Spag-West Mania: A Long Ride from Hell (1968)

Film, którego okoliczności powstania są równie interesujące, co jego treść. Otóż główną gwiazdą wyreżyserowanego przez debiutanta Camillo Bazzoniego A Long Ride from Hell, a także jego współscenarzystą i częściowym sponsorem, był Steve Reeves – niezwykle popularny w latach 50. i na początku 60. amerykański kulturysta i aktor, ikona kina peplum i gwiazda włoskich filmów przygodowych. Podczas realizacji Ostatnich dni Pompei (Mario Bonnard i Sergio Leone, 1959) nabawił się paskudnej kontuzji ramienia, jako rezultat wypadku na planie, gdy zderzył się z drzewem prowadząc rydwan. Kontuzja ta stale się odnawiała, wykluczyła go z popisów kaskaderskich w kolejnych filmach, a nawet sprawiła, że nie był już w stanie dźwigać ciężarów. Wreszcie, kiedy włoskie filmy przygodowe zaczęły tracić na popularności, zdecydował się przejść na przedwczesną emeryturę. Nie potrafił się jednak z tym pogodzić i marzył o wielkim powrocie. Odnoszący akurat wielkie sukcesy kasowe spaghetti western, w którego rozmaitych reprezentantach występowali przeróżni aktorzy z różnych stron świata, wydawał się być idealnym dla tego gatunkiem. Po czterech latach przerwy aktor postanowił więc zainwestować własne pieniądze w swój najambitniejszy projekt, rzadki we włoskim westernie przypadek adaptacji powieści (Judas Gun Gordona Shirreffsa), którą napisał wespół z Roberto Natale i która, rzecz jasna, miała stanowić początek kolejnego etapu jego gwiazdorskiej kariery. A Long Ride from Hell miało jednak ograniczoną dystrybucję, zostało bardzo źle przyjęte przez krytyków i zupełnie zignorowane przez publiczność. Reeves nigdy już więc nie wrócił do aktorstwa, choć, paradoksalnie, A Long Ride from Hell to prawdopodobnie jego najlepszy film.

Ogólny zarys fabuły prezentuje się następująco: Mike Sturges (Reeves) trafia do więzienia za zbrodnię, której nie popełnił; a kiedy wychodzi, dokonuje zemsty na ludziach, którzy go wrobili. Rzecz wydaje się więc bardzo prosta i konwencjonalna, przyjrzyjmy się jednak konstrukcji fabuły. O ile właściwa akcja przeciętnego westernu tego rodzaju zaczyna się w momencie, gdy protagonista wychodzi lub ucieka z więzienia, aby poświęcić się odnajdywaniu i wybijaniu kolejnych wrogów, o tyle tutaj opowieść zaczyna się na długo przed jego odsiadką. Poznajemy go bowiem jako raczej bogatego i szczęśliwego ranczera, który zostaje okradziony ze stada koni. Bierze więc swojego młodszego brata oraz pewnego pomocnika, aby odnaleźć złodziejów i odzyskać własność. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele szczegółów, dodam tylko, że do więzienia trafia po blisko jednej trzeciej całości, cała sekwencja więzienna trwa ok. 15 minut, po niej następuje ok. 20-minutowa sekwencja wielkiej ucieczki i ukrywania się i dopiero ostatni akt opowieści to ta standardowa zemsta.

Nietuzinkowa konstrukcja szybko sprawia, że opowieść nabiera rumieńców, w czym pomagają jeszcze bardzo odmienne plenery i lokacje (jest i las, i pustynia, i preria, i miasteczka, i nawet pewna wielka rzeka). Strona wizualna dziełą jest zresztą naprawdę mocna. Znany z regularnej współpracy z Sergiem Corbuccim operator (a później też reżyser własnych westernów) Enzo Barboni na zmianę oferuje sporo surowych, świetnie pasujących do agresywności filmu ujęć z ręki oraz bardziej artystyczne ujęcia i naprawdę plastyczne kadry, w których bawi się jazdą kamery czy światłem, np. filmując postaci pod słońce (nie będzie przesadą stwierdzenie, że ten film to jedno z jego najlepszych operatorskich osiągnięć, które śmiało postawić można gdzieś między Synem Spartakusa (1962) a Django (1966)).

Także od strony muzyki film prezentuje się naprawdę dobrze – kompozytor Carlo Savina, na koncie mający wówczas głównie ścieżki dźwiękowe do filmów peplum, mógł się pochwalić nie lada talentem. Wrażenie robią zwłaszcza jego co bardziej ponure kompozycje, już na starcie sugerujące, że film, mimo obecności Reevesa, który kojarzony był przecież z bardzo kolorowym kinem akcji i przygody, oraz mimo mocno „amerykańskiego” początku opowieści (bohater-ranczer, kowboje na drugim planie i wątek kradzieży koni to we włoskim westernie rzadkość), nie będzie wcale przyjemny. Ostatecznie jest to bowiem rzecz zaskakująco ponura i brutalna, przepełniona pechem, rozpaczą i trupami. Cóż, tytuł filmu nie jest tylko wabikiem dla spragnionej przemocy publiki, fabuła rzeczywiście pokazuje drogę przez piekło.

Wreszcie ostatnim ciekawym elementem jest powinowactwo filmu z kinem miecza i sandałów (co prawda, o całym spaghetti westernie można mówić jako o swoistym przedłużeniu peplum, ale to temat na osobny tekst). Reeves musiał przecież przypomnieć o swojej dawnej sławie muskularnego herosa, toteż nie mogło obyć się bez niekrótkiej sceny, w której chodziłby półnagi (stąd też, oczywiście, specyficzny plakat reklamujący film), jak również jego popisów siły fizycznej. Mamy tu więc znacznie więcej niż w typowym spaghetti westernie scen, w których jego bohater rozprawia się z przeciwnikami pięściami (mało tego, nawet finałowy pojedynek okazuje się być nie strzeleckim, a właśnie bójką). Co więcej, początek opowieści oferuje całkiem fajny ukłon w stronę peplum – bohatera poznajemy bowiem, kiedy rozprawia się na swoim ranczu z bykiem (sceny walk ze zwierzętami – zwłaszcza lwami oraz właśnie bykami – to obowiązkowy element wielu obrazów kina miecza i sandałów, Reeves miał już ich oczywiście trochę na koncie).

Niestety, nie obyło się bez minusów. Są nim pojawiające się czasem, przynajmniej w amerykańskim dubbingu, okrutnie łopatologiczne dialogi i kretyńskie hasła (moim ulubionym „Nawet ryba nie wyszłaby z tej rzeki żywa!”), Reeves wyglądający niezbyt naturalnie podczas scen strzelanin (jak gdyby czuł się bardzo nieswojo trzymając broń), a wreszcie, niestety, cały ostatni akt opowieści. Dochodzi tam do dziwnej zmiany tonacji, kiedy po godzinie coraz to bardziej pesymistycznej fabuły otrzymujemy na poły komediową scenę barowej awantury. Później rzecz wraca na właściwsze tory, lecz bardziej typowa wtedy fabuła nie pozwala jej wrócić do wcześniejszego poziomu. Niemniej, całość pozostaje udanym i wcale ciekawym obrazem, pełnym porządnie nakręconych i czasem zaskakująco rozbudowanych scen akcji (vide wielka strzelanina w więzieniu czy wspomniana wielka z niego ucieczka), nieźle łączącym elementy „amerykańskie” i „włoskie” („amerykańsko” dobry bohater po „amerykańsku” wolący zabrać głównego wroga do więzienia niż go zabić kontra sporo „włoskiego” okrucieństwa) oraz oferującym też tak lubiane przez fanów gatunku piękne twarze na drugim planie, jak Rosalbę Neri jako charakterną prostytutkę o ksywie Encarnation, Aldo Sambrella jako lidera meksykańskich łowców głów (swoją drogą też niezwykły widok, wszakże profesja ta zwykła być zarezerwowaną dla białych) czy Nello Pazzafiniego jako morderczego naczelnika więzienia zwącego się – uwaga, uwaga – Bill Savage. Warto.

PS. Reżyser Camillo Bazzoni nigdy już nie wrócił do westernu. Swoich sił próbował jeszcze choćby w kinie kryminalnym i wojennym, tam jednak również nie osiągnął sukcesu. Po kilku latach porzucił karierę reżyserską i skupił się na pracy operatorskiej.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*