Świąteczne zło (1980). U Johna Watersa pod choinką

Mały Harry w noc wigilijną jest świadkiem doniosłego wydarzenia: oto przez komin do jego domu wchodzi sam Święty Mikołaj! Brodacz wpierw delektuje się przygotowanym dla niego przez domowników poczęstunkiem, a następnie zabiera się za rozkładanie prezentów. Później, tej samej nocy Harry nie może zasnąć. Sprowokowany przez brata, udaje się po schodach na dół do salonu, gdzie odkrywa przerażającą prawdę: Mikołaj to de facto tata w przebraniu, dodatkowo teraz oddaje się z mamą miłosnym igraszkom. Cały czar i magia zaklęte w dziecięcych fantazjach pryskają w mgnieniu oka.

Mijają lata. Harry (Brandon Maggart) jest teraz samotnym facetem w średnim wieku i pracuje w fabryce zabawek. Ze względu na sumienność zostaje awansowany na kierownicze stanowisko, jednak zarówno dla współpracowników, jak i kadry zarządzającej wciąż jest jedynie obiektem kpin. Podobnie postrzega go jego brat (Jeffrey DeMunn), który uważa Harry’ego za życiowego nieudacznika. Tymczasem Harry dalej wierzy w ducha świąt Bożego Narodzenia. W miarę jak zbliża się ten szczególny okres w roku, poczciwiec traktowany przez otoczenie jako dziwak coraz mocniej traci kontakt z rzeczywistością i zaczyna utożsamiać się z osobą Świętego Mikołaja…

Patrząc na zarys fabuły i plakaty reklamowe, łatwo można by zaklasyfikować obraz Lewisa Jacksona jako klasyczny slasher osadzony w świątecznych dekoracjach, w typie młodszego o cztery lata (i znacznie bardziej popularnego) Cicha noc, śmierci noc. Christmas Evil (aka You Better Watch Out) w praktyce stanowi jednak przewrotny mariaż thrillera psychologicznego i czarnej komedii. Owszem, Harry w końcu przemieni się w nieobliczalnego szaleńca, większość czasu ekranowego zajmuje jednak proces powolnego popadania w obłęd. Kolejne życiowe porażki w połączeniu z fiksacją na punkcie idei czynienia dobra tworzą mieszankę wybuchową. O tym, że już wcześniej ten podstarzały kawaler jest mocno „odklejony” świadczą jedne z początkowych scen, kiedy to przez lornetkę podgląda mieszkające w sąsiedztwie dzieci, notując skrzętnie ich dobre i złe uczynki. Wrażliwy na wszelkie patologie współczesny widz z marszu zacznie odczuwać niepokój, obserwując Harry’ego jak ten z rozmarzonym uśmiechem przygląda się dziewczynce bawiącej się lalką. Tyle że Harry sam jest dużym dzieckiem. Żyjącym w świecie nierealnych ideałów i niedzisiejszych wartości. Jako pracownik korporacji nie ma oporów wytknąć przełożonym koniunkturalizmu, gdy chodzi o wykorzystanie domu dziecka w celach promocji firmy. Szlachetny naiwniak skazany na porażkę w świecie zdominowanym przez hipokryzję i chciwość. Gdzieś w środku kumuluje się jednak frustracja, przy jednoczesnej chęci dokonania przełomu – czy też, jak określa to sam bohater, znalezienia „właściwej melodii” – który otworzy wszystkim oczy. Na czar świątecznego dobra, bezinteresowność w niesieniu pomocy bliźnim i potrzebę kultywowania wśród najmłodszych jedynie słusznych wartości.

Pod płaszczykiem sezonowego horroru Jackson sprzedaje nam zatem wisielczą satyrę na komercjalizację Świąt. W głębi duszy doskonale wiemy, że to właśnie ten pomyleniec w ubłoconym czerwonym płaszczu ma rację i to jemu kibicujemy. Na przekór oczywistym przesłankom, że jego miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym. Nawet gdy posunie się za daleko, mordując zarówno osoby, które wyrządziły mu krzywdę, jak i całkiem przypadkowych obserwatorów, nasza sympatia pozostaje po stronie psychola. Odwracając optykę, reżyser pokazuje jak daleko zabrnęła kultura fałszu i to właśnie ten demaskatorski, nierzadko absurdalny ton dominuje narrację w trakcie seansu, nie zaś ograne chwyty z repertuaru kina grozy.

Miłośnicy bezsensownego rozlewu krwi obejdą się więc smakiem, bo elementów gore mamy tu jak na lekarstwo (mimo tego na Wyspach Brytyjskich obraz wszedł w skład uzupełniającej podstawową listę video nasties, tzw. Sekcji 3, co w praktyce umożliwiało konfiskatę kopii filmu przez przedstawicieli prawa). Jak ryby w wodzie poczują się za to entuzjaści wymykających się rutynie dziwadeł celuloidowych. Ci docenią anarchistyczny wydźwięk historii, która pełni rolę perwersyjnej reinterpretacji Cudu na 34 ulicy (1947) George’a Seatona. Dość powiedzieć, że do najzagorzalszych fanów Christmas Evil należy sam John Waters, który przy kilku okazjach nazwał obraz Jacksona swoim ulubionym filmem o tematyce świątecznej. Jeśli sam „papież campu” zachwala jakiś tytuł w takich superlatywach to jasne staje się, że nie będzie to seans dla widza, który co roku wita z otwartymi ramionami Kevina samego w domu (1990) i To właśnie miłość (2003).

Ze względu na nonkonformistyczny wydźwięk i tony hiobowego humoru Christmas Evil nigdy nie zostało świątecznym klasykiem, którym co roku stacje telewizyjne katowałyby nas do zarzygania. Wszak wszyscy lubimy czuć się jak dobroczyńcy, najlepiej nie robiąc przy tym niczego konkretnego, tymczasem Harry uświadamia nam, że czasem dając dobry przykład musimy przy okazji rozpłatać komuś czaszkę siekierą. I liczyć się z tym, że wszyscy naokoło uznają nas za szaleńców. Tutaj happy end jest gorzki i dwuznaczny, a gorączkę zakupową zastępują amok i wyobcowanie. Tło dla akcji stanowią obskurne rejony przemysłowe New Jersey – upstrzona butikami Piąta Aleja to odległy fantazmat, którego iluminacje świetlne tylko od czasu do czasu można podziwiać z drugiego brzegu rzeki Hudson. Wcielający się zaś w głównego bohatera Maggart swobodnie przechodzi od jowialności do niepohamowanego gniewu. W skrócie: Dickens na psychotropach dostarcza idealny gwiazdkowy feel-bad-movie.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*