Video Nasties od A do Z #5: Dea-Dev

Trochę kanibali, trochę prowincjonalnych oszołomów – przed Wami kolejnych 5 pozycji, które przed laty trafiły na niesławny spis, potocznie określany jako „video nasties”. Tym razem w menu mamy zarówno europejskich mistrzów pokroju Umberto Lenziego i Jesúsa Franco, jak i ich amerykańskich kolegów po fachu, którym przewodzi sam Tobe Hooper. Zapraszam do wszetecznej lektury!


Dead & Buried (1980, reż. Gary Sherman)

Lovecraftowski w duchu horror, oparty na suspensie, nastroju i solidnej porcji makabry. W nadmorskim miasteczku Potters Bluff zostaje znalezione pokryte rozległymi poparzeniami ciało turysty. Miejscowy szeryf początkowo przychyla się ku opinii, że mężczyzna obrażeń doznał w trakcie wypadku samochodowego. Wkrótce jednak ofiar zaczyna przybywać, a samotny stróż prawa nabiera przekonania, że za zabójstwami stoi ktoś spośród mieszkańców.

Obraz Gary’ego Shermana (w przyszłości popełni również ociekający sleazem thriller Vice Squad [1983] oraz akcyjniaka z Rutgerem Hauerem Poszukiwany żywy lub martwy [1987]) w momencie premiery spotkał się z oziębłym przyjęciem. Nie pomogło nawet reklamowanie filmu nazwiskiem Dana O’Bannona, który dopiero co pracował przy bijącym rekordy popularności Obcym – 8. pasażerze „Nostromo” (1979; wkład O’Bannona w scenariusz Dead & Buried był de facto znikomy – sam główny zainteresowany wręcz wyparł się swojego udziału w przedsięwzięciu, twierdząc, że wszystkie jego pomysły zostały odrzucone). Pozytywny zwrot nastąpił wraz z wejściem tytułu na rynek video oraz do sieci kablowych (w USA film trafił do ramówki stacji HBO, co znacząco pomogło w jego rozpropagowaniu). Nie wszędzie jednak, albowiem na Wyspach Brytyjskich wszystkie kopie na kasetach VHS uległy konfiskacie. Spragnieni wrażeń widzowie musieli zadowolić się rozpowszechnianymi w podziemiu wydaniami pirackimi aż do lat 90., kiedy to zakaz wydany przez angielską cenzurę został zdjęty.

Niedoceniony zrazu, Dead & Buried dorobił się statusu kultowego na przestrzeni kolejnych dekad. Sherman stawia na klimat osaczenia, pozornie sielskie lokacje, stylizację retro (zwodniczo sentymentalny soundtrack) oraz – składnik niezwykle istotny w tym przypadku – mistrzowskie efekty gore autorstwa Stana Winstona. Podpalenie żywcem, strzykawka przebijająca gałkę oczną, kwas rozpuszczający twarz nieszczęśnika – są tu atrakcje, których nie powstydziłby się sam maestro Fulci (różnica jedynie w tym, że Sherman nie celebruje agonii w nieskończoność, litościwie, „po amerykańsku” ucinając tortury w odpowiednim momencie). A wszystko to w ramach filmu, który idealnie sprawdziłby się jako pełnometrażowy odcinek słynnej Strefy mroku (1959-1964). Skromne, acz niezwykle satysfakcjonujące ćwiczenie z kina grozy, które świetnie opiera się upływowi czasu.


Death Trap (1976, reż. Tobe Hooper)

Po niespodziewanym sukcesie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974) Tobe Hooper przy swoim kolejnym projekcie miał do dyspozycji blisko pięciokrotnie wyższy budżet (choć nie okłamujmy się – 520 tysięcy dolarów to wciąż mało oszałamiająca kwota). Wykorzystał go, aby po raz kolejny eksplorować tematykę seryjnych zabójców z głębokiego Południa. O ile w poprzednim przypadku inspirację stanowiła osoba Eda Geina, tak tym razem natchnienia dostarczył niejaki Joe Ball, Teksańczyk który miał ponoć w zwyczaju pozbywać się ciał swoich ofiar, rzucając je na pożarcie hodowanym przez siebie aligatorom (sensacyjne modus operandi nie znalazło wprawdzie potwierdzenia w trakcie policyjnego śledztwa, niemniej w swoim czasie było szeroko rozpowszechnioną wśród tubylców legendą).

