Video Nasties od A do Z #2: Ba-Bl

Termin video nasties z pewnością obił się o uszy każdemu fanowi horroru i filmowej obskury. To potoczne określenie na filmy wciągnięte na listę pozycji zakazanych w latach 80. XX wieku na Wyspach Brytyjskich. W poprzednim odcinku cyklu skrótowo pisałem o przyczynach i skutkach zjawiska oraz wziąłem na warsztat pierwsze 3 tytuły z listy (w kolejności alfabetycznej).

Dzisiaj kontynuujemy z literą „B”. Zombie, kochankowie przebijani w trakcie kopulacji włócznią, krwawe ofiary ku czci egipskiej bogini, napaleni neandertalczycy i… swastyki! Oto jakie atrakcje czekają na Was w drugiej części naszego nastie-kompendium. Zapraszam do lektury!


A Bay of Blood (1971, reż. Mario Bava)

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Mario Bava był jednym z największych innowatorów kina gatunkowego drugiej połowy XX wieku. Za pomocą The Girl Who Knew Too Much (1963) i Blood and Black Lace (1964) dał życie kinu giallo. Z kolei wraz z A Bay of Blood (1971) stworzył podwaliny pod amerykański slasher. Oczywiście było to dziełem przypadku, a nie świadomym poszukiwaniem ram nowego gatunku: włoski filmowiec po prostu eksperymentował z formułą kryminału. Bay (aka Twitch of the Death Nerve aka Blood Bath) flirtuje z klasyczną strukturą “whodunit” spod znaku Agathy Christie, podkręcając jednak przy okazji ekranową makabrę.

Z tego też tytułu obraz ma opinię najbrutalniejszego dzieła w dorobku reżysera, co w momencie premiery spotkało się z oburzeniem ze strony większości krytyków. Nic dziwnego zatem, że dekadę później znalazł się na radarze brytyjskich bigotów. Bodycount jest tu całkiem pokaźny, bo liczy aż 13 ofiar, spośród których każda ginie w widowiskowy sposób. Śmierć przez uduszenie, tasak w głowę, dekapitacja, zasztyletowanie, przebicie włócznią – paleta śmierci jest tu bogata i pomysłowa (przy czym warto nadmienić, że dwie spośród scen śmierci zostały potem niemal dosłownie skopiowane w drugiej części Piątku trzynastego [1981]). Za niezwykle realistyczne, jak na ówczesne czasy, efekty odpowiedzialny był Carlo Rambaldi, który później stworzy krwawą obscenę na planach m.in. Krwi dla Drakuli (1974) oraz Głębokiej czerwieni (1975) (ostatecznie zadomowi się w Hollywood, gdzie odbierze Oscary za pracę na planie Obcego [1979] i E.T. [1982]). Jak na wyspiarskie gusta tego krwawego realizmu było jednak zbyt dużo. W 1972 roku film nie został dopuszczony do dystrybucji w kinach, a później stał się jedną z wyklętych pozycji z listy video nasties. Upiekło mu się stosunkowo szybko, bo już w 1994 roku został wydany na rynku video z błogosławieństwem BBFC, tyle że okrojony wówczas o 43 sekundy, w skład których wchodziły najbardziej dosłowne akcenty gore. Pierwsze wydanie wersji nieocenzurowanej nastąpiło w roku… 2010.

Majstersztyk Bavy w międzyczasie zdążył nieco przyprószyć się siwizną, niemniej wciąż zaskakuje jego awangardowa konstrukcja (inna sprawa, że scenariusz ulegał wielu przeróbkom, a nie bez znaczenia był też fakt, że ze względu na ograniczony budżet zdjęcia powstawały w ekspresowym tempie), śmiało polemizująca z będącym wówczas u szczytu swej popularności nurtem giallo (zaledwie rok wcześniej Dario Argento rozbił bank swoim Ptakiem o kryształowym upierzeniu, a teraz na ekrany trafić miały dwie kolejne części jego „zwierzęcej trylogii”), co dowodzi jedynie faktu, że Włoch nigdy nie zamierzał odcinać kuponów od swoich wcześniejszych dzieł, zawsze poszukując zamiast tego nowych form wyrazu.


The Beast in Heat (1977, reż. Luigi Batzella)

Pierwszy z trzech reprezentantów nurtu nazisploitation na tej liście. Zapewne już sama tematyka wystarczyłaby, aby wciągnąć ów tytuł na indeks pozycji zakazanych, niemniej jeśli ktokolwiek miałby jakieś wątpliwości to przy bliższym kontakcie staje się jasne, czemu Beast in Heat aka Bestia in calore w dalszym ciągu budzi wstręt brytyjskich cenzorów. Luigi Batzella (m.in. rozkoszny horror „erotyczny” Nude for Satan [1974]) zadbał o to, aby w jego interpretacji historii XX wieku nie zabrakło ustępów wywołujących niesmak i niezdrowe emocje. Wszystko to w służbie skrajnie eskapistycznej rozrywki, bez choćby cienia walorów edukacyjnych.

