku (horror Unseen [1980] z Barbarą Bach oraz rape ‘n’ revenge Dzikie ulice [1984] z Lindą Blair; rozmyślnie nie wliczam jego pornograficznego debiutu High Rise [1973]), zebrali na planie bandę dorodnych dzieciaków i polecieli na autopilocie. Pewne novum stanowi miejsce akcji, bo zamiast na typowym letnisku znajdujemy się w obozie dla trudnej młodzieży, do którego trafia znany z poprzedniej części Tommy (John Shepherd zastąpił w tej roli Coreya Feldmana, który pojawia się tylko w prologu na początku filmu). Cała reszta to już stare, dobre śmieci: ktoś szlachtuje dzieciaki na wszelkie możliwe sposoby, a że w pobliżu znajduje się osławione Crystal Lake, to podejrzenie pada oczywiście na dryblasa w masce hokejowej. Nowy początek miał – podobnie jak poprzednie części – bardzo kiepską prasę w momencie premiery, ale przychody z kin były zadowalające na tyle, by zapewnić franczyzie dalsze życie. Mimo tego „piątka” pozostaje wzgardzona przez większość fanów cyklu i jest jedną z najgorzej ocenianych części. W tym momencie spieszę podzielić się niepopularną opinią: na przekór wszelkiej logice jest to moja ulubiona odsłona. Nie twierdzę, że to najlepsza część, laury powędrowałyby ode mnie zapewne do „jedynki” lub „dwójki”, niemniej jest to część która sprawia mi najwięcej frajdy podczas oglądania. Może dlatego, że dosłownie wszystko w niej jest tak przerysowane: przemoc, aktorstwo, zachowanie postaci, dialogi. Są tu pomysłowe sceny zabójstw (patrz: para kochanków w lesie), konkretna porcja golizny (znów patrz: para kochanków w lesie; scena, która według relacji reżysera została okrojona przez MPAA z 3 minut do kilkunastu sekund trwania) oraz głupawy humor (patrz: postacie synalka i mamusi rednecków). Ośmielę się również stwierdzić, że całość ma bardzo „giallowatą” konstrukcję, choć jednocześnie zastrzegam, że tożsamość zabójcy nie będzie wielkim zaskoczeniem dla nikogo o ilorazie inteligencji wyższym od numeru buta. Wypadkową powyższych jest seans lekki i zatopiony w przyjemnie sleazowej zawiesinie. Działa idealnie za każdym razem.


1986 – Piątek trzynastego VI: Jason żyje (reż. Tom McLoughlin) – Antoni Urbanowicz 

Halloween, Koszmar z ulicy Wiązów i Piątek trzynastego są wymieniane, często jednym tchem, jako najbardziej ikoniczne serie slasherów w historii kina. Przyjrzyjmy się jednak temu, jak każda z nich wyglądała na etapie swojej szóstej odsłony. Michael Myers stał się popychadłem w rękach sekretnej organizacji neo-druidów (ręce załamują się na samą myśl), a Freddy Krueger latał albo na miotle, albo zabijał dzieciaki w świecie 16-bitowych gier za pomocą power glove. Wynikało to z prostego faktu – skończyły się pomysły na te postaci. Obie serie osiągnęły swój peek przy pierwszych filmach, później pozostawało jedynie odcinanie kuponów. Piątek trzynastego działa jednak zupełnie inaczej. To właśnie święta trójca części 4-6 jest dla mnie najlepszym, co ta seria ma do zaoferowania, a samo Jason Lives jest subiektywnie moją ulubioną częścią całego cyklu. Jason tym razem powraca zza grobu dosłownie, czyli jako żywy trup, i to już taki całkiem przyzwoicie rozłożony. Staje się tym sposobem oficjalnie, po raz pierwszy w historii serii, istotą nadprzyrodzoną. To tylko mały szczególik, bo ubicie Jasona i tak było praktycznie niemożliwością, a prawdziwa rewolucja leży tutaj zupełnie gdzie indziej. „Szósteczka” to mariaż slashera ze smolistą czarną komedią, zawierający elementy meta na lata przed Nowym Koszmarem Wesa Cravena (1994) czy Krzykiem. Auto-parodystyczne elementy dodały do filmu wymaganą na tym etapie świeżość i oryginalność, ale całe szczęście Voorhees to wciąż zajadły sukinkot, który nie cacka się ze swoimi ofiarami. Przyszli denaci są po prostu albo bardziej idiotyczni niż zwykle (sekwencja z graczami w paintballa rządzi), albo zdający sobie sprawę w jakim gatunku filmowym ugrzęzły. Działa to iście wybornie. Szkoda że już po tej części reszta przedstawicieli Piątku trzynastego nie mogła pochwalić się jakimkolwiek intrygującym konceptem. Należało to zakończyć właśnie na tym filmie, gdyż ciężko wyobrazić sobie lepsze podsumowanie serii niż Jason Żyje, ale jak wiadomo nie od dziś –  hajs musi się zgadzać.


