Video Nasties od A do Z #3: Bl-Bu

Powracamy do mroków średniowiecza w trzeciej odsłonie cyklu o wyklętych video nasties (poprzednie części znajdziecie tutaj). W zestawieniu kolejne cztery pozycje na literę B.: amatorskie whodunit? od „następcy Eda Wooda”, opowieść o „złym lustrze” oraz dwa slashery – jeden amerykański, drugi od maestro Franco. Czyli uczta krwawa jak najlepsza Bloody Mary! Auf ex!


Blood Rites (1968, reż. Andy Milligan)

Trzy siostry otrzymują listy od prawnika ich zmarłego ojca. Zgodnie z wolą nieboszczyka, niewiasty mają spędzić trzy noce na odizolowanej od świata wyspie – po tym czasie zostanie im odczytany testament…

Andy Milligan na przestrzeni dwóch dekad nakręcił 27 filmów, z których większość była w stałym obiegu w grindhouse’owych przybytkach na 42nd Street na Manhattanie. Kręcone przy znikomym budżecie, z towarzyszeniem stałych współpracowników i nierzadko w spartańskich warunkach, owe produkcje zapewniły swemu twórcy miano jednego z najgorszych reżyserów w historii. Blood Rites aka The Ghastly Ones stanowi dobrą reprezentację jego dorobku, będąc zgoła nieporadnym miksem chałturniczych efektów i gotyckiej oprawy. Przez pierwszą godzinę – z wyłączeniem makabrycznego prologu – rzecz ogląda się jak operę mydlaną, napompowaną po brzegi miłostkami i złym aktorstwem. Erupcja krwawej przemocy następuje dopiero w partiach finałowych, toteż co bardziej niecierpliwi mogą mieć problemy z dotrwaniem do clou programu. Stephen King w swej książce na temat grozy w popkulturze Danse Macabre (1981) wprost określił rzeczoną pozycję jako „dzieło kretynów z kamerami”, jednak nie jest dla nikogo tajemnicą, że słynny pisarz nigdy nie grzeszył dystansem w odniesieniu do filmowego medium. Owszem, Blood Rites ze wszech miar ciężko byłoby uznać za udane przedsięwzięcie, ale jednocześnie z drugiej strony – jest to dokładnie ten rodzaj rozrywki, jakiego należy spodziewać się po budżecie opiewającym na 13 tysięcy dolarów i ekipie realizacyjnej złożonej z naturszczyków. Jeśli nie masz wystarczająco silnego żołądka – nawet się nie zbliżaj.

Co ciekawe, same efekty gore zapewne już w momencie premiery musiały śmieszyć, a co dopiero w pierwszej połowie lat 80., kiedy to film wzięła pod lupę brytyjska prokuratura. Nie można jednak Milliganowi odmówić fantazji, bo – pomimo, że oszczędnie dawkowane – sceny wybebeszania, nadziewania i szlachtowania są całkiem pomysłowe, a kamera nie unika wstydliwie pokazywania szczegółów. Ze zrozumiałych względów Blood Rites nigdy klasykiem ekstremalnego horroru jednak nie zostało, a gdy na Wyspach opadł już bitewny kurz, to nikt o dziele Milligana nie pamiętał i nie walczył o prawo do jego rozpowszechniania. Tym samym, po dziś dzień omawiana pozycja nie doczekała się żadnego oficjalnego wydania w Wielkiej Brytanii.


Bloody Moon (1981, reż. Jesús Franco)

Jeden z dwóch filmów Jesúsa Franco, jakie trafiły na listę video nasties. Dość nietypowy jak na jego filmografię, albowiem Bloody Moon aka Die Säge des Todes (czyli „Piła śmierci”) aka Colegialas violadas (czyli „Zgwałcone uczennice”) to przaśna próba przeniesienia na europejski grunt amerykańskiego slashera. Znajdujemy się w kurorcie gdzieś w rejonie Costa del Sol. Uczennice lokalnej szkoły języka hiszpańskiego wesoło dokazują, podczas gdy po okolicy krąży bezwzględny morderca. Tropów co do tożsamości psychopaty mamy co najmniej kilka. Jest wszak Miguel (Alexander Waechter), młodzieniec o zdeformowanej twarzy, który już kiedyś zabił, za co został osadzony na pięć lat w zakładzie psychiatrycznym. Jest też jego siostra Manuela (Nadja Gerganoff), która dybie na pokaźny majątek swej wiekowej ciotki. W tle zaś biega od czasu do czasu wioskowy głupek, który lubi wymachiwać ostrymi narzędziami…

