Seria Terrifier (2016-2022), czyli festiwal złego smaku jako radosny bunt przeciwko trendom

(Spoilery)

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o filmach Damiena Leone, te zaprezentowane mi zostały jako afabularne torture porn. Ten osobliwy podgatunek nigdy nie leżał w polu moich zainteresowań – a i widziane przeze mnie urywki obu Terrifierów wydawały się przypominać tragiczny cykl Piła (2004- ) – więc stwierdziłem, że nie będę na nie tracił czasu. Jednak w związku z ultra-brutalną „dwójką” zaczęło się robić o serii coraz głośniej i zaczęły też pojawiać się jak najbardziej pozytywne opinie. Również te sugerujące, że przemoc to nie jedyne, co seria ma do zaoferowania. Postanowiłem sprawdzić „jedynkę”, choć nie oczekując po niej zbyt wiele. Po seansie miałem wprawdzie mieszane odczucia, ale, co najważniejsze, a co mnie mocno zaskoczyło, pewne elementy mi się tam podobały. I to nawet bardzo. Postanowiłem więc czym prędzej obejrzeć sequel. I co? Film trafił na listę moich ulubionych tytułów roku. Ale po kolei.

Powiedzmy to sobie wprost – pierwszy pełnometrażowy Terrifier (krótszych form jeszcze nie widziałem) nie jest dobrym filmem. W niektórych miejscach wygląda zwyczajnie amatorsko, ma kilka paskudnych dziur scenariuszowych i bardzo tanie jump scary, zdaje się próbować szokować przemocą, która co prawda jest faktycznie ostra, lecz popada czasem w śmieszność (gdzieniegdzie – jak choćby w scenie z odciętą głową pracownika knajpy, ze świeczkami wstawionymi w jego oczy – ciężko mi było stwierdzić, czy oglądam kamp zamierzony, czy może jednak nie), a niektórzy aktorzy grają naprawdę źle (postaci sprzątacza i szalonej bezdomnej – aktorska tragedia). Pod koniec reżyser idzie w większą umowność opowieści (Art the Clown pojawiający się już naprawdę znikąd, wbrew podstawom logiki, i np. wygłupiający się nagle na dziecięcym rowerku stając się wreszcie postacią bardziej pajacowatą), co normalnie tłumaczyłoby wspomniane dziury i brak sensu w paru miejscach. Tyle że Leone decyduje się na to zaskakująco późno, a wówczas nie działa to już jak należy. Można aż odnieść wrażenie, że dopiero pod koniec realizacji zdał sobie sprawę, że zapomniał wcześniej o jednym z kluczowych elementów, z miejsca zmieniających odbiór wybranych wydarzeń. No cóż.

A co mi się tutaj podobało? David Howard Thornton jako clown jest świetny. Charakterny potwór, ze świetnym makijażem i kostiumem. Jego postać – jego dzikość i kompletnie bezsensowna 'wywrotowość’ (miłość do czystej destrukcji i sadyzmu dla samego sadyzmu) – to wzorcowy boogeyman. Podobało mi się, że nie otrzymuje żadnego backgroundu. Nie wiadomo, kim jest i skąd się wziął. Po prostu jest, pojawiając się nagle w samo Halloween, aby siać kompletne zniszczenie. I dobrze. Boogeyman nie jest człowiekiem i nie potrzebuje wytłumaczenia. Jest chodzącym koszmarem niszczącym wszystko i wszystkich na swojej drodze. Nieważne przy tym, czy potencjalna ofiara jest jednoznacznie pozytywna czy bardziej ambiwalentna, czy, na ten przykład, chleje na umór czy może uprawiała przed chwilą seks. Tego typu gatunkowe wzorce, wywodzące się oczywiście z klasycznych slasherów, w których Terrifier jest wyraźnie zakorzeniony, zostają tu w banalnie prosty sposób rozwalone od środka. Zapewne najlepszym tego przykładem główna postać kobieca, czyli Tara. Względnie silna, dobrze zarysowana i dobrze zagrana przez Jennę Kannel dziewczyna, która wydaje się idealnym materiałem na tradycyjną final girl. Oczywistym jest, że to ona musi przeżyć wszystkich, aby w wielkim finale stoczyć najcięższy bój z szalonym clownem. Tyle że mija jakieś 40 minut filmu, a ona zostaje nagle zaszlachtowana. I nie ma co po niej zbierać. Co więc dalej? Jej siostra. I inne postaci. I scenariusz coraz mniej stawiający na jakąkolwiek opowieść, a coraz bardziej na pomysłową rzeź. Pod kątem fabuły film jest więc coraz uboższym i rozumiem, że może to się nie podobać, ale osobiście doceniam ten przewrotny, mocno anarchiczny koncept poniekąd kpiący ze standardowych szablonów. Podoba mi się też surowość produkcji. To, że nie ma tu żadnego CGI – które w 2022 roku wydaje się być już niemal obowiązkowym – lecz same efekty praktyczne. A że gore wygląda czasem zbyt sztucznie? To może i lepiej, zważywszy na intensywność i okrucieństwo kolejnych aktów przemocy… Widać też, że twórca włożył w nie swoje serce, mimo wszystko.