Fabuła filmu to raczej typowa dla nurtu próba upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu:  z jednej strony mamy przerażające nazistowskie eksperymenty na ludziach, z drugiej – wątek walczącego z najeźdźcą ruchem oporu. Są więc i poczciwi, honorowi wieśniacy, którzy z wypiętą piersią idą umierać za swą ojczyznę, jak i podła, wyrachowana „wilczyca z SS”. Dr. Ellen Kratsch (Macha Magall) to kawał zimnej suki, która o przysiędze Hipokratesa zapewne kiedyś słyszała, ale ma ona dla niej równie duże znaczenie, jak zużyta podpaska. Zbrodnicza pani doktor z przyjemnością poddaje więźniów torturom, a bezbronne kobiety rzuca na pożarcie (dość dosłownie) swojemu pupilowi, trzymanemu w klatce neandertalczykowi o nieposkromionym apetycie seksualnym. Biedne dziewczęta są więc gwałcone i bite na śmierć, czemu z dumą przyglądają się przedstawiciele „rasy panów”…

Powyższy akapit nie streszcza szczegółowo całej fabuły filmu, ale oddaje jej nadrzędną myśl: krew, cycki i flaki. I swastyka! Motyw partyzanckiej rebelii – choć przecież tak naprawdę zajmuje większość akcji – wydaje się stanowić sprawę drugorzędną. O tym, że Batzella chciał w cyniczny sposób spieniężyć potencjał nazisploiterskiego szału, jaki na krótko ogarnął włoskie sale kinowe, świadczy już sam fakt, że praktycznie wszystkie sceny potyczek z niemieckim okupantem zostały tu skradzione z wcześniejszego filmu reżysera, wojennej przygodówki When the Bell Tolls (1970) – rozwiązanie tanie i chętnie stosowane przez wielu Włochów w ich niskobudżetowych produkcjach „historycznych”.

Co się zaś tyczy samych obrazów przemocy: nie ma ich tu wbrew pozorom aż tak wiele, ale gdy już się pojawiają, to wpadamy w ekstremalne tony. Zrywanie „skalpu” z kobiecego łona połączone z konsumpcją, rażenie narządów płciowych prądem, zrywanie paznokci cęgami. No i masa golizny oraz chaotycznie sfilmowanego obłapiania (w trakcie scen gwałtów widać zresztą dość często sflaczały członek rzekomo nienasyconego jaskiniowca). Nie wszystkie spośród tych atrakcji wykonane zostały na poziomie, niektóre efekty wyglądają po prostu tandetnie, niemniej tam gdzie trzeba wyobraźnia i tak pracuje. O tym, że Bestii nie sposób traktować do końca poważnie decyduje głównie komiksowy wymiar historii, która oparta została na oklepanych kliszach i papierowych, nieciekawych postaciach (udręczony ksiądz, skłonna do poświęceń dziwka, bojownik z zasadami, sadystyczny oficer itd.). Lekki, niezobowiązujący nastrój zabawy najwyraźniej nie udzielił się jednak świętoszkom z NVALA, ani cenzorom z BBFC, bowiem – jak nadmieniłem na wstępie – opus magnum Batzelli wciąż ma zakaz wjazdu na Wyspy Brytyjskie.


The Beyond (1981) reż. Lucio Fulci

Fulciowska perła, przedmiot uwielbienia ze strony milionów fanów horroru na całym świecie. Na Wyspach w momencie premiery nie zyskał sobie jednak ani sympatii, ani poważania. Ciężko zresztą się dziwić, bo The Beyond, znane również pod fantazyjnym, po włosku ciężkim od barokowego przepychu tytułem …E tu vivrai nel terrore! L’aldilà (co można przetłumaczyć jako: „…i będziesz żył w trwodze! Życie pozagrobowe”), to istny festiwal makabry. Twarz kobiety stopiona za pomocą żrącego kwasu, twarz biedaka pożarta żywcem przez pająki, eksplodująca głowa dziewczynki, gardło przegryzione przez owczarka niemieckiego, gałka oczna wyciągnięta z oczodołu palcami, gałka oczna wbita na gwóźdź (wiadomo, oczy to zwierciadła duszy, a ich wyłupywanie to specjalność Fulciego). Atrakcji wszelakich zdecydowanie nie brakuje, nie wspominając już o hurtowych ilościach ginących malowniczo zombie.

Co jest przyczyną tego całego zamieszania? Ano wrota piekieł, które – tak się złożyło – umiejscowione zostały w podziemiach pewnego wiekowego hotelu w Louizjanie. Do miasta przybywa nowa właścicielka przybytku, która pragnie przywrócić go do stanu świetności. Zamiast tego kobieta będzie świadkiem apokalipsy rozpętanej na głębokim amerykańskim Południu.

