Pocztówki z ostatecznej granicy, odcinek 3

Kosmos, ostateczna granica…
Oto podróże statku gwiezdnego Enterprise.
Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy, poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji.
Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

8 września 1966 roku kapitan James T. Kirk wraz ze swoim zastępcą panem Spockiem oraz różnorodną załogą wyruszył w gwiezdną wędrówkę. Stworzony przez Gene’a Roddenberry’ego serial szybko stał się kulturowym fenomenem i przez lata zyskał uznanie, miłość, a czasem fanatyczne przywiązanie fanów na całym świecie. Star Trek nie tylko pokazywał dziwne, nowe światy, lecz – co ważniejsze – starał się pokazać kierunek, w jakim powinien zmierzać nasz świat, mający zostawić za sobą rasowe uprzedzenia czy zbrojne konflikty. Wizja Roddenberry’ego żyje do dzisiaj; znajdujemy się w 2021 roku i oglądamy 8. serial aktorski, 3. serial animowany oraz czekamy na premierę 14. filmu kinowego, osadzonego w uniwersum, którego najważniejszym i najciekawszym elementom (odcinkom, książkom, filmom) przyglądamy się także na łamach Kinomisji. Oto…

Pocztówki z ostatecznej granicy.
Odcinek 3: Can half a man live?

STAR TREK
The Enemy Within
sezon 1, odcinek 4

Reżyseria: Leo Penn
Scenariusz: Richard Matheson
Data pierwszej emisji: 06.10.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
James Doohan – Montgomery Scott
Edward Madden – Fisher
Garland Thompson – Wilson
Jim Goodwin – John Farrel

On jest jak zwierzę. Bezmyślne, brutalne zwierzę. A mimo tego jest mną. Mną!

Kirk, Sulu i obca forma życia.
Panel transportera przed pierwszą w historii serii awarią.
W The Enemy Within po raz pierwszy pokazano maszynownię Enterprise’a.

Pierwszy z seriali osadzonych w uniwersum Star Treka może poszczycić się gościnnymi scenarzystami naprawdę wielkiego kalibru. Gene Roddenberry w chęci tworzenia ważkich i pomysłowych fabuł w gatunku fantastyki naukowej zapraszał do współpracy uznanych pisarzy, z których pierwszym był Richard Matheson, najszerzej kojarzony z powieści Jestem legendą wydanej w 1954 roku. Matheson nie był nowicjuszem w pisaniu telewizyjnych scenariuszy i zanim przygotował The Enemy Within dla Roddenberry’ego już wcześniej pracował na planie licznych seriali, w tym słynnego The Twilight Zone (1959-64).

Jego odcinek zabiera załogę Enterprise’a na rutynową misję badawczą na nowo napotkanej planecie. Podczas obserwacji nieznanych gatunków zwierząt, dochodzi do wypadku, w wyniku którego jeden z naukowców zostaje ranny, a jego mundur pokryty żółtym osadem. Osad ów wytwarza silne promieniowanie magnetyczne, jakie uszkadza transporter podczas teleportacji załoganta. W wyniku awarii kapitan James T. Kirk materializuje się na pokładzie jako dwie osoby. Jedna z nich jest zbiorem spokoju, dobroci i opanowania. Druga – wściekłym, złym i prymitywnym brutalem. Obie chcą zachować kontrolę nad statkiem, obie nie mogą istnieć bez swojej drugiej połówki, obie będą musiały odnaleźć drogę do wspólnej komunikacji. Hikaru Sulu i kilku innych załogantów nie mogą tymczasem ewakuować się z planety. Ich sytuacja robi się dramatyczna, gdy temperatura na powierzchni zaczyna gwałtownie spadać. Wkrótce przekroczy -170 stopni Celsjusza.

Jak wyraźnie widać na podstawie zarysu fabuły The Enemy Within prezentuje nieco inne spojrzenie na serial. Po spotkaniach z potężnymi istotami i humorystycznym starciu z przemytnikiem Muddem jesteśmy świadkami wariacji na temat dwóch natur człowieka. Fabuła Richarda Mathesona jest oczywistą trawestacją Dra Jekylla i pana Hyde’a Roberta Stevensona. Prymitywny Kirk-Hyde rozpija się, jest agresywny, napastuje seksualnie Janice Rand, obce jest mu rozróżnienie dobra i zła. Kirkowa wersja Jekylla również jest jednak wybrakowana. Pozbawiona swojej brutalnej strony stopniowo traci wszystkie zdolności przywódcze, zaczyna w siebie wątpić, powoli zanika jej umiejętność podejmowania decyzji.

