Two-Lane Blacktop (1971). Ostatni film lat 60.

Monte Hellman pierwsze kroki w zawodzie reżysera stawiał pod producenckim okiem Rogera Cormana, dla którego zrealizował horror Beast from Haunted Cave (1958), wojenne Flight to Fury i Back Door to Hell (oba z 1964 roku) oraz dwa acid westerny: Ride in the Whirlwind i The Shooting (oba z 1966). Po sukcesie Swobodnego jeźdźca (1968), kiedy to na salony zaczęto wreszcie wpuszczać reprezentantów tzw. Nowego Hollywood, Hellman również otrzymał swoją szansę. Za poparciem wiceprzewodniczącego departamentu produkcji Universal Studios Neda Tanena, twórca dostał skromny budżet 850 tysięcy dolarów (pierwotnie budżet był szacowany na 1,1 miliona i praktycznie każda z dużych wytwórni hollywoodzkich odrzuciła scenariusz) i zielone światło dla swojego projektu: filmu drogi opowiadającego o rywalizacji dwóch kierowców w trakcie podróży przez Stany.

Two-Lane Blacktop ma de facto czworo bohaterów: Kierowca i Mechanik (nigdy nie poznajemy imion żadnej z filmowych postaci) napotykają na swej drodze młodą autostopowiczkę podczas jazdy z Kalifornii na Wschodnie Wybrzeże. Dziewczyna dołącza do nich i będzie świadkiem mającego ciągnąć się aż do Waszyngtonu wyścigu z kierowcą Pontiaca GTO. Jak to zwykle bywa w kinie drogi, fabuła ma tu charakter epizodyczny, bo też znajdujemy się w ciągłym ruchu, wraz z bohaterami poznajemy przypadkowych ludzi i jesteśmy świadkami mniej lub bardziej błahych zdarzeń, czasem dramatycznych, czasem po prostu zwyczajnych, wypełniających życie codzienne każdego z nas. Rywalizacja na szosie ma tutaj ponadto dwa poziomy, bo stawką jest zarówno wygrana auta przeciwnika, jak i względy autostopowiczki, do której w trakcie podróży umizguje się każdy z trzech samców.

Największym wyzwaniem na etapie przygotowań do realizacji było skompletowanie obsady. Jedynie w kwestii postaci kierowcy GTO Hellman nie miał wątpliwości: od początku zagrać miał go przyjaciel reżysera Warren Oates. W przypadku pozostałych bohaterów twórca był zdecydowany postawić na naturszczyków. Idealną kandydatkę do roli autostopowiczki znalazł w osobie 18-letniej Laurie Bird (później zagra u niego również w Cockfighter [1974]). Kierowcą został muzyk James Taylor – jak przyznał sam reżyser, zadecydowała twarz piosenkarza, którą zobaczył na billboardzie reklamującym jego album. W Mechanika wcielił się z kolei Dennis Wilson, perkusista The Beach Boys. Oprócz Oatesa nikt z obsady nie miał możliwości przeczytania całego scenariusza, a kolejne jego fragmenty były aktorom przekazywane na dzień przed zdjęciami: była to zaplanowana przez Hellmana strategia, mająca na celu zachowanie możliwego maksimum autentyzmu i spontaniczności.

Zdjęcia rozpoczęły się w sierpniu 1970 roku i trwały przez okres ośmiu tygodni. Hellman uznał, że sceny kręcone będą w kolejności chronologicznej, a licząca około 30 osób ekip filmowa pokona dokładnie tę samą drogę, którą przebywają bohaterowie historii. Dzięki takiemu zabiegowi udało się uchwycić na ekranie realistyczne sprawozdanie z podróży wzdłuż słynnej, już nieistniejącej Drogi 66. Pierwsza wersja montażowa filmu trwała 3 i pół godziny, na żądanie decydentów ze studia reżyser skrócił materiał do 105 minut. Niewiele to dało: szef Universal Studios Lew Wasserman był zdecydowany, aby storpedować gotowy film i dać tym samym nauczkę swemu podwładnemu Tanenowi, który starał się forsować ambitniejsze i bardziej kameralne kino, tworzone głównie przez młodych twórców (innym nadzorowanym przez niego projektem było The Last Movie [1971], obraz który na długie lata pogrążył reżyserską karierę Dennisa Hoppera).

Two-Lane Blacktop zadebiutowało na ekranach kin w najgorszym możliwym momencie, w długi weekend powiązany ze Świętem Niepodległości, bez żadnej kampanii reklamowej czy wsparcia ze strony prasy (co ciekawe, zaledwie trzy miesiące wcześniej, magazyn Esquire prorokował, że obraz stanie się „filmem roku 1971”, po tym jednak zapadła cisza). I poniosło kompletną klęskę w box office. Dla Hellmana oznaczało to zaprzepaszczoną szansę na wybicie się w środowisku i w kolejnych latach był zmuszony sięgać po dorywcze fuchy, takie jak dokańczanie filmów po innych (The Greatest [1977], Avalanche Express [1979]) lub pozycja drugiego reżysera (RoboCop [1987]). Paradoksalnie, w świadomości masowej zapisał się jako człowiek, który odstępując stołek reżyserski Wściekłych psów (1992), umożliwił karierę Quentinowi Tarantino (Hellman ostatecznie zadowolił się stanowiskiem producenta wykonawczego filmu). Tymczasem jego własne, niezwykle ciekawe dokonania, jak Cockfighter czy Iguana (1988) pozostają w dużej mierze w zapomnieniu.

Szczęśliwie, Two-Lane Blacktop po latach doczekało się rehabilitacji i dziś jest stawiane w jednym rzędzie z takimi tytułami, jak Swobodny jeździec czy Znikający punkt (1971), a więc pozycjami, które w momencie swoich premier odniosły ogromny sukces zarówno pod względem kasowym i artystycznym. Jako uderzające w egzystencjalne tony kino drogi, obraz Hellmana na pierwszy rzut oka snuje się leniwie, ale pod warstwą atmosfery małomiasteczkowego marazmu, jakim przesiąknięte są kolejne zabite dechami dziury, w których zatrzymują się bohaterowie, czają się zarówno niewymuszony humor, jak i subtelnie nakreślone ludzkie portrety (wyśmienity, kto wie czy nie najlepszy w całej swej karierze Oates jako mitoman na życiowym zakręcie). Nie ma za to miejsca na pretensjonalność czy banał. W odróżnieniu również od wielu innych swoich kolegów po fachu ze środowiska Nowego Hollywood, Hellman stawia tu na prostotę w kwestii narracji i rozwiązań technicznych. Podczas gdy wiele filmów z tego okresu, które odważnie eksperymentowały z formą, zdążyło się już mocno zestarzeć, TLB wciąż zaskakuje świeżością i energią, pozostając przy tym jednocześnie nieocenionym dokumentem epoki.

Prawdopodobnie najcelniej swoje dzieło podsumował sam Hellman, nazywając je „ostatnim filmem lat 60.”. Z historii czwórki życiowych wyrzutków przebija cała tęsknota dekady, jednak już bez utopijnego zacietrzewienia i pasji. Ucieczka tutaj nie wiąże się z wolnością, jest po prostu ucieczką, a droga donikąd nie jest idealizowana, jak miało to miejsce choćby u beatników. To epitafium dla pewnej epoki, pozbawione cienia fałszu, tak minimalistyczne, jak się tylko da. I film, w którym momenty pełne milczenia są ważniejsze od tych, w których pojawiają się jakiekolwiek dialogi.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*