W trakcie pisania skryptu Fulci miał ponoć regularnie podrzucać scenarzyście Dardano Sacchettiemu pomysły na kolejne sekwencje śmierci, które osiągały w międzyczasie coraz bardziej orgiastyczne rozmiary, zyskując wartość wręcz nadrzędną wobec fabuły i logiki. Stąd wiele niekonsekwencji i błędów w ramach historii, co poniektórzy krytycy skrzętnie wytykali. Sam reżyser jednak miał w wysokim poważaniu wszelkie interpretacje, a z czasem widownia i historycy gatunku zaczęli odczytywać całość zgodnie z pierwotnym założeniem, tj. jako rodzaj sennej mary, surrealny zapis koszmaru na jawie, gdzie racjonalne wytłumaczenia tracą swą moc. Fakt ów, koniec końców, dotarł najwyraźniej również do „twardogłowych”: The Beyond stosunkowo szybko, bo już w 1987 roku doczekało się pierwszego oficjalnego wydania w UK, choć wówczas film okrojony był o 2 minuty „obrzydlistw”. Wersja nieocenzurowana trafiła na rynek video w 2001 roku, a więc trzy lata po tym jak cieszyć mogli się nią po raz pierwszy Amerykanie (w 1998 roku obraz trafił do limitowanej kinowej dystrybucji w USA za sprawą Grindhouse Releasing oraz – między innymi – Quentina Tarantino; wszystkie wcześniejsze kopie prezentowane na terenie kraju były pocięte).


Blood Feast (1963) reż. Herschell Gordon Lewis

Pierwszy w historii horror gore / splatter (choć gwoli ścisłości w tym samym roku powstało również Love Goddesses of Blood Island niejakiego Richarda S. Flinka, film przez lata uznawany za bezpowrotnie zaginiony; w 2002 jego poszatkowaną, okrojoną do 43 minut wersję wydało Something Weird Video). Klasyk Lewisa dziś z pewnością nie działa tak intensywnie jak przed laty, niemniej nie sposób nie docenić jego wywrotowej mocy. Sam reżyser przyznał, że do jego realizacji zainspirował go… seans Psychozy (1960), który to film uznał za zwyczajnie zbyt zachowawczy. Postanowił, że przy znikomym budżecie sam nakręci horror o psychopatycznym mordercy, nie ukrywając przy tym niczego przed widzem.

Akcja filmu toczy się w Miami, gdzie dochodzi do serii odrażających zbrodni. Młode kobiety pozbawiane są fragmentów ciał przez tajemniczego sprawcę. Policja krąży po omacku, podczas gdy niemal dosłownie pod jej nosem grasuje niejaki Fuad Ramses (Mal Arnold), właściciel firmy zajmującej się cateringiem, który właśnie przygotowuje krwawą ucztę ku czci egipskiej (w rzeczywistości sumeryjskiej, drobne przeoczenie ze strony twórców) bogini Ishtar…

W przypadku Blood Feast warto pamiętać, iż jest to tytuł, który powstawał w czasach, kiedy duże studia wciąż przestrzegały wytycznych kodeksu Haysa (wprawdzie z coraz większą dowolnością, wobec zachodzących zmian społecznych i biznesowych, niemniej oficjalnie ta forma „autocenzury” nadal była w mocy). Ze względu na niezależny charakter przedsięwzięcia, Lewis nie musiał obawiać się cenzury, toteż zaserwował widowni obrazy, jakich do tej pory nie miała możliwości podziwiać na ekranach kin. W celu osiągnięcia możliwie najwyższego stopnia realizmu, w scenach okaleczania i patroszenia ofiar reżyser użył zwierzęcych wnętrzności (np. w niesławnej scenie wyrywania języka „zagrał” jęzor owczy), które dla lepszego rezultatu skąpał w ogromnych ilościach jaskrawoczerwonej farby. Te chałupnicze efekty dziś nie szokują tak jak w momencie premiery, ba! – miejscami prezentują się wręcz jarmarcznie, co wcale nie osłabia jednak „pornograficznego” wymiaru całości: tutaj przemoc i makabra stanowią esencję i wartość nadrzędną, niczym sceny kopulacji w filmach dla dorosłych.

Dzieło Lewisa jest więc bez dwóch zdań pozycją rewolucyjną dla filmowego horroru, nawet jeśli – cytując samego reżysera – „nie jest to zbyt dobry film. Po prostu był pierwszy”. Nie zapominajmy wszak, że i dobre dwadzieścia lat później wciąż był w stanie wzbudzić szczere oburzenie, kiedy to zadebiutował na rynku VHS. Brytyjska cenzura już wcześniej zakazała jego rozpowszechniania na dużych ekranach, teraz restrykcje objęły również obszar „kina domowego”. Blood Feast wydane oficjalnie zostało dopiero w 2001 roku, już na DVD, z wyciętymi 23 sekundami krwawych ekscesów. Cztery lata później miała z kolei premiera wydania nieocenzurowanego. Tym samym przełomowy shocker Amerykanina przeleżał na brytyjskich półkach całe cztery dekady…

cdn...

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*