Podjęty temat jest poprowadzony przez reżysera z wyczuciem, dzięki czemu napięcie jest dawkowane w zadowalającym stopniu. Większość czasu przebywamy z dobrym Kirkiem, który z pomocą swoich najbliższych przyjaciół próbuje zapanować nad sytuacją. Na złego zwracamy uwagę w krótszych i rzadziej pojawiających się scenach, co jest korzystne dla odcinka, ponieważ negatywna część kapitana jest dość jednowymiarową manifestacją jego cech charakteru. Istotna w kontekście odmiennych osobowości człowieka jest scena, kiedy dobra strona Kirka radzi się Spocka i McCoya, co do podjęcia kolejnych kroków. Spock oferuje odpowiedź logiczną, McCoy bardziej ludzką, ostrożniejszą. Scena ta doskonale unaocznia widzowi motyw metafory dwóch stron ludzkiej osobowości w warstwie relacji między trzema bohaterami. Niezdolny w tym odcinku do podejmowania decyzji Kirk ma naprawdę twardy orzech do zgryzienia, gdy próbuje wybrać między logiką a emocjami, nie mówiąc już o ich sprawnym scaleniu.

Niestety, dodatkowi scenarzyści bez wiedzy Mathesona dodali do odcinka jeszcze jeden wątek, jaki nie dość, że zaburza nastrój całości poprzez wprowadzenie niepotrzebnego w tym przypadku humoru, to na dodatek cechuje się wątpliwą logiką. Z powodu awarii transportera Hikaru Sulu wraz z kilkoma załogantami nie mogą zostać przeniesieni na pokład Enterprise’a, a powierzchnia planety, na której przebywają, niedługo osiągnie temperaturę zabójczą dla człowieka. Doza humoru wprowadzana ironicznymi komentarzami Sulu byłaby zapewne wielką zaletą w wielu innych odcinkach, tutaj niestety jedynie osłabia poważny charakter głównego wątku fabularnego. Ponadto kto wpadł na pomysł by najnowocześniejszy statek gwiezdny wysłany z pięcioletnią misją badania nieznanych planet posiadał tylko jeden środek transportu? Logicznym jest, że jeśli nie byłby wyposażony w kilka transporterów, to przynajmniej w kilka wahadłowców, które służyłyby w razie nieprzewidzianych awarii. Te jednak zostaną dodane dopiero w przyszłości.

Aktorsko odcinek jest popisem umiejętności Shatnera, który otrzymał podwójną okazję do pokazania emocji, jakie zwykle nie drzemią w Kirku. Jego zła osobowość została odegrana przez niego z pełną przesadą i animalistycznymi ruchami, podczas, gdy spokojną stronę Kirka przedstawił z dużym dramatycznym wyczuciem. Pozostali aktorzy zdecydowanie znajdują się w jego cieniu, choć Nimoy, Kelley, Takei i Whitney także będą mieli swoje pięć minut. To właśnie w The Enemy Within McCoy powie po raz pierwszy „On nie żyje, Jim” (popularny catchphrase McCoya, który przeniknął do kultury masowej; używany czasem w języku codziennym, gdy coś się zepsuło lub zginęło). Obecna jest również scena, gdzie ponownie zaakcentowano dualizm natury Spocka, którego połowy – ludzka i vulkańska – znajdują się w permanentnym stanie walki, co powoduje w nim wewnętrzne, wciąż skrywane rozdarcie. Podkreślono w ten sposób, że każdy nosi w sobie więcej niż jedną tożsamość i tylko własny rozum oraz inteligencja są w stanie nad nimi zapanować.