1988 – Piątek trzynastego VII: Nowa krew (reż. John Carl Buechler) – Piotr Kuszyński 

Nie będę ukrywał, że nigdy nie byłem wielkim fanem tej serii. Ceniłem rzecz jasna jej wkład w rozwój gatunku, aczkolwiek jako swoisty szablon do fabuły generycznego slashera, nie był dla mnie szczególnie interesujący, zwłaszcza że kilka lat później królowała już wizualnie odjechana i kipiąca od oryginalnych pomysłów seria Koszmar z ulicy Wiązów. Tymczasem po czterech, kręconych taśmowo według jednego wzorca filmach o mordowaniu nastolatków nad jeziorem Crystal Lake dało się wyczuć zdecydowane zmęczenie materiału i przeświadczony o tym, że te filmy nie są w stanie zapewnić mi już żadnych nowych wrażeń, serię na kilka lat porzuciłem. Był to oczywiście błąd, bowiem dokładnie w tym momencie Piątek trzynastego zaczął coraz śmielej szukać nowych pomysłów, czego idealnym przykładem jest właśnie jego siódma odsłona, do której mam chyba najwięcej sympatii. Wszystko to za sprawą pojawienia się godnego adwersarza dla Jasona pod postacią Tiny Shepard, młodej, straumatyzowanej po utracie ojca dziewczyny, która posiada ujawniającą się w momencie ciężkich, emocjonalnych przeżyć, moc telekinezy. Czy istnieje lepszy moment na przebudzenie tejże od ataku wielkiego nieumarłego mordercy? Starcie potęgi umysłu z siłą ogromnych, przegniłych mięśni jest źródłem niesłychanej frajdy, zwłaszcza w scenach, gdy Jason, choćby na tę tyci tyci chwilę, traci przewagę nad swoją potencjalną ofiarą i absolutnie nie wie, co się wokół niego wyprawia. Jedyne co smuci to fakt, że wspomniane starcie, które można by ochrzcić tytułem Carrie vs. Jason to zaledwie końcówka filmu, cała reszta zaś nie odbiega zbytnio od tego, do czego przyzwyczaiła nas ta seria. Z jednym, małym wyjątkiem. Otóż w siódmej odsłonie cyklu Jason stał się jeszcze bardziej brutalny i to w niezwykle fizyczny sposób. Dotychczas sceny mordu opierały się w znacznej mierze na ukazaniu ostrego przedmiotu, którym to następnie potraktowana była ofiara. Tutaj z kolei nasz osiłek pokazuje, że z jego posturą wcale nie potrzebuje ani maczety, ani ostrych nożyc, a jedynie swoich masywnych łap, którymi przekręca nastolatkom karki, wyrzuca je z łatwością przez okno, czy też okłada nimi drzewo. I niby jest to tylko mała rzecz, a jednak cieszy fakt, że moje wcześniejsze przeświadczenie o absolutnej wtórności tej serii nie było tak do końca zgodne z prawdą i mogłem tu odnaleźć całkiem sporo frajdy.


1989 – Piątek trzynastego VIII: Jason zdobywa Manhattan (reż. Rob Hedden) – Kamil Rogiński