Idąc tropem makabrycznej anegdoty, Eaten Alive aka Death Trap (pod tym drugim tytułem film rozpowszechniany był w Wielkiej Brytanii) bohaterem czyni właściciela położonego na odludziu motelu. Judd (szarżujący na modłę miłującego „ser z głowy” autostopowicza z wiadomego filmu Neville Brand) ma dosyć specyficzne hobby, albowiem w przylegającym do przybytku stawie trzyma olbrzymiego krokodyla. Bestia kiedyś pozbawiła Judda nogi, a ten wierzy teraz w niemal boską naturę zwierzęcia. I karmi go kolejnymi gośćmi, którzy mieli nieszczęście zawitać do jego pensjonatu. Konstrukcja fabularna historii z miejsca przywodzi na myśl Psychozę (1960): na wstępie poznajemy pierwszą ofiarę, młodocianą prostytutkę, którą z początku traktujemy jako bohaterkę opowieści, by szybko przekonać się, że scenarzysta zagrał nam na nosie. Jej śmierć ściąga na prowincję prowadzących prywatne śledztwo bliskich, co będzie zaczątkiem dalszego rozlewu krwi. Hooper nie byłby jednak sobą, gdyby nie unurzał narracji w oparach absurdu i groteski. Tam, gdzie Hitchcock stawiał na oszczędne dozowanie informacji i budowanie napięcia, tam Hooper wznieca żywioł obłędu, proponując opętańczy spektakl okrucieństwa. Dodatkowego animuszu dodaje przedsięwzięciu fakt, że zdjęcia kręcone były w całości w studio: skąpane we mgle i psychodelicznych barwach dekoracje pozwalają wykreować klimat upiornej baśni dla dorosłych. Eaten Alive ogląda się niczym Czarnoksiężnika z Oz (1939) kręconego na kwasie przez grupę zbiegów ze szpitala psychiatrycznego.

Ten narkotyczny Southern gothic – w odróżnieniu od wspomnianej Teksańskiej (gdzie, przypomnijmy, Hooper liczył na kategorię PG) – nie miał już hamulców w kwestii ukazywania dosadnej przemocy. Wdzięczną piłę zastąpiło równie oryginalne narzędzie zbrodni pod postacią kosy, która wybebesza i przecina krtanie przy akompaniamencie rozbryzgów krwi. Za sprawą tychże atrakcji Eaten Alive stał się jednym z pierwszych tytułów, które wzięli w obroty brytyjscy cenzorzy. Wszystkie kopie wydania od kultowego dystrybutora Vipco z 1982 roku zostały skonfiskowane, a nad poziomem deprawacji filmu debatowała w mediach naczelna krzyżowiec Mary Whitehouse. W 1992 roku obraz został wydany na kasetach ponownie, tym razem pozbawiony 25 sekund najbardziej drastycznych szczegółów. Wersja nieocenzurowana trafiła na rynek DVD osiem lat później. Co warte odnotowania, za jej dystrybucję ponownie odpowiadało niereformowalne Vipco!


Deep River Savages (1972, reż. Umberto Lenzi)

Protoplasta nurtu kanibalistycznego we włoskim kinie. W warstwie fabularnej jest to przeróbka zamorskiego hitu Elliota Silversteina Człowiek zwany Koniem (1970) z Richardem Harrisem w roli głównej. Drugą istotną inspirację stanowiły dla Lenziego filmy mondo, które wówczas cieszyły się ogromną popularnością. Włoch wymieszał w odpowiednich proporcjach składniki: porzucił dokumentalną formułę na rzecz fikcji, a western zastąpił dalekowschodnim kolorytem. Zamiast Indian z hollywoodzkiego przeboju mamy dzikusów z lasu deszczowego, nie zabrakło również miejsca dla realistycznie ukazanych obrazów przemocy, których nie powstydziłby się duet Jacopetti/Prosperi.

Formuła okazała się być gotowym przepisem na sukces. Opowieść o Europejczyku (Ivan Rassimov), który podczas pobytu w Tajlandii zostaje pojmany przez zamieszkujące z dala od cywilizacji plemię, by z czasem stać się jego członkiem, zapewniała odpowiedni dreszcz emocji i szeroką paletę atrakcji. Antropologiczny szok wzbogacony został golizną i seksem (wcielająca się w postać córki wodza plemienia, angielsko-birmańska piękność Me Me Lai przez większość czasu paraduje w negliżu) oraz między innymi właśnie wątkiem kanibalizmu, który póki co odgrywa rolę marginalną (kanibale pojawiają się w zaledwie kilku scenach, z czego w jednej dają już przedsmak swoich możliwości, gwałcąc, a potem pożerając przypadkową ofiarę). Lenziemu przypada palma pierwszeństwa również w kwestii znaku rozpoznawczego kanibalistycznego nurtu, czyli scen okrucieństwa wobec zwierząt, które były głównym powodem problemów z cenzurą na Wyspach. W celu zapewnienia widzom odpowiedniej dawki emocji, ekipa zarejestrowała na taśmie śmierć m.in. małpy, kozy i małego krokodyla, wszystkie ukazane z pełnym bogactwem detali. Gdy film przedłożono do klasyfikacji przez BBFC w 1975 roku, ta nie dopuściła do jego rozpowszechniania w brytyjskich kinach. Na początku lat 80. obraz wypłynął jednak na rynku video, co zagwarantowało mu pozycję na liście video nasties.

Man From Deep River aka Deep River Savages aka Sacrifice! nie wszędzie jednak wzbudzało tak silne emocje. W Stanach MPAA nadała mu kategorię „R”, po czym obraz trafił do obiegu w kinach rozlokowanych na słynnej 42nd Street w Nowym Jorku, gdzie cieszył się ogromnym powodzeniem wśród publiczności. Potencjał został błyskawicznie dostrzeżony przez producenta Giorgio Carlo Rossiego, który zaproponował Lenziemu nakręcenie kolejnego tytułu o podobnej tematyce. Reżyser – w zależności od wersji – sam zrezygnował ze względu na kolidujące zobowiązania lub też został odrzucony ze względu na nierealistyczne wymagania finansowe. Projekt ostatecznie trafił w ręce Ruggero Deodato, nabierając kształtów jako Last Cannibal World (1977), film przez wielu uważany za właściwy początek nurtu kanibalistycznego w kinie włoskim. Z perspektywy czasu, prekursorskie Deep River Savages jawi się z kolei jako zrealizowane z werwą, acz miejscami nieznośnie naiwne kino przygodowe „drugiej kategorii”, w którym lekki ton narracji i zgoła błaha treść kontrapunktowane są naturalistycznymi obrazami wziętymi wprost z tradycji shockumentaries. Wciąż nie na każde nerwy, o czym świadczy choćby fakt, iż kolejne wydania na rynku brytyjskim podlegają cenzurze: ostatnie, z 2016 roku, pozbawione zostało 3 minut najbardziej drastycznych szczegółów.


Delirium (1979, reż. Peter Maris)

Policja prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa kobiety. Trop prowadzi do biura poważanego biznesmena Donalda Andrewsa (Bob Winters), w którego towarzystwie po raz ostatni widziano podejrzanego o morderstwo. Przedsiębiorca zdaje się coś ukrywać i szybko pozbywa się policji. W tej sytuacji funkcjonariusze decydują się poprosić o pomoc w dochodzeniu jego sekretarkę…

Kino akcji i psycho-thriller w jednym. W odróżnieniu od większości pozycji z listy video nasties, Delirium niewiele ma wspólnego z horrorem, choć otrzymujemy tutaj zakamuflowane elementy slashera. Jest też miejsce na kilka ostrzejszych scen gore, pośród których znajdziemy takie atrakcje jak przebicie kobiety włócznią, wbijanie wideł w szyję czy atak z użyciem tasaka. Co bardziej krwawe momenty stanowią jednak tylko dodatek do fabuły, skądinąd skrojonej całkiem pomysłowo: standardowy wątek śledztwa staje się tutaj punktem wyjścia dla historii o grupie mścicieli, którzy zajmują się wymierzaniem sprawiedliwości na własną rękę (Siła Magnum [1973] się kłania). Niestety, debiutujący za kamerą Peter Maris (wielkiej kariery w filmie nigdy nie zrobi, za to zapisze się w pamięci miłośników gier komputerowych makabryczną i pod wieloma względami innowacyjną Phantasmagorią z 1995 roku) dysponuje wyraźnie ograniczonym budżetem, przez co w wielu momentach jego dzieło ociera się o śmieszność – najbardziej drastycznym przykładem są sceny retrospekcji rozgrywające się w trakcie wojny w Wietnamie, które na kilometr biją po oczach sztucznością. Niedoświadczona obsada robi, co może, aby nadać opowieści pozory prawdopodobieństwa, ciężko jednak miejscami oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z tworem na poły amatorskim. Tkwiący w scenariuszu potencjał zostaje ostatecznie niewykorzystany.

Brytyjscy cenzorzy podeszli jednak do Delirium z pełną powagą i profesjonalnym obiektywizmem, nakazując konfiskatę wszystkich wprowadzonych w obieg kopii. Filmowi Marisa upiekło się dość szybko: wypuszczony został na kasetach VHS ponownie pod zastępczym tytułem Psycho Puppet w 1987, tym razem z wyciętymi 16 sekundami materiału, w skład których wchodziło ujęcie ostrza włóczni przebijającego kobiecą klatkę piersiową.


Devil Hunter (1980, reż. Jesús Franco)

Zaprawiony w bojach weteran wyrusza do dżungli, aby odzyskać młodą aktorkę z rąk porywaczy. Na miejscu okazuje się, że okolicę zamieszkuje plemię kanibali, które jest niezwykle zadowolone ze świeżej dostawy białego mięsa.

Jesús Franco na tropikalnych wojażach: El caníbal to stworzona z myślą o wyeksploatowaniu kilku nośnych motywów hiszpańsko-francusko-niemiecka koprodukcja, kręcona w tym samym czasie co równie nieudane Mondo Cannibale. Na wątłą fabułę składa się mieszanka kina akcji, filmu przygodowego i elementów nurtu kanibalistycznego. Te ostatnie stanowią głównie atrakcyjny wabik, bowiem sam wątek plemienia zaczyna odgrywać istotną rolę dopiero pod koniec filmu. Wtedy też do akcji wkracza główny szwarccharakter historii w osobie hojnie obdarzonego przez naturę, nagiego Murzyna z piłeczkami do ping-ponga w miejscu oczu, który pełni rolę czegoś w rodzaju tubylczej „maskotki” i którego zadaniem jest dręczyć blondwłosą piękność odgrywaną przez Ursulę Buchfellner, modelkę Playboya stawiającą wówczas pierwsze kroki w zawodzie aktorskim (pojawi się później u Franco ponownie w Sadomanii [1981]).

Pokraczna charakteryzacja monstrum jest tylko jednym z wielu potknięć, którymi El caníbal aka Devil Hunter aka Mandingo Manhunter kokietuje odbiorcę. W jednej ze scen wchodząca w skład grupy porywaczy kobieta zostaje skuta łańcuchem na terenie pradawnych ruin pośrodku niedostępnej dżungli. Nie byłoby w tym zapewne nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż kamera w kilku ujęciach ujmuje w kadrze za plecami aktorki drewnianą belkę, na której wypisane zostały wyrazy wzajemnej miłości par turystów. Podobnych niedociągnięć i nonsensów jest tu znacznie więcej, co znacząco podnosi walory rozrywkowe całości. W połączeniu z cieszącymi oczy nasyceniem barw zdjęciami i dziką ścieżką dźwiękową (robota samego Franco) daje to miejscami efekt surrealistycznego tripu. Z drugiej strony ta trwająca 100 minut fuszerka miejscami zwyczajnie męczy, zwłaszcza gdy twórcy bez wyraźnej przyczyny przeciągają poszczególne ujęcia w nieskończoność. Spora część tych rozwlekłych jazd kamery skupiona jest zresztą na urodzie poszczególnych odtwórczyń: kobieca część obsady przez większość czasu paraduje bez odzienia, a Franco – jak przystało na wytwornego pornografa – kieruje lubieżne oko obiektywu na detale ich ciał (proceder ów nabiera wyjątkowo absurdalnego wymiaru w scenie tańca czarnoskórej szamanki, której wargi sromowe przez dłuższą chwilę podziwiamy w maksymalnym przybliżeniu).

Jest oczywiście również gore, za które brytyjska cenzura przypięła filmowi łatkę „obscenicznego”, nadmienić jednak należy, że efekty wykonane zostały dość niedbale i większość krwawych uciech sprowadza się do nadmiernego użytkowania czerwonej farby. W obliczu braku finezji w tej materii, nie dziwi fakt, że Devil Hunter (pod tym tytułem film trafił do rozpowszechniania na Wyspach) rzadko kiedy bywa wymieniany jednym tchem w towarzystwie najbardziej ikonicznych przedstawicieli video nasties. W wersji nieocenzurowanej wydany został na DVD w roku 2008.

cdn…

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

1 Trackback / Pingback

  1. Video Nasties od A do Z #8 - Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*