Na tym atrakcje się nie kończą. W odcinku po raz pierwszy odwiedzimy także maszynownię Enterprise’a – od tej pory miejsce, gdzie często spotkamy Scotty’ego, a także jedna z najbardziej ikonicznych lokacji na każdym statku gwiezdnym w przyszłych serialach i filmach z uniwersum Star Treka. Debiutuje tutaj też (nie)sławna tunika kapitana. Początkowo wprowadzona by odróżnić obie wersje Kirka, spodobała się twórcom i Shatnerowi na tyle, że nieraz powróciła jako kapitański strój. Shatnerowi szczególnie przypadła do gustu, jako że narzekał on na zbyt ciasne tradycyjne uniformy, stąd luźniejsza tunika była dla niego znacznie wygodniejsza. Ponadto The Enemy Within to także pierwszy raz, gdy mamy do czynienia z awarią transportera. Okażą się one bardzo częste, w przyszłości jeszcze wiele, wiele razy przysporzą niejednej załodze kłopotów. Nie można również zapomnieć o vulkańskim ucisku nerwów. W jednej ze scen Spock miał obezwładnić przeciwnika uderzeniem w głowę. Leonard Nimoy nie zgodził się by tak logiczna i stroniąca od przemocy osoba jak zastępca kapitana zniżyła się do prymitywnego, fizycznego rozwiązania. Wymyślił więc, że Spock naciśnie odpowiednie nerwy na karku człowieka, który następnie straci na pewien czas przytomność. Pomysł spodobał się reżyserowi i stał się kolejną klasyczną już cechą wyróżniającą pół-Vulkanina na tle innych postaci.

Wszystko to sprawia, że jest to odcinek zajmujący, ciekawie wprowadza klasyczne motywy fabularne Star Treka. Od tej pory awarie transporterów i alternatywne wersje bohaterów staną się motywami powracającymi w każdym serialu, osadzonym w uniwersum. The Enemy Within ponadto zawiera, choć nieco oczywisty, to wciąż akuratny przekaz. Na jego niekorzyść przemawiają jedynie niepotrzebne wątki na drugim planie oraz kuriozalna kwestia Spocka na zakończenie, o której będzie za moment.

(Nie)sławna kapitańska tunika.
Pozbawiony swojej prymitywnej strony Kirk nie jest w stanie pogodzić emocji z logiką.
Pierwszy w historii serialu vulkański ucisk nerwów.

Spock i McCoy wyjaśniają o czym jest odcinek

Spock mówi: „I czym jest to, co sprawia, że dana osoba jest wyjątkowym liderem? Widzimy tutaj indykacje, że to jej negatywna strona daje jej siłę, że jej zła strona, jeśli wolisz, odpowiednio kontrolowana i zdyscyplinowana jest nieoceniona dla tej siły”.

McCoy dodaje: „Wszyscy mamy naszą mroczną stronę. Potrzebujemy jej! To połowa tego, czym jesteśmy. Nie jest ona tak naprawdę brzydka. Jest ludzka”.

W kontekście podwójnej obecności Kirka, twórcy zdecydowali się po raz kolejny podkreślić dualizm osobowości Spocka, jaki będzie później coraz wyraźniej przedstawiany i jaki stał się jedną z konstytuujących jego tożsamość cech. Podczas rozmowy z McCoyem pół-Vulcanin mówi: „Bycie podzielonym na dwie połowy to nie jest dla mnie żadna teoria doktorze. Mam ludzką połowę, jak pan wie, jak również obcą połowę, obie zanurzone, ciągle toczące ze sobą wojnę. […] Potrafię ją przetrwać, ponieważ moja inteligencja wygrywa z obiema stronami, zmusza je by żyły razem”.

Nieprzyjemne fakty z historii Star Treka

Zła część osobowości Kirka próbuje zgwałcić Janice Rand.

Janice Rand nie miała na pokładzie Enterprise’a łatwo. Postać – kiedy tylko się pojawiała – była przedmiotem seksualnych napaści zarówno fizycznych, jak werbalnych i zwykle była charakteryzowana poprzez wzbudzanie przez nią pociągu seksualnego mężczyzn i jej niemożliwość zainteresowania swoją osobą kapitana Kirka. Jest to o tyle niepokojące i frustrujące, że nie tylko Rand była traktowana niemal wyłącznie jako obiekt seksualny, zdradzający pokłady seksizmu tkwiącego w Star Treku, lecz przede wszystkim dlatego, że odgrywająca ją Grace Lee Whitney sama została zgwałcona przez jednego z producentów serialu, którego nazwiska nigdy nie poznaliśmy. Whitney – która wpadła w depresję i alkoholizm – została niedługo potem ze Star Treka wyrzucona, a całą sprawę zamieciono pod dywan. Według niej, gdy została zwolniona z serialu gdyby nie Leonard Nimoy popełniłaby samobójstwo. Choć nie wiadomo z całą pewnością kto był winowajcą, najbardziej podejrzany był sam Gene Roddenberry, który miał wtedy największą władzę decyzyjną, który sam przyznał się do uzależnienia od seksu, i który w latach 80. wyrażał skruchę za to jak traktowano kobiety w oryginalnym serialu. Niektórzy jako potencjalnego winnego wskazują też Desiego Arnaza, założyciela Desilu, studia, gdzie produkowano serial; Arnaz również był znanym kobieciarzem, hazardzistą i alkoholikiem. W swojej autobiografii Whitney – jaka w późniejszym okresie życia stała się gorliwą katoliczką – napisała jednak, że swojemu oprawcy wybaczyła, jako że sama przeszła okres obsesji na punkcie seksu i jest w stanie go zrozumieć.