Seria Piątek trzynastego od piątej części starała się wprowadzać zróżnicowanie. Co zatem można było zrobić przy ósmym już filmie? A może… zupełnie nowe miejsce akcji? Szumnie zapowiadano, że tym razem Jason trafi do Nowego Jorku. I owszem, trafia do niego. Tyle że po ekranowej godzinie rejsu statkiem, na którym masakruje dużą część nowej grupy uczniaków. Po czym ci ocaleli dopływają do Noweg… Vancouver. Kręcenie w pożądanej lokacji okazało się zbyt drogie. Jednak dla jednego momentu warto było tej części nadać mylący odbiorców podtytuł. Pojawienie się Jasona na środku Times Square to szczyt jego ekranowej egzystencji (przynajmniej aż do lotu w kosmos). Oraz niestety szczyt budżetu. Można się obrażać, że większość akcji nie ma miejsca na tytułowym Manhattanie. Ale oglądamy Jasona w wielu nowych lokacjach: obskurnej restauracji, metrze, na pokładzie statku czy wyjętych rodem z koszmaru, zaśmieconych ciasnych uliczkach. I w każdym z tych miejsc morderca w masce hokeisty wygląda znakomicie. Część ósma prawdopodobnie jest jedną z najlepiej się prezentujących, atakując widza mocnymi kontrastami światła i cieni oraz żywymi kolorami. A poza tym to stary, dobry Piątek trzynastego z barwną plejadą ofiar i licznymi zabójstwami. Te są tutaj dosyć bezkrwawe i często rozgrywają się poza kadrem. Ale dzięki kolejnemu (drugiemu po części siódmej) występowi cenionego przez fanów cyklu Kane’a Hoddera w roli Jasona, mordy nadal sprawiają wrażenie bardzo brutalnych. Bez rzucania ludźmi się nie obejdzie. Na dodatek zdolności teleportacyjne Jasona osiągają tutaj kompletnie absurdalny poziom. A z pamiętnych scen trafia się na przykład taka perełka, gdzie jeden z bohaterów próbuje pokonać Jasona w walce wręcz, po czym wykończony swoimi wysiłkami traci głowę od jednego ciosu. Brzmi fajnie? Taka jest ta część. Przez wielu nielubiana, ale wcale nie dająca mniej wrażeń od reszty cyklu. Warto ją odgrzebać. Po prostu zapomnijcie o tym cholernym Manhattanie.


1993 – Piątek trzynastego IX: Jason idzie do piekła (reż. Adam Marcus) – Caligula 

Po tym, jak Jason zawitał do Nowego Jorku, jedyną logiczną kontynuacją losów drania byłoby… wysłanie go w kosmos. Nie uprzedzajmy jednak zanadto faktów… Faktem jest, że ósma część stanowiła gwóźdź do trumny serii, która od jakiegoś czasu zjadała już własny ogon. W obliczu słabych wyników kasowych Paramount pozbyło się zgniłego jabłka i odsprzedało prawa New Line Cinema, które z kolei ostrzyło sobie zęby na cross-over z udziałem Jasona i Freddy’ego Kruegera. Pomysł pojedynku slasherowych gwiazd wyszedł od nikogo innego, jak Seana S. Cunninghama, reżysera pierwszego Piątku, który teraz miał zając się produkcją dziewiątej części cyklu. Decydenci z wytwórni zdecydowali się chwilowo odłożyć na półkę koncepcję pomieszania dwóch franczyz, toteż Cunningham zaprosił do współpracy swojego protegowanego, Adama Marcusa. 23-letni wówczas Marcus, świeżo upieczony absolwent nowojorskiej filmówki, stworzył szkic scenariusza i został obsadzony na stanowisku reżysera. Jego koncepcja przedłużenia serii znacząco odbiegała jednak od dotychczasowego kierunku, wręcz wywracając całą mechanikę cyklu do góry nogami. Jason idzie do piekła już na starcie wali z grubej rury: oddział SWAT dosłownie roznosi hokeistę znad Crystal Lake na strzępy. Jego szczątki przewiezione zostają następnie do kostnicy, gdzie bada je patolog. Chłop na widok przerośniętego serca Jasona wpada w swego rodzaju trans i… pożera ów najważniejszy w ludzkim ciele mięsień, za sprawą czego wstępuje weń Voorhesowa dusza. Opętany biedak rusza w kierunku rodzinnych stron zabójcy, po drodze zbierając krwawe żniwo… Jason jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową? Prawie! Debiutant postawił wszystko na jedną kartę, pragnąc odświeżyć formułę i… najzwyczajniej w świecie przerżnął. O ile fani nie byli skorzy, by oglądać jak ich ulubiony antybohater biega po ulicach Manhattanu, tak już z pewnością nie chcieli Piątku 13-go bez Jasona na ekranie (co wprawdzie miało już miejsce wcześniej dwukrotnie, niemniej wówczas okoliczności były nieco odmienne). Nic dziwnego zatem, że dziewiąta odsłona serii przez długie lata pozostawała jej niechlubnym, niechcianym zamknięciem. Po latach nieco łatwiej spojrzeć na film Marcusa przychylnym okiem: bezceremonialne potraktowanie Jasona we wstępie i zrobienie z niego czegoś w rodzaju demonicznego pasożyta (kolejne ofiary zarażają się w identyczny sposób, jak miało to miejsce w Dreszczach [1975] Cronenberga) to oczywisty strzał w stopę, warto jednak docenić spore pokłady czarnego humoru, dystans i poziom wykonania. Dość powiedzieć, że „dziewiątka” to zdecydowanie najkrwawszy rozdział cyklu: w wersji Unrated trup ściele się naprawdę gęsto, a kolejne postaci wybebeszane są w możliwie najbardziej groteskowe sposoby. Podejrzewam więc, że gdyby całość nie była podpięta pod rozpoznawalną markę, tylko wypuszczona została jako samodzielny film, horrorowa widownia mogłaby okazać się znacznie bardziej przychylna.