To, co z miejsca uderza w Bloody Moon to niewątpliwy wpływ, jaki na jego kształt miały takie hity jak Halloween (1978) czy Piątek trzynastego (1980). Franco bez zażenowiania podbiera co bardziej chwytliwe pomysły i dodatkowo je „uszlachetnia” w duchu niefrasobliwego eurotrashu, dzięki czemu mamy do czynienia z wyjątkowo kuriozalnym okazem gatunku. Przebywające na wakacjach dziewczęta są tak napalone, że gdy zabójca związuje jedną z nich, by odciąć jej głowę, ta – nieświadoma powagi swego położenia – kwituje całą sytuację jako „nieco perwersyjną”. Cała reszta narracji utrzymana jest w podobnym tonie, bezustannie balansując na granicy niezamierzonej autoparodii. Scenariusz Ericha Tomka (odpowiedzialnego m.in. za również zbanowane przez Anglików Contamination [1980]) naszpikowany jest absurdalnymi zwrotami akcji, postaci zachowują się jak skończeni idioci/idiotki i co rusz wygłaszają dialogi, które do tego stopnia śmierdzą starym serem, że aż ciężko pojąć czemu film nie okazał się wielkim hitem we Francji. Fabuła rozłazi się i kluczy bez celu: a to nurzając się w czerstwym humorze, a to znów uderzając bezpardonowym sleazem. Ciężko więc z pełną powagą bronić tej pozycji w kategoriach europejskiego wkładu w rozwój nurtu, ale jej walory rozrywkowe są niezaprzeczalne.

Tym, co nie rozbawiło jednak brytyjskich cenzorów, były sceny gore, pośród których znajdziemy dekapitację (ukazaną bez osłonek, choć realizmu odejmuje jej fakt, iż wyraźnie widać, że ofiarą jest manekin), atak na klatkę piersiową z użyciem nożyc elektrycznych oraz przejechanie małego chłopca samochodem. Owe mecyje padły również ofiarą cięć przy okazji wydania na kasecie VHS w 1993 roku i zostały przywrócone w pełnej glorii i chwale dopiero w 2008 roku.


The Boogeyman (1980, reż. Ulli Lommel)

Ulli Lommel zaczynał jako aktor, od końca lat 60. do połowy kolejnej dekady był jednym ze stałych współpracowników Rainera Wernera Fassbindera. W międzyczasie zdążył sam spróbować sił za kamerą, odnosząc w Niemczech spory sukces za sprawą swego drugiego filmu, ekspresjonistycznego kryminału The Tenderness of Wolves (1973), opartego luźno na losach seryjnego mordercy Fritza Haarmanna (tego samego, który posłużył za inspirację dla Fritza Langa przy kręceniu słynnego M – Morderca [1931]). W 1977 roku wyemigrował do Stanów, gdzie nawiązał krótkotrwałą współpracę z Andym Warholem (wspólnie nakręcili dramat sensacyjny Cocaine Cowboys [1979]) i gdzie niedługo potem popełnił swój najbardziej znany film, krwawe ghost story The Boogeyman.

The Boogeyman de facto było znaczącym zwrotem w karierze Lommela, który zdecydował się porzucić arthouse’owe ciągoty z wczesnego etapu swej twórczości na rzecz eskapistycznej eksploatacji. Fabuła stanowi triumf niczym nieskrępowanej wyobraźni: oto duch zamordowanego mężczyzny zostaje uwięziony w lustrze i powraca po latach, aby prześladować sprawców swojej śmierci oraz każdego, kto tylko się napatoczy. Absurdalny punkt wyjściowy zahacza wręcz o surrealizm, a akcja rozpada się na ciąg scen rodzajowych przetykanych erupcjami widowiskowej przemocy, przy czym nonszalancka konstrukcja tych ostatnich pozwala sądzić, że reżyser wciąż mentalnie bliski był eksperymentatorskim zapędom, którym hołdował jeszcze do niedawna pod auspicjami założyciela The Factory. Jednocześnie Niemiec nie ma skrupułów przed dosłownym kopiowaniem cudzych pomysłów: wstęp zerżnięty z Halloween (1978), środek i zakończenie z Egzorcysty (1973) i Amityville (1979). Pomiędzy zaś poupychane ludowe przesądy (tytułowego „Czarnego Luda” uwalnia rozbicie lustra) i całkiem spora doza soczystego klimatu. Za ten ostatni odpowiadają przede wszystkim syntezatorowy soundtrack (znów czytelna inspiracja Carpenterem) i oprawa wizualna, w której z kolei pobrzmiewają echa kolorystycznych majaków Dario Argento (głównie w partiach końcowych).