Ówcześnie rola Janice Rand w serialu rosła z odcinka na odcinek. Whitney znała się wtedy z Roddenberrym bardzo dobrze i już wcześniej grała w produkowanych przez niego produkcjach. Według niektórych źródeł w planach było dołączenie jej do trójki głównych bohaterów. W tym kontekście sugeruje się, że nie tylko z powodu dość wpływowej pozycji Roddenberry’ego, lecz również z powodu ich długiej znajomości Whitney nigdy publicznie nie wskazała go jako winnego. Jakby nie było sam Roddenberry spotkał się później z Whitney dopiero w 1976 roku, kiedy zaoferował jej dużą rolę w powstającym wtedy, lecz ostatecznie niezrealizowanym serialu Star Trek Phase II. To ponoć wtedy miał powiedzieć, że zwolnienie jej było najgorszą decyzją jaką podjął i wtedy też miał ją przeprosić. Whitney pojawiła się następnie w małej roli w wyprodukowanym przez Roddenberry’ego filmie Star Trek: The Motion Picture (1979), jaki stworzono na bazie scenariuszy przygotowanych oryginalnie do Star Trek Phase II.

O całej tej smutnej sytuacji dotyczącej Whitney wspominam przy okazji omawiania The Enemy Within, gdyż w tym odcinku zła część osobowości Kirka próbuje ją zgwałcić, niejako zapowiadając prawdziwe wydarzenia. W tym też kontekście jako wyjątkowo obrzydliwy odsłania się zamykający odcinek komentarz Spocka (Impostor miał pewne interesujące wartości, nieprawdaż podoficer?), który z zupełnie niepasującym do niego uśmieszkiem sugeruje, że Rand cieszyła się, że została napastowana oraz że chciała zostać zgwałcona. Sama Whitney skomentowała to w następujący sposób: Nie mogę sobie wyobrazić bardziej okrutnego i nieczułego komentarza, jaki człowiek (czy Vulkanin) mógłby powiedzieć kobiecie, którą przed chwilą napastowano seksualnie! Wciąż jednak istnieją mężczyźni, którzy naprawdę myślą, że kobiety chcą być zgwałcone. […] Pan Spock sugeruje, że podoficer Rand cieszyła się z powodu gwałtu i uważała złego Kirka za atrakcyjnego!


STAR TREK
The Man Trap
sezon 1, odcinek 5

Reżyseria: Marc Daniels
Scenariusz:
George Clayton Johnson
Data pierwszej emisji: 08.09.1966

Obsada:
William Shatner – James T. Kirk
Leonard Nimoy – Spock

oraz

DeForest Kelley – Leonard McCoy
Jeanne Bal – Nancy Crater (wersja 1. i 2.)
Alfred Ryder (gościnnie) – Robert Crater
Grace Lee Whitney – Janice Rand
George Takei – Hikaru Sulu
Nichelle Nichols – Uhura
Bruce Watson – Green
Michael Zaslow – Darnell
Vince Howard – załogant
Francine Pyne – Nancy Crater (wersja 3.)

Choć piąty, to pierwszy

Pierwsze ujęcie mostka pokazane w telewizji.
Pierwsza nieznana planeta pokazana widzom.
Powierzchnia tejże planety.

The Man Trap jest pierwszym wyemitowanym w telewizji odcinkiem w historii Star Treka. To czyni go również pierwszym Star Trekiem w ogóle zaprezentowanym szerokiej widowni, nie licząc pokazu Where No Man Has Gone Before, wyświetlonego na konwencie miłośników fantastyki naukowej 4 września 1966 roku, cztery dni przed premierą serialu w telewizji (wtedy też pokazano czarno-białą kopię The Cage). Pierwszymi postaciami z głównego rdzenia załogi, jakie zobaczyli widzowie w otwierającym odcinek ujęciu, byli Spock i Uhura.

