Singapore Sling (1990). Seks, przemoc, noirsploitation

Ciemna, burzowa noc. Pośród bujnej roślinności przydomowego ogrodu dwie kobiety w koronkowych sukniach i płaszczach przeciwdeszczowych kopią grób, w którym spocznie ich szofer. Mężczyzna co prawda nadal żyje, ale wystarczy kilka uderzeń łopatą, by załatwić sprawę. Po skończonej robocie panie mogą zapalić papierosa, nieświadome, że ich posiadłość znajduje się pod obserwacją pewnego detektywa… 

Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, co powstanie z połączenia filmu noir, czarnej komedii i perwersyjnego sexploitation z domieszką horroru, to właśnie znaleźliście odpowiedź. Z takiej mieszanki wybuchowej powstanie Singapore Sling (znany też jako: Singapore Sling: The Man Who Loved a Corpse), okrzyknięty jednym z najbardziej niepokojących filmów wszech czasów. Jego reżyser, Nikos Nikolaidis, był zdolnym, undergroundowym twórcą, uznawanym przez niektórych za ojca chrzestnego Greckiej Dziwnej Fali (Greek Weird Wave). Na przestrzeni swojej kariery eksperymentował zarówno z nowoczesnymi wersjami greckich tragedii (Euridice BA 2037 (1975)), jak i postapokaliptyczną dystopią (Morning Patrol (1987)), lecz to właśnie nakręcony w 1990 r. Singapore Sling przyniósł mu międzynarodowy rozgłos i stał się obiektem licznych kontrowersji. Z jednej strony dało się słyszeć głosy oburzenia tych, którzy uznali go za mizoginistyczny festiwal obrzydliwości. Wtórowali im oczywiście brytyjscy cenzorzy, którzy nie dopuścili do wydania filmu w swoim rodzimym kraju. Pomimo tego obraz doczekał się sporego grona fanów, wśród których zyskał status kultowego. Warto więc przyjrzeć się bliżej temu fenomenowi. 

Singapore Sling rozpoczyna się niczym rasowy film noir. Nakręcony w czerni i bieli, zawiera wiele elementów charakterystycznych dla gatunku – detektywa w trenczu, którego głos z offu przybliża nam swoją motywację, dwie femmes fatales, kostiumy w stylu Złotej Ery Hollywood i intrygę, w którą zamieszani są bohaterowie. Główną inspiracją dla filmu stała się Laura (1944). Zdziwi się jednak ten, kto oczekuje klasycznej, czarnej opowieści rodem z lat 40. Singapore Sling to przewrotna transgresja, wykorzystująca motywy i dosłowne cytaty z dzieła Otto Premingera, które w połączeniu z czarnym humorem oraz perwersyjną erotyką tworzą interesujący pastisz. Gdy detektyw poszukujący swojej zaginionej ukochanej trafia do willi dwóch podejrzanych kobiet, rozpoczyna się gra plasująca się gdzieś pomiędzy fantazją miłośnika BDSM, której nie powstydziłby się sam de Sade, a sennym koszmarem. Ranny mężczyzna, ochrzczony mianem Singapore Sling, zostaje poddany torturom i zamieniony w seks-niewolnika. Wszystko to w celu wyciągnięcia zeń zeznań – kim jest i co wie na temat zniknięcia Laury. Bezimienne kobiety, podające się za matkę i córkę, skrywają bowiem pewną tajemnicę. Trzy lata wcześniej zamordowały ukochaną detektywa, a jej wnętrznościami i biżuterią przyozdobiły kuchnię. 

Tak się składa, że nasze antagonistki to ekscentryczne psychopatki, które spędzają dnie na zabijaniu służby i kazirodczych zabawach. Schedę przejęły po zmarłym patriarsze, który pozbawił córkę dziewictwa oraz zamordował i zakopał w ogródku niejednego nieszczęśliwca. W końcu zwłoki są najlepszym nawozem — jak miał w zwyczaju mawiać. Warto nadmienić, że we wspomnieniach córki oglądamy go w postaci mumii, z którą ta uprawia dziki seks na strychu. Podobne, freudowskie relacje łączą ją zresztą z matką. Ulubioną zabawą kobiet jest rytualne odtwarzanie poprzedzonych gwałtem morderstw (szczególnie tego dokonanego na Laurze), a falliczny atrybut starszej z kobiet, spod dominacji której próbuje wyzwolić się młodsza, stanowi doczepiany dildo. 

