Spag-West Mania: Little Rita of the West (1967)

Jeden z najbardziej osobliwych spaghetti westernów. Dość powiedzieć, że stanowi on hybrydę musicalu i parodii gatunku, a opowiada o losach radosnej, niezbyt wysokiej „rewolwerowczyni” znanej jako Little Rita (w tej roli popularna piosenkarka Rita Pavone), która uważa, że źródłem wszelkiego zła na świecie jest złoto. Toteż, poza śpiewem i tańcem przy byle okazji, zajmuje się wybijaniem oraz okradaniem bandytów i łowców głów ze złota, które następnie zostawia w podziemnym indiańskim cmentarzysku należącym do zaprzyjaźnionego plemienia, aby je tam później zlikwidować. Za swojego pomocnika ma przypadkowo poznanego niemieckiego organistę, a wśród swoich wrogów m.i.n największe ikony gatunku, tj. Ringo (choć wyglądającego jak Człowiek Bez Imienia) oraz Django.

Nie brakuje, oczywiście, dziecinady, kreskówkowego slapsticku i idiotyzmów. Oczekując wyłącznie tego unikałem seansu filmu przez wiele lat. A ten okazuje się być dużo lepszym niż jego opis na to wskazuje. Przede wszystkim potrafi być wcale interesującym i zaskakująco samoświadomym widowiskiem. Cóż, tak naprawdę wystarczy spojrzeć na nazwisko reżysera. Ferdinando Baldi to jeden z ciekawszych twórców „drugiej ligi” spaghetti westernu. Co prawda, jego filmografia jest dosyć nierówna, ale znaleźć można w niej tak znakomite tytuły, jak mocno melancholijnego The Forgotten Pistolero (1969) czy śmiało czerpiącego z kina samurajskiego Blindmana (1971). Jego pierwszym westernem był zaś też jak najbardziej udany Texas, Adios (1966), w którym zgrabnie przechodząc z jednego rodzaju spaghetti-opowieści do drugiego – od filmu zemsty do westernu zapatowskiego – udowadniał nie tylko solidny warsztat, ale też dobrą znajomość gatunku. I te właśnie walory charakteryzują też Little Rita of the West.

Na otwarcie filmu otrzymujemy animowaną czołówkę, będąca stricte cartoonową wariacją na temat słynnych czołówek z westernów Sergia Leone i innych, która uwypukla jeszcze większą niż zwykle umowność opowieści. Następnie zaś rozpoczyna się sekwencja, której każda kolejna scena kończy się jakimś numerem śpiewanym i tanecznym. Ten ostatni element może oczywiście odrzucić i stanowi zwykle najsłabszy punkt programu. Zarazem jednak jest tym, co czyni całość unikatową. Mocno wyróżniającym się z tłumu kuriozum. Widzów obawiających się zbytniej dziecinady i naiwności uspokajam jednak, że bardzo szybko pojawia się też czarny humor, którego nie powstydziłby się Duccio Tessari („Pozwól, że pomogę ci zejść” – mówi bandyta do mężczyzny prowadzącego dyliżans, po czym dziurawi jego ciało kulami), a także względnie duża liczba trupów. Natomiast sama Rita, choć stanowi skrajnie pozytywną postać, przez co nie wydaje się nawet pasować do włoskiej odmiany gatunku, nie okazuje bynajmniej naiwnego miłosierdzia swoim przeciwnikom i potrafi być bezlitosna. Jeśli ktoś zachodzi jej za skórę lub stanowi dlań zbyt duże zagrożenie, to zostaje przez nią ukarany należytą porcją ołowiu. Lub wybucha, gdyż w swoim arsenale bohaterka ma również granaty.

Samo to, że mamy tu postać kobiecą, a więc często lekceważoną przez przedstawicieli płci brzydkiej, a za chwilę sprawiającą im nie lada kłopoty (jest ona nie tylko znakomitym rewolwerowcem, ale też osobą bardzo sprawną i silną fizycznie), czyni film na poły wywrotowym. Mowa tu w końcu o gatunku chętnie marginalizującym kobiety (a nierzadko zwyczajnie seksistowskim). Inna sprawa, że to przecież film powstały z myślą o modnej piosenkarce, której przebojowe utwory miały go sprzedać i utorować jej drogę do kariery aktorskiej. Jej muzyczne popisy / wygłupy nawet pasują do co bardziej slapstickowych fragmentów opowieści, pojawiających się zwłaszcza wtedy, gdy Rita doczepia do lufy swojego złotego rewolweru jeden ze swoich złotych granatów i czyni go swoistym granatnikiem wysadzającym np. grupę meksykańskich bandytów. Ale zaraz, postać nienawidząca złota, a posługująca się bronią ze złota? Oto ciekawy przykład jednocześnie ekstrawagancji i hipokryzji protagonistki. Rzecz jasna, nie zostaje to wyjaśnione. Mimo ciekawych elementów subwersji, rola filmu ogranicza się do dawania ekscentrycznej, kolorowej rozrywki.

Zdecydowanie najlepsze momenty opowieści to te, które opierają się na parodiowaniu gatunku. Elementy pastiszu i parodii można znaleźć w spaghetti westernie niemalże od samych jego narodzin, ale Little Rita of the West to bodaj pierwszy obraz pełen tak otwartych i prześmiewczych nawiązań do innych włoskich filmów i śmiało wyjmujący zeń całe postaci (podkreślmy – gatunek miał wtedy ledwie 3 lata). Sparodiowane zostają tu dwie ikoniczne sceny z Za kilka dolarów więcej (1965) – ta, w której pułkownik Mortimer skręca długolufowego Colta, aby ubić uciekającego bandytę (tutaj to Ringo posługuje się zbliżoną bronią próbując z dużej odległości zabić Ritę, już po przegranym przez niego pojedynku z nią) oraz ta, w której Mortimer i Człowiek Bez Imienia zaczynają swój „pojedynek” od deptania sobie po butach, aby rozwinąć go do wielkiego popisu strzeleckiego (tutaj otrzymujemy zwielokrotnione deptanie po butach zakończone zwykłym kopniakiem w nogę). Ale przejdźmy do samych postaci.

Ringo (w tej roli jedna z gwiazd kina peplum Kirk Morris) ubrany jest w ponczo zbliżonego do tego eastwoodowskiego i stale pali cygaro ze specyficznym grymasem, jednak zachowuje się podobnie do bohatera Pistoletu dla Ringa (1965), tj. stanowi typ niepoważnego cwaniaczka. Ciekawszym – potraktowanym bowiem zarazem dosłownie i przewrotnie – jest jednak Django (niejaki Enzo Di Natale), który wygląda i zachowuje się jak pierwowzór z obrazu Sergia Corbucciego. Gdy widzimy go po raz pierwszy, to sunie przez jakieś odludzie (niestety dosyć zielone i nie bardzo błotniste) ciągnąc za sobą trumnę, a ilustrująca to muzyka, z damskimi chórkami krzyczącymi „Django! Django!”, to wyraźna parafraza słynnego utworu Luisa Bacalova. Mało tego, gdy już ma dojść do jego pojedynku z Ritą (to swoją drogą też ciekawe, że tak Ringo, jak i Django, z całą swoją moralną ambiwalencją, ocenieni tu zostają przez bohaterkę jednoznacznie negatywnie), to Django pokazuje jej swoje okaleczone przez meksykańskich rewolucjonistów dłonie. Innymi słowy, akcja Little Rita of the West umiejscowiona została tuż po wydarzeniach z Django (1966). Do tego ikoniczny antybohater przenosi się wkrótce na cmentarz i próbuje wygrać walkę wykorzystując do podparcia i jako tarczę jeden z nagrobków. Powtórzenie wyczynu z zakończenia hitu Corbucciego jest jednak w tym wypadku niemożliwe. Nie z Ritą takie numery.

Trzecią postacią znaną z wcześniejszych spaghetti westernów jest przywódca meksykańskich bandytów grany przez Fernando Sancho, choć tutaj mowa tak naprawdę o samym archetypie. Swoimi występami w filmach o Ringo hiszpański aktor niejako stworzył (właściwie to po prostu spopularyzował) postać okrutnego i zarazem wesołego lidera bandziorów noszących sombrero, z jednej strony chętnie torturującego i mordującego, a z drugiej ciągle przy tym, na swój sposób, sympatycznego i uroczego. Celowo unikam tu imienia, bo jak na archetyp przystało, imiona miał on różne i wcielali się w niego różni aktorzy w kolejnych produkcjach. Sancho długo jednak pozostawał jego twarzą, występując jako tego rodzaju postać jeszcze niejednokrotnie. Co najważniejsze dla Little Rita, tutaj jego bandyta nazywa się… Sancho! Intertekstualność filmu przybiera więc na sile. Aktor, jak opowieść sugeruje, poniekąd sam staje się swoją najsłynniejszą postacią.

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o dwóch komponentach. Pierwszym jest zaskakująca przyjaźń między Indianami i białymi, a zwłaszcza między wodzem znanym w niektórych wersjach językowych filmu jako Silly Bull (w tej roli legenda peplum i generalnie kina klasy B Gordon Mitchell) a samą Little Ritą, którzy świetnie dogadują się co do pozbycia się złota poprzez wysadzenie go w powietrze na indiańskim terytorium. Ich relacje przywodzą na myśl opowieści o Winnetou i jego białym przyjacielu Old Shatterhandzie (przypomnijmy, że filmy o ich przygodach były niezwykle popularne we Włoszech w pierwszej połowie lat 60.), aczkolwiek, o ile mi wiadomo, nie ma tutaj żadnego bezpośredniego odniesienia do nich. Drugim komponentem jest zaś postać tajemniczego Black Stara, który co prawda nie jest powiązany z żadnym innym tworem filmowym, lecz zagrał go młodziutki Terrence Hill, samym swoim spojrzeniem kradnący w pewnym momencie show, a z czasem – jako amant-manipulator celujący w podbicie serca bohaterki – odgrywający dosyć istotną rolę w fabule.

Jeśli więc tylko przeżyjemy regularnie pojawiające się popisy taneczno-muzyczne i co trywialniejsze fragmenty (a te najtrywialniejsze to zwykle sceny musicalowe, żeby tylko wymienić tą, gdzie grupa Indian zaczyna nagle tańczyć przed planowanym dokonaniem egzekucji), to otrzymamy całkiem sympatyczne i ciekawe kino, które polecić można fanom gatunku na tropie jego najróżniejszych form. Czasem bardzo dziecinne, a czasem błyskotliwie samoświadome. Na zachętę krótki cytat z samego zakończenia opowieści, słowa niemieckiego organisty wlepiającego się w gwieździste niebo: „No przecież film musi mieć happy end. W przeciwnym razie producent straci wszystkie swoje pieniądze, bo nikt nie będzie chciał tego oglądać.” <parska śmiechem>

PS. Film odniósł jednak finansową porażkę. Paradoksalnie, głównym tego powodem była sama Rita, która zakochawszy się w innym popularnym piosenkarzu, Teddy’m Reno, postanowiła wyjść za niego za mąż. Rzecz w tym, że miał on już żonę, a rozwody były jeszcze we Włoszech nielegalne. Para pojechała więc do Szwajcarii, aby tam wziąć ślub. W mocno katolickich Włoszech wybuchł skandal, a część kin odmówiła projekcji filmu. Mimo rzeszy fanów, Ricie nie udało się więc zostać gwiazdą kina. Co innego wspomniany Terrence Hill, ale o tym innym razem.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*