Lommel kradnie więc na potęgę, ale jest na tyle zręcznym imitatorem, że potrafi z tych składników ulepić całość nawet jeśli nie satysfakcjonującą, to co najmniej intrygującą (umiejętność, którą całkowicie zatraci w kolejnych latach, przeistaczając się w wyrobnika od tanich horrorów kręconych z myślą o rynku straight-to-video). Film okazał się być sporym sukcesem, a na Wyspach został dopuszczony do dystrybucji kinowej bez żadnych cięć. Problemy zaczęły się dopiero wówczas, gdy rzecz trafiła na kasety VHS. Co drastyczniejsze fragmenty (nożyczki kaleczące półnagą kobietę, nóż przebijający gardła całującej się pary) oraz wywołująca dyskomfort scena, w której mężczyzna z pończochą naciągniętą na twarz przywiązuje do łóżka małego chłopca, nie przypadły do gustu cenzorom. Boogeyman trafił na czarną listę, z której zdjęty został jednak dość szybko, bo już w 1992 roku (choć wówczas okrojony o 44 sekundy, premiera wersji nieocenzurowanej miała miejsce dopiero 8 lat później).


The Burning (1981, reż. Tony Maylam)

Wzorzec obozowego slashera. Równie istotny dla rozwoju i kształtowania ram gatunku, co Piątek trzynastego (1980), skazany jednak na wieczne życie w cieniu bardziej znanego kolegi. Fabuła jest tu zresztą bliźniaczo podobna do tej znanej z filmu Seana Cunninghama, by nie rzec: wtórna (choć scenariusz powstał jeszcze przed premierą hitu znad Crystal Lake). O osobnym, wyrazistym charakterze decydują drobne szczegóły i przesunięcia akcentów. Przede wszystkim, tożsamość zabójcy jest tutaj znana widzowi od samego początku. Już we wstępie poznajemy genezę pokrytego poparzeniami Cropsy’ego (figura psychopaty wzięta została z popularnej miejskiej legendy), bezwzględnego dozorcy z obozu letniego, który przeistacza się w maniakalnego mordercę nastolatków. Co nie mniej istotne, scenariusz przywiązuje tutaj dużą wagę do wyraziście nakreślonych postaci, które: po pierwsze – są zróżnicowane, po drugie – dają się lubić. Sytuacja odwrotna niż w przypadku Piątku i jego sequeli, które celowały głównie w „mięso armatnie”. Także w kwestii gore twórcy postawili na większą dosłowność, co zresztą przysporzyło im sporo problemów z MPAA, które zażądało licznych cięć w celu zapewnienia kategorii wiekowej „R”. No i świetny syntezatorowy soundtrack Ricka Wakemana, który – przy całym szacunku dla Harry’ego Manfrediniego – zapewnia znacznie większą paletę dźwięków i emocji.

Jedna z pierwszych produkcji braci Weinsteinów miała za zadanie przede wszystkim pomóc rozkręcić rodzinny biznes dystrybucyjny pod nazwą Miramax (która to firma – przypomnijmy – w kolejnej dekadzie stanie się prawdziwym gigantem na polu amerykańskiego kina niezależnego), jednak w kinach mierzyć musiała się z kontynuacją wspomnianego Piątku trzynastego, który na tym etapie był już rozpoznawalną marką. Sukces na terenie Stanów był więc umiarkowany (choć wieści zza Oceanu donosiły o świetnych wynikach w kinach japońskich), w związku z czym nikomu nie przyszło na myśl rozwinięcie tematu w kierunku serii filmowej. Tytuł wypłynął również na Wyspach Brytyjskich, gdzie wzbudził znacznie większe kontrowersje, niż w ojczyźnie. Wszystko za sprawą korporacji medialnej Thorn EMI, która przypadkowo (sic!) wypuściła na rynek video nieocenzurowaną wersję filmu (wcześniej w kinach pokazywana była zaaprobowana przez BBFC wersja okrojona), ściągając na siebie uwagę krzyżowców oddanych świętej misji wytępienia video nasties. The Burning wylądowało na osławionej liście, a taśmy zostały skonfiskowane (obecnie wydanie Thorn EMI jest białym krukiem, sporadycznie widywanym na internetowych aukcjach po astronomicznych cenach).

Film doczekał się częściowej rehabilitacji w 1992 roku, kiedy to został wydany na kasecie VHS, z wyciętą ponad minutą krwawych efektów gore od Toma Saviniego (w tym praktycznie całą sekwencją na tratwie). Całkowita amnestia przyszła dziesięć lat później – dopiero wówczas mieszkańcy Królestwa po raz pierwszy mogli legalnie obejrzeć obraz Tony’ego Maylama w pełnej krasie. Na przestrzeni lat zyskiwał on sobie zresztą coraz większą rzeszę oddanych fanów, regularnie trafiając na rozmaite zestawienia najlepszych slasherów lat 80. i tym samym odzyskując należne mu miejsce w obrębie nurtu.

cdn…

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*