Tak oto pod płaszczem klasycznego noir Nikolaidis prezentuje nam imponująco szeroki katalog perwersji, o jakich twórcom czasów Kodeksu Haysa się nawet nie śniło. Składa się on z kazirodztwa, bondage, pissingu, sadomasochistycznego seksu, tortur czy masturbacji (na przykład z użyciem owocu kiwi, co budzi skojarzenia z kinem Waleriana Borowczyka). Mało? Na dokładkę dostajemy scenę, w której potraktowany elektrowstrząsami detektyw zostaje przemieniony w…ludzki wibrator. Obsesyjność zachowań związanych z ludzką fizjologią jest widoczna również w scenach konsumpcji. Wyjątkowo nieapetyczne sceny uczt, ukazujące w krzywym zwierciadle burżuazyjny konsumpcjonizm i pogwałcenie zasad dobrego smaku, mogłyby z powodzeniem konkurować z takimi tytułami, jak Wielkie Żarcie (1973) czy Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek (1989). Przepych scenografii doskonale kontrastuje z zachowaniem postaci. Matka i córka siedzą przy obficie zastawionym stole, ubrane w odświętne, niemal arystokratyczne stroje. W menu goszczą owoce morza, mięsa i zwierzęce mózgi. Kobiety obżerają się łapczywie, palcami, kawałki potraw wypadają im z ust. Ostatecznie, na domknięcie rytuału, wymiotują.

Paradoksalnie jednak zaszufladkowanie Singapore Sling jedynie ze względu na jego shock value byłoby krzywdzące. Film ma do zaoferowania znacznie więcej – to inteligentny i autentycznie zabawny metatekst używający niezwykle stylowego języka audiowizualnego. Barokowy przepych wnętrz, piękne ujęcia, gra cieni, kostiumy – wszystkie te elementy tworzą hipnotyzującą atmosferę, która nie pozwala oderwać oczu od ekranu. Podczas najbardziej wyuzdanych scen przygrywa nam muzyka klasyczna i motyw znany z Laury, a kamera z voyeurystyczną przyjemnością prześlizguje się po zgrabnych ciałach unieruchomionych skórzanymi pasami. Nikolaidis stosuje w swoim dziele ciekawe zabiegi burząc czwartą ścianę i oddając głos duetowi femmes fatales, używając  trzech różnych języków, którymi porozumiewają się postacie, a także nieustannie mieszając ze sobą przeszłość, teraźniejszość i fantazję w wyniku czego atmosfera staje się momentami dość oniryczna. Wysoki poziom prezentuje również gra aktorska. W pamięć zapadają szczególnie role kobiece – Meredyth Herold jako niedojrzała emocjonalnie córka w jednej chwili potrafi zachwycić swoim lolicim urokiem osobistym, a w kolejnej przerazić psychopatycznym okrucieństwem. Michele Valley w roli zmanierowanej, despotycznej matki wygląda zaś jak żywa parodia Normy Desmond z Bulwaru Zachodzącego Słońca (1950). Nie zawodzi jednak i grający spojrzeniem Panos Thanassoulis w roli bezwolnego, tracącego zmysły detektywa, którego gniew wzbiera, by znaleźć ujście w mrocznym i przewrotnym finale. 

Singapore Sling to z pewnością film jedyny w swoim rodzaju, który za nic ma konwenanse. Trochę jakby Thundercrack! (1975) spotkało Laurę (1944) oraz Mumsy, Nanny, Sonny & Girly (1970), przy jednoczesnym zachowaniu własnego, unikalnego charakteru. Obraz, który zaspokoi zarówno potrzebę obcowania ze stylowym art-housem, jak i voyeurystycznego podglądania odbiegających od wszelkich norm dziwności. Jeżeli znudziły Was banalne i zachowawcze historie, to zdecydowanie warto dać mu szansę.

Zaginiona córka Addamsów, turpistka. Miłośniczka filmowej transgresji, ekstremalnego gore i surrealizmu.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*