Dlaczego ten właśnie odcinek, a nie inne z już zrealizowanych, wybrano na początek? Where No Man Has Gone Before został uznany za zbyt ekspozycyjny, jak na pierwsze spotkanie z serialem. The Corbomite Maneuver nie posiada scen akcji i niemal w całości rozgrywa się na pokładzie statku Enterprise, co zdyskwalifikowało go w oczach stacji. Charlie X nie dość, że także rozgrywał się tylko na pokładzie, to na dodatek dotyczył problemów nastolatków. Mudd’s Women wciąż unikano z powodu pokazania międzygwiezdnego alfonsa. Ostatecznie naprzeciw siebie stanęły do rywalizacji dwa odcinki: The Naked Time oraz The Man Trap. Wybrano ten drugi, gdyż:

– posiada potwora, który wzbudzi u widzów dreszcz emocji, a być może i strachu;
– nie ma skomplikowanej fabuły;
– pokazane są w nim „dziwne, nowe światy”.

To jest tajemnica. A ja nie lubię tajemnic.

Co prawda redshirts nie mają jeszcze czerwonych uniformów, ale już giną.
Życie na pokładzie Enterprise’a #1.
Uhurze nie udaje się wciągnąć Spocka w pogawędkę.

W piątym już odcinku Star Treka serial wykonuje kolejną woltę i kieruje się w stronę bardziej klasycznego ówcześnie kina science-fiction z wyraźnym, potwornym antagonistą, kryminalną u rdzenia zagadką oraz przedstawieniem codziennego życia załogi Enterprise’a. Pod wieloma względami The Man Trap stanowi więc niepowtarzalną okazję do poznania serii z nieco innej, bardziej zachowawczej niż zwykle, lecz wciąż intrygującej perspektywy.

Scenariusz zabiera nas początkowo na kolejną rutynową misję. Kirk, McCoy i członek ochrony (słynni redshirts, których zwykle spotyka nader nieprzyjemny los, choć na tym etapie noszą jeszcze niebieskie uniformy wydziału naukowego) teleportują się na placówkę badawczą, gdzie mieszkają tylko dwie osoby: profesor Crater i jego żona, dawna miłość McCoya, Nancy. Celem wizyty jest sprawdzenie stanu zdrowia naukowców i uzupełnienie ich zapasów. Gdy jednak spotykają panią Crater dochodzi do nader dziwnego zdarzenia. Każdy z członków załogi widzi inną wersję jej osoby: młodą Nancy, Nancy w średnim wieku oraz blondwłosą dziewczynę. Na tym bynajmniej tajemnicze zdarzenia się nie kończą. Nie mija bowiem wiele czasu nim profesor Crater próbuje przegnać Kirka z planety, żądając przy tym uzupełnienia zapasów solnych tabletek. Odlot nie wchodzi jednak w rachubę, szczególnie, że członek ochrony ginie w zagadkowych okolicznościach. Jedynym świadkiem zgonu jest Nancy, podejrzewaną przyczyną śmierci jest zatrucie, a niewyjaśnionym elementem układanki zagadkowe plamy na twarzy zmarłego.

Choć na taki się zapowiada, to główny wątek fabularny odcinka nie jest wielce zajmujący sam w sobie, lecz raczej poprzez jego odmienność od motywów, z jakimi Star Trek kojarzy się w masowej świadomości. Ponadto został on świetnie wykorzystany do stworzenia obudowy w postaci licznych scen w różnych miejscach Enterprise’a, pozwalających obejrzeć nam działanie statku gwiezdnego i jego zatłoczone korytarze. W jednej z sekwencji scen, zmiennokształtny (jak pewnie czytelnik zdążył się już domyśleć) intruz, kluczy po pokładach statku, pozwalając nam zwiedzić jego wnętrza. Na każdym kroku członkowie załogi pracują pochyleni nad różnymi przyrządami, schodzą z drabin w ubraniach ochronnych, słowem: otrzymujemy krajobraz statku tętniącego życiem w każdym miejscu. Nawet gdy kapitan idzie korytarzem, widzimy załogantów przechodzących obok niego lub wykonujących różnorakie czynności. Wielka szkoda, że – nie licząc odcinka Charlie X – podobne sceny są rzadkością w serialu. Dodają one kolorytu, budują ogólny nastrój realizmu i sprawiają, że czujemy, że te ponad czterysta osób na pokładzie faktycznie coś robi, a nie stanowi tylko bezimienny tłum. Według mnie te sceny, bardziej niż jakiekolwiek inne, byłyby najlepszym wytłumaczeniem wybrania odcinka na pierwsze spotkanie z serialem. Wśród nich odnajdziemy też niestety kolejny przejaw seksizmu jego twórców, gdy dwóch męskich załogantów rzuca nieprzyjemnym komentarzem dotyczącym przechodzącej obok nich Janice Rand.