2001 – Jason X (reż. James Isaac) – Caligula 

Czy wspominałem coś o kosmosie? Tak, początek XXI wieku to były mroczne czasy dla filmowego horroru i kina w ogóle. Wyobraźcie sobie najbardziej niedorzeczny, odpustowy pomysł, a istnieje 99% prawdopodobieństwa, że Hollywood w tamtym okresie tchnęło weń celuloidowe (a w zasadzie bardziej już cyfrowe) życie. Wliczając w to wysłanie Jasona Voorheesa w przestrzeń kosmiczną. Nie będę owijał w bawełnę: Jason X to zły film. Tak zły, że mimo iż pamiętałem, że jest zły, to i tak byłem zaskoczony jego tragicznym poziomem przy powtórnym seansie, do którego zmusiłem się, aby móc napisać ów tekst. Nie wiem nawet za bardzo od czego zacząć przy wyliczaniu mankamentów tej produkcji. Czy od pozbawionego polotu scenariusza, który bezrefleksyjnie zżyna z innych, znacznie lepszych filmów (podpowiedź dla tych, którzy nie widzieli: cały szkielet fabularny to w zasadzie Obcy (1979), tyle że ksenomorfa zastąpiono Jasonem)? A może od irytujących, jednowymiarowych postaci, które wycięto wprost z jednej z debilnych komedii duetu Friedberg / Seltzer? Albo od tandetnego CGI, którym zastąpiono stare, dobre efekty praktyczne? Z której strony by nie ugryźć filmu Jima Isaaca, wychodzi na to, że to pomylony, wymęczony, nieszczery twór. Skok na kasę, tyle że całkowicie pozbawiony wdzięku wcześniejszych części. Całość sprawia wrażenie, jakby rodziła się w srogich bólach, porównywalnych z wydalaniem kamieni nerkowych przez oczodół. Skalę problemu doskonale obrazuje fakt, iż najlepsza scena w całym filmie została w całości zapożyczona z części siódmej i bazuje na nostalgicznym powrocie do korzeni serii. Otóż aby odwrócić uwagę Jasona (który w międzyczasie zdążył przepoczwarzyć się w – UWAGA! – Uber Jasona), załoga statku kosmicznego kreuje dlań iluzję rodem z lat 80. poprzedniego stulecia: leśna polana, na której wylegują się w śpiworach dwie dorodne, roznegliżowanego nastolatki. Ciąg dalszy jest łatwy do przewidzenia, ale wciąż bawi. Na tym potencjał rozrywkowy niestety się kończy. Cała reszta (no dobra, może nie cała, bo jest jeszcze wciąż świetna muzyka Manfrediniego) to bagno pełne banałów, błędnych decyzji i przerażającego braku wyobraźni twórców. I tylko wciąż zastanawia co podkusiło Davida Cronenberga, aby gościnnie pojawić się w tym horrendalnym zakalcu.