Wreszcie, co może najważniejsze, podoba mi się, że film stoi w dumnej opozycji do obecnych trendów kina grozy. Kiedy większość twórców próbuje być intelektualna i artystyczna, wypełniając swoje opowieści tzw. ważką treścią (nie zrozumcie mnie źle – jestem fanem części tych filmów, jednak trend jako całość zaczyna mnie zwyczajnie męczyć), Leone oferuje czerpiący tak z ejtisowego mainstreamowego horroru, jak i kina grindhouse’owego ultra-prosty i ultra-krwawy horror o przemocy dla samej przemocy. O przemocy, która nie ma sensu. O przemocy w stanie czystym, można powiedzieć. W kontekście tendencji współczesnego kina grozy Terrifier zdaje się przywracać pewną równowagę, śmiało oferując coś zamierzenie „gorszego” i „głupszego”. Coś innego. Jawi się jako filmowy ekwiwalent środkowego palca wycelowanego w stronę etykietek pokroju „post-horror” czy „elevated horror”. Czy to przypadek, że nasz morderca ma na imię akurat Art? I że poznajemy je, gdy maluje je swoimi ekskrementami na lustrze łazienki?

Ile bym jednak nie znalazł plusów – choćby względnych – części pierwszej, nigdy bym się nie upierał, że to dobry film. Ale wtedy pojawia się Terrifier 2 i szybko wskazuje na to, że Leone naprawdę rozwinął się jako reżyser i scenarzysta. OK, „Pojawia się” to może nie jest najtrafniejsze określenie. Raczej wchodzi z buta. Wyważa w drzwi, wskakuje do salonu i zbija wszystkie wazy i talerze Twojej bogatej cioci. A przy okazji prezentuje niewybredne dowcipy i nagle zauważasz, że niektóre z nich Ci się nawet podobają. Cholera. I co teraz?

Przede wszystkim, w „dwójce” reżyser naprawia (przynajmniej częściowo) wszystkie błędy i niedociągnięcia oryginału. Już w scenie otwierającej częstuje aktem przemocy tak ekstremalnym, że niedorzecznym. I jeśli ktoś ma wątpliwości, czy będący tego rezultatem brzydki kamp jest celowym, to twórca dodaje do tego wyraźny absurd (clown idzie do publicznej pralni, aby, jak gdyby nigdy nic, wyprać uwalone krwią ciuchy) i czarny humor (morderca wstawiający w swój oczodół świeżo wydłubane oko ofiary i uśmiechający się niemal do kamery). Art od początku był, oczywiście, postacią mocno przerysowaną, ale tutaj nierzadko idzie już w czystą komedię, oczywiście ciągle zakorzenioną w pantomimie (co daje Thorntonowi większe pole do popisu i trzeba przyznać, że aktor sprawdza się znakomicie). Pozostaje przy tym stale tak samo makabrycznym sadystą. A może nawet jeszcze bardziej, bo tu faktycznie gore nie tylko wygląda lepiej (większy budżet), ale też jest już kosmicznie srogie – kiedy myślisz, że na oskalpowaniu i pocięciu nożem się skończy, Art łamie swojej ofierze rękę, by ją następnie odciąć, a potem jeszcze np. zacząć skórować. Jeśli w „jedynce” clown prezentował prawdziwą dzikość, to jak nazwać to, co wyprawia tutaj?

Co ważne, Leone na starcie wrzuca tu elementy surrealizmu – wprowadzając nagle postać damskiego clowna, który początkowo zdaje się stanowić jedynie wizje samego Arta, a za chwilę prezentując też parodiującą reklamy telewizyjne mocno rozbudowaną scenę koszmaru sennego – i bardzo szybko podkreśla nadrealność antagonisty, który pojawić się może wszędzie, który wie, co się dzieje w Twoich snach, a nawet o co się kłócisz z mamusią po kolacji. Tutaj jest już stuprocentowym demonem. (Przy okazji: rewelacyjna zabawa dźwiękiem, gdy obrazy ukazujące jego nagle otwieraną buzię – przypomnijmy, że jest postacią niemą – ilustrują krzyki jego ofiar lub odtwarzane z taśmy w wesołym miasteczku). Pojawiają się bardzo wyraźne wpływy Koszmaru z ulicy Wiązów (Wes Craven, 1984), Laleczki Chucky (Tom Holland, 1988) i nawet ejtisowego kina fantasy (o tym za chwilę), chociaż mi do głowy podczas seansu przychodził też do głowy Rob Zombie. Najpierw ten spod znaku podobnie intensywnego i sadystycznego Domu 1000 trupów (2003), a następnie ten z obu jego interpretacji Halloween (2007, 2009). Skąd to drugie skojarzenie? Nowa główna bohaterka. No i właśnie…