Ogromną zaletą The Man Trap jest za to fakt, że każdy z głównego rdzenia bohaterów ma tutaj swoje 5 minut. Oczywiście jak zawsze najwięcej ekranowego czasu otrzymują Kirk, Spock i McCoy, lecz tym razem zobaczymy m.in. Uhurę wdającą się w dialog ze Spockiem, podczas którego próbuje nawiązać przygodną konwersację, kończącą się fiaskiem z powodu logicznego umysłu Vulkanina. Ponadto gdy oficer komunikacyjna przekazuje informacje kapitanowi, robi to podczas zbliżenia na jej twarz, co jest dość rzadkim sposobem pokazywania jej osoby w serialu, gdzie zwykle starano się ograniczać ją do tła. Spotkamy także pana Sulu, ze smakiem spożywającego swój posiłek w otoczeniu pozaziemskiej flory. Tego typu sceny również niemal całkowicie znikną w przyszłości, co, ponownie, stanowi niepowetowaną stratę.

Warto także zwrócić uwagę na reakcję kapitana Kirka na śmierć oficera. Kirk jest naprawdę poruszony i zdeterminowany by odnaleźć przyczynę zgonu; ze złością reaguje na jakiekolwiek, choćby najmniejsze nawet, odejście przez kogokolwiek od wyznaczonego zadania, co powoduje w odcinku małe spięcie na linii Kirk-McCoy. Pokazuje to, że kapitan naprawdę przejmuje się każdym członkiem swojej załogi, co jest szczególnie istotne w kontekście wszystkich innych zgonów, jakie będą miały miejsce w przyszłości. Oczywiście, musimy czekać do czasów serialu Star Trek: Deep Space Nine nim obejrzymy odcinek w całości niemal poświęcony reakcjom na śmierci ludzi, służących swojemu dowódcy – w tym przypadku będzie nim Benjamin Sisko – lecz The Man Trap w krótkich, lecz efektywnych scenach potrafi uchwycić całkiem sporą paletę emocji kapitana.

He’s dead, Jim.
Ogród botaniczny na pokładzie Enterprise’a.
Potwór!

Główna oś fabularna oscyluje wokół tajemniczych śmierci oraz zmiennokształtnego intruza, którego zabójcze skłonności oraz umiejętności wykraczające poza ludzkie czynią z niego potężnego adwersarza, zachowującego się jednak nieco nielogicznie. Często nie wykorzystuje w pełni swoich sporych zdolności nawet wtedy, gdy ma ku temu sposobność i właściwie nie ma żadnego wytłumaczenia dlaczego raz zachowuje się, jak w pełni cywilizowana istota, a innym razem jak bezrozumne zwierzę. Intrygujący jest za to jego wygląd, jaki zaprezentowano w finale odcinka. Pomieszanie potworności ze smutkiem doskonale uzupełnia lejtmotyw The Man Trap.

McCoy musi tu bowiem zmierzyć się z odwiecznym problemem: czy jesteś w stanie walczyć przeciw czemuś, co wygląda jak miłość twojego życia? Bones nie ma łatwo, gdyż w jego przypadku wybór jest brutalnie prosty: albo zginie Kirk, albo wyglądający jak Nancy stwór. Tym samym na jaw wychodzi, że czasami stare uczucia trzeba pozostawić za sobą by móc normalnie żyć. W przeciwnym wypadku zniszczą nie tylko nas samych, lecz mogą też zagrozić ludziom wokół nas. McCoyowi udaje się podjąć właściwą decyzję, w przeciwieństwie do profesora Cratera, którego niemożliwość pogodzenia się ze śmiercią ukochanej sprawia, że zatraca się w złudzeniu, jakie ostatecznie pozbawia go życia.