2003 – Freddy kontra Jason (reż. Ronny Yu) – Marta Płaza

Początek XXI wieku to specyficzny okres horroru, który swoją uwagę skupiał głównie na taśmowo produkowanych seriach czy delikatnie mówiąc nie zawsze udanych remake’ach starych hitów albo zapożyczeniach spoza amerykańskocentrycznej kultury. Cravenowski Krzyk pobudził dodatkowo meta-zapędy, które w rękach mało wprawnych twórców częściej od zabawy w odczytywanie cytatów, gwarantowały wyłącznie ból głowy. W tym dość hermetycznym kotle film Ronny’ego Yu, zaskakuje już na poziomie fabuły. Crossover dwóch kultowych zabójców z lat osiemdziesiątych to nie lada gratka, ale i nie ukrywajmy: pomysł wyjątkowo fakapogenny, bo potknąć można było się na wielu aspektach tej historii. Zaskakująco, ta wspomagana udanymi efektami gore i gęstą scenografią opowieść (szczególnie w warstwie snów) finalnie okazała się całkiem udaną mieszanką humoru, zgrabnie podanej grozy i klimatu rodem z najgorszych koszmarów, który wciąż dobrze grzeje. Najważniejsi pozostają oczywiście Oni: Freddy i Jason, wyjątkowo wdzięcznie odegrani. Robert Englund nie odcina kuponów, kreując swojego najbardziej znanego bohatera z werwą i charyzmą, nie odstępując poziomem od pierwszych, kultowych przedstawień. Jason w bogatej charakteryzacji słusznie sprawia monstrualne wrażenie. Nie da się ukryć, że film oczywiście wpisuje się mocno w klimat popcornowej rozrywki, kreśląc swoich bohaterów grubą kreską, a fabułę ujmując w nawias raczej niezobowiązującej zabawy, a nie hołdu. Przy czym jest to zabawa pełna sympatii dla dokonań obydwu serii, nie tandetnej szydery. Można się czepiać pomniejszych błędów wynikających z charakteru epoki, czy ówczesnych gwiazdek muzyki, które niespecjalnie sprawdzają się na ekranie, ale jednak przy odrobinie wyrozumiałości, to starcie horrorowych tytanów może sprawić sporo słusznej radości.   


2009 – Piątek 13-go (reż. Marcus Nispel) – Justyna Braszka

Żyjemy w złotej erze horro… tfu!… w złotej erze remake’ów horrorów. Kupony od lukratywnych franczyz uparcie odcinane są przez producentów. Oryginalny Piątek trzynastego stworzył kanon obozowego slashera i z tego powodu w pewnych kręgach jego remakowanie zakrawać musiało wręcz na herezję. Nie dziwi wprawdzie, że twórcy chcieli dostosować powrót Jasona do współczesnego pokolenia, ale zażenować może jego niedorzecznie wręcz niedostrojony poziom. W remaku z 2009 roku zabrakło serca i głowy. Cynicznym zabiegiem zdaje się być retrospektywa zabierająca widza w podróż do pierwszego filmu z serii. Geneza w stylu „tam, gdzie wszystko się zaczęło” służy głównie pompowaniu legendy Jasona na siłę. A odwołań do tego, jak kiedyś to w Crystal Lake było, jest w filmie sporo i najczęściej niepotrzebnie szkodzą budowaniu nowej narracji. Oczywiście, to nie koniec kłopotów tego pozbawionego samoświadomości filmu. Reżyser, Marcus Nispel, który stał też za bardzo dobrym remakiem Teksańskiej masakry piłą mechaniczną z 2003 roku, w przypadku repetowania Piątku 13-go tworzy bohaterów, którym nie chcemy kibicować. O ile zachowanie potencjalnych ofiar z oryginału może z perspektywy dzisiejszego odbiorcy odrobinę trącić myszką i budzić rozbawienie, o tyle w przypadku ich odpowiedników z 2009 po prostu nie możemy się doczekać, aż trafią pod ostrze Jasona. Nowy koszmar z Crystal Lake nie satysfakcjonuje również pod względem wizualnym. Gore pozbawione zostało smaczków i ociera się o pospolitość jakiej od groma jest we współczesnych slasherach. Myślicie, że po 2009 Jason już nie powróci w żadnej nowej odsłonie cyklu? Żyjemy w czasach, w których remakuje i rebootuje się wszystkie klasyki jak leci, a wytwórnia SpectreVision już zapowiedziała kolejną odsłonę Koszmaru z ulicy Wiązów. Historia Crystal Lake może więc powrócić do łask producentów w najmniej spodziewanej chwili (i z pewnością tak będzie). Strzeżcie się zatem!

Teksty zbiorowe kinomisyjnej załogi i przyjaciół.

1 Trackback / Pingback

  1. Video Nasties od A do Z #3 – Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*