Całkiem fajnie zagrana przez Lauren LaVerę dziewczyna imieniem Sienna to postać bardzo neurotyczna. Film okazuje się mieć zaskakująco (jeśli zestawić go z „jedynką”) rozbudowany scenariusz, gdzie portret postaci otrzymuje bardzo dużo miejsca. Nie ma tu już pretekstowej przewrotności oryginału, gdyż zamiast tego mamy solidne dawki empatii i ciekawe background story. Bohaterka, choć generalnie sympatyczna, jest przy tym owiana tajemnicą i kolejne odpowiedzi na pytania na temat jej przeszłości pojawiają się dosyć rzadko i nie zawsze (lub nie od razu) są jasne. Coś się stało z jej ojcem. Prawdopodobnie oszalał i zginął w tragiczny sposób. Coś się dzieje z jej bratem, który zaczyna się niezdrowo interesować seryjnymi mordercami. Ona sama bierze jakieś mocne prochy. Zdaje się, że niedawno wyszła z psychiatryka. Jej neurotyczność i początkowo bliżej nieokreślone traumy z przeszłości dodają tutaj mnóstwo swoistego kolorytu (wybaczcie dobór słownictwa). Kiedy przychodzi jej się zmierzyć z Artem, można odnieść wrażenie – w kontekście tego wszystkiego, co o niej wiemy – że jej walka o przetrwanie jest jak walka z depresją. Dostaje solidny wpierdol. Nie ma siły wstać. Ale próbuje. I wstaje. I znowu dostaje po dupie. I jest załamana. I nie ma już sił. Ale nie chce tego zaakceptować. Musi walczyć, jeśli nie dla siebie, to chociaż dla brata. Musi spróbować wstać. Więc próbuje. Powoli, ale podnosi się.

Sienna jest więc już pełnokrwistą final girl. Film od początku skupia się na niej i jej rodzinie. Na rysach na jej psychice i jej lękach. Na outsiderskim charakterze i specyficznych fiksacjach jej brata. Oraz na wplątaniu w to wszystko postaci clowna (i jego tajemniczej demonicznej „narzeczonej”!). Innymi słowy, tak, „dwójka” ma fabułę z krwi i kości. Ciekawe postaci. Fajną dramaturgię. I ultra-halloweenowy klimat obłędu.

To ciągle przepełniony flakami i krwią kamp, ale stale zdobiony czarnym humorem i wspomnianą empatią. Bardzo też podobał mi się halloweenowy kostium Sienny. Bohaterka staje się wojowniczką, a rzecz staje się jeszcze bardziej ejtisowa. Boogeyman zostaje skontrowany z postacią, która jest, tak jak on sam, swoistą fantazją. Fantazją jej ojca. Elementem rodem z kina – nomen omen – fantasy (miecz, którym dziewczyna walczy – dawny prezent od zmarłego ojca – okazuje się wszakże magicznym!). Pojawia się nam wręcz archetypiczny pojedynek dobra ze złem. Pojedynek czysto symbolicznych sił. Co prawda, Sienna trafia w wielkim finale do samego piekła (gdy granica między jawą a snem zostaje całkiem zamazana, rzeczywistość ulega całkowitemu rozpadowi), ale to przecież też pasuje. Film staje się jeszcze bardziej umowny, ale też bogatszy w treść. O kurczę – zaraz – treść?! Czyżby reżyser zaczynał kroczyć ścieżką zarezerwowaną dla twórców chcących być intelektualnymi i artystycznymi…? Bez obaw, zwyrolska brutalność i bezkompromisowe szaleństwo jego kina (hej, kiedy ostatnio widzieliście dziecięcych bohaterów w opowieści definiowanej wybuchami gore?) nie pozwolą mu na znalezienie się na tej samej półce, co „elevated horror”. Cóż, po co komu sztuczne terminy, gdy mowa o gatunku już od swoich narodzin będącego symbolicznym, umownym i niejednorodnym?

Pewnie ładnie byłoby tak zakończyć ten luźny tekst, ale oznaczałoby to brak całkowitej szczerości z mojej strony. A przecież nie wspomniałem jeszcze, że Terrifier 2 to ciągle film trochę niezgrabny, czasem kulejący, może nieco za długi (ponad 2 godziny!). Tyle że to tutaj, jak dla mnie, najmniej istotne. Damien Leone rozwija się bardzo szybko. Jego wyobraźnia oferuje coraz więcej ciekawych pomysłów, a rzemiosło właśnie wskoczyło na wyższy poziom. Czekam więc na trzecią część serii. Ta jest tak nieunikniona, jak halloweenowe odwiedziny boogeymana. Trochę się co prawda boję, że autor może w niej wyjaśnić aż za dużo – niedopowiedzenia to w końcu jedne z większych atutów jego dotychczasowych fabuł, a tymczasem kolejna część ma się podobno skupiać na odkryciu przeszłości tak Arta (i jego nagłej pomocnicy), jak i Sienny (i jej rodziny). Liczę jednak, że będzie to kolejny obraz, którym Leone przypomni widzom kina grozy, że zły smak potrafi być całkiem klawą formą filmowego buntu, a brud i brzydota to często właściwe składniki horroru.

Student brytyjskiego filmoznawstwa (obecnie radośnie piszący pracę doktorską na temat spaghetti westernu). Miłośnik gatunkowej włoszczyzny, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej, garażowego rocka i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*