Odcinek stawia też inne pytanie: czy można zabić ostatniego przedstawiciela swojego gatunku? Szczególnie jeśli jest to gatunek inteligentny? Ten wątek zostaje poprowadzony gorzej od wzmiankowanego wyżej. Po pierwsze, inteligencja stwora nie sprawia, że potrafi on pohamować swój głód i wejść na drogę negocjacji czy spróbować innego pokojowego rozwiązania, co sprowadza na niego wrogość innych. Ale nawet mimo tego jesteśmy w stanie z łatwością sobie wyobrazić, że kapitan Picard czy kapitan Janeway z pewnością zrobiliby wszystko, co w ich mocy aby zachować istotę przy życiu, a po śmiertelne środki sięgnęliby dopiero w ostateczności i nawet wtedy żałowaliby, że nie udało im się znaleźć innego rozwiązania.

Na tym etapie Star Treka jednak próba oswojenia lub odseparowania istoty w ogóle nie zostaje nawet podjęta. Kirk, Spock i McCoy są jednomyślni: potwora należy zabić czym prędzej. Nie jest to jedyna różnica względem typowego postrzegania franczyzy. Star Trek w kulturze masowej jest często przedstawiany poprzez pryzmat bogactwa różnych kultur i mnogiej ilości kosmitów. Jednak na przestrzeni sześciu pierwszych odcinków mordercza istota jest ledwie trzecim (nie do końca) rozumnym kosmitą, jakiego napotykamy. Galaktyka, którą przemierza pierwszy Enterprise jest ogromnym, starym, samotnym i dość pustym miejscem. W The Cage pojawiają się Talosianie jako resztki niegdyś potężnej cywilizacji, teraz żyjący pod ziemią i czekający na nieuchronną śmierć. W The Corbomite Maneuver Kirk zupełnie przypadkowo natyka się na pojedynczego, samotnego Baloka patrolującego przestrzeń kosmiczną. W The Man Trap znajdujemy półrozumną istotę, ostatnią ze swojego gatunku, żyjącą pośród ruin bliżej nieznanej upadłej dawno temu cywilizacji. Wrażenia samotności w kosmosie dopełniają informacje, że Kirk jest zdany sam na siebie, gdyż nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby mu pomóc; nawet kontakt radiowy z najbliższą bazą wiąże się z ogromnym opóźnieniem. Gdy załoga Enterprise’a przybywa uzupełnić kryształy dilithium w Mudd’s Women dociera na kolonię, gdzie kilku samotnych mężczyzn mieszka w ciężkich warunkach, a gdy reperuje statek w Where No Man Has Gone Before dociera na rafinerię, gdzie nie ma żywej duszy.

W pierwszym sezonie Star Treka – poza kilkoma wyjątkami – dominuje wrażenie, że ludzie pojawili się w kosmosie bardzo późno oraz że jest on pełen starych, upadłych bądź upadających cywilizacji lub istot, które wyewoluowały do takiego poziomu, że ich zdolności i sposób postrzegania wszechświata wykraczają tak daleko poza nasze, że zwykle nie mamy szansy na znalezienie z nimi nici porozumienia. W tym kontekście początkowe odcinki są czasem postrzegane jako symbol nowego początku; galaktyka jest pełna starych, zrujnowanych, wymarłych cywilizacji, lecz zostają one zastąpione czymś nowym, być może lepszym i być może czymś, co nie powtórzy błędów swoich poprzedników: oświeconą, optymistyczną ludzkością. W tym kontekście bezwarunkowe zniszczenie kreatury być może należy rozpatrywać jako wymagany reset, pozbycie się szczątków zepsutych poprzedników i zrobienie miejsca dla nowych graczy na galaktycznej arenie. I choć dominuje przekonanie o konieczności zniszczenia istoty mimo tego wciąż w odcinku pojawia się na koniec delikatny ton żalu po jej śmierci, wprowadzony poprzez krótką kwestię Spocka.

Ostatecznym wynikiem jest zatem fantastyczny odcinek w nietypowym dla serii stylu, stanowiący intrygujące, nawet mimo kilku potknięć, spotkanie z załogą badającą nieznane światy i kreatury. Na koniec jako swoistą ciekawostkę dodam jeszcze, że w The Man Trap dowiadujemy się, że Vulcan nie posiada księżyców.

Miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Pocztówki z ostatecznej granicy, odcinek 4 - Kinomisja Pulp Zine
  2. Pocztówki z ostatecznej granicy, odcinek 1 - Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*