Video Nasties od A do Z #8: Fl-Ge

Barona Frankensteina sprośne zabawy ludzkimi wnętrznościami, hipisowskie zombie, zombie lodowate, zmutowany mieszkaniec lunaparku i okrutne uciechy elit III Rzeszy – wszystkie te atrakcje znajdziecie w kolejnej, ósmej już odsłonie cyklu o video nasties (poprzednie części możecie przeczytać pod tymże linkiem).


Flesh for Frankenstein (1973, reż. Paul Morrissey)

W 1973 roku Paul Morrissey i Joe Dallesandro przylecieli do Włoch na zaproszenie producentów Andrew Braunsberga (Tragedia Makbeta [1971], Lokator [1976]) i Carlo Pontiego (Powiększenie [1966], Torso [1973]), by nakręcić luźną adaptację Frankensteina (1818) Mary Shelley. Idea miała ponoć wyjść od Romana Polańskiego, z którym obaj producenci pracowali na tym etapie przy Co? (1972). Polański uznał, że Morrissey, stały współpracownik Andy’ego Warhola, będzie idealnym kandydatem do wyreżyserowania przegiętego, kampowego horroru w technologii 3D. Ostatecznie stanęło nie na jednym, a dwóch filmach, jako że Ponti dał się namówić Amerykaninowi na jednoczesną realizację Krwi dla Drakuli (1974). Zgodnie z popularną na tym etapie we włoskiej kinematografii praktyką, w celu obniżenia kosztów produkcji przy powstawaniu obu tytułów pracowały te same – z drobnymi wyjątkami[1] – ekipa aktorska i realizatorska.

Film, wyświetlany na niektórych rynkach pod tytułem Andy Warhol’s Frankenstein (zabieg czysto marketingowy, jako że wkład Warhola w produkcję miał się ograniczyć do jednokrotnego pojawienia się na planie), od początku miał problemy z cenzurą. We Włoszech pierwotna wersja przedstawiona cenzorom dostała bana, a do kin trafiła wersja skrócona o 6 minut materiału. W Stanach MPAA nadało obrazowi kategorię wiekową „X”. Jednocześnie, w niektórych krajach Flesh for Frankenstein wyświetlane było w oryginalnie zamierzonym formacie 3D, w tym m.in. w Anglii i Szwecji. Na rynku brytyjskim kopia kinowa z 1973 roku pomijała aż 8 minut scen zawierających nagość i przemoc. Co ciekawe, 10 lat później BBFC zezwoliło na prezentację w kinach wersji krótszej od oryginalnej o zaledwie 2 minuty, jednak w tym samym czasie wybuchła afera z video nasties i nieocenzurowane kopie krążące na rynku VHS uległy konfiskacie, a film dostał całkowity zakaz rozpowszechniania. Pozostawał on w mocy aż do 1996 roku, kiedy cenzorzy zatwierdzili wersję z usuniętymi 56 sekundami materiału, który zawierał ujęcia z Udo Kierem obściskującym wysmarowane krwią piersi Dalili Di Lazzaro.

Nietrudno w tym przypadku zrozumieć oburzenie stróżów moralności: nawet oglądane z dzisiejszej perspektywy, dzieło Morrisseya jawi się jako piramidalny żart z cenzorskiej profesji. Przesiąknięty seksem i makabrycznymi efektami gore pastisz, w którym widz jest dosłownie obrzucany wnętrznościami, a wcielający się w barona Kier dokonuje nekrofilskiego gwałtu i obwieszcza mentorskim tonem, że aby „poznać naturę śmierci, należy pieprzyć życie w woreczek żółciowy”. Przerysowane do granic przesady aktorstwo i balansujące na granicy absurdu dialogi wypełniają seans po brzegi, co w połączeniu z krwawymi popisami maestro Rimbaldiego wynosi całość na poziom satyry, która potraktowana na poważnie jawić się będzie jako popis wyjątkowo złego smaku, a gdy podejść do niej z przymrużeniem oka dostarczy mnóstwo gatunkowej przyjemności. Potencjał czysto rozrywkowy, nie zaś deprawacyjny, brytyjscy cenzorzy dostrzegli z pewnym opóźnieniem, bo 33 lata od premiery filmu: w 2006 roku wersja nieocenzurowana doczekała się pierwszego oficjalnego wydania na Wyspach.


Forest of Fear (1980, reż. Charles McCrann)

Banda hipisów zakłada gdzieś w leśnej głuszy w Pensylwanii plantację marihuany. Na trop szajki wpada FBI i decyduje się spryskać krzaki nową substancją chemiczną o nazwie Dromax, która znajduje się dopiero w początkowej fazie testów. Jak się okazuje, substancja nie tylko niszczy rośliny, ale ma też katastrofalny wpływ na ludzkie organizmy. Spryskani nią hodowcy zielska zamieniają się w spragnione krwi zombie…

Film Charlesa McCranna szerzej znany jest pod tytułami Bloodeaters i Toxic Zombies, w Wielkiej Bytanii w okresie paniki związanej z video nasties wypłynął na rynku VHS jako Forest of Fear. To jeszcze jedna niskobudżetowa produkcja, na którą mało kto zwrócił uwagę w Stanach, gdzie film wyświetlano w kilku kinach, a która wywołała zaniepokojenie cenzury na Wyspach. Chodziło rzecz jasna o drastyczne efekty gore, które – zważywszy na ograniczenia finansowe, z jakimi musieli się borykać twórcy obrazu – prezentują się tu całkiem przyzwoicie, ale też nie ma ich wbrew pozorom aż tak wiele. Odcięta dłoń, rozszarpane gardło, przebita gałka oczna – miłośnicy krwawej sieki z pewnością znajdą tu coś dla siebie, pod warunkiem, że nie zniechęci ich na poły amatorski charakter przedsięwzięcia.

Owszem, rzecz cierpi na pewne problemy z tempem narracji, pod względem realizacyjnym bywa niechlujna, ale oddać też trzeba, że widać włożone w nią serce. Choć teoretycznie miał to być potraktowany z przymrużeniem oka horror za grosze, to dostajemy w pakiecie galerię wyraziście nakreślonych postaci, którym łatwo kibicować w ich zmaganiach ze zgrają nieokrzesanych żywych trupów[2]. Jest również miejsce na wątek antyrządowy, który wybrzmiewa szczególnie silnie w trakcie finałowego starcia. Pozwala to sądzić, iż McCrann oraz jego współpracownicy niekoniecznie traktowali projekt jedynie w kategorii wygłupu z kamerą. Przy większym nakładzie środków ta mieszanka hicksploiterskiego zombie movie oraz teorii spiskowych miała pełne prawo zadziałać. Co ciekawe, brytyjskie wydanie VHS, choć nietknięte pod względem przemocy, było mimo wszystko pocięte: dystrybutor zdecydował się usunąć ostatnie kilka minut filmu, w trakcie których dowiadujemy się, że ocalały z masakry pracownik rządu decyduje się odejść ze służby. Epilog, który został przywrócony do kolejnych wydań po latach (nie w UK jednak, bo tam Forest of Fear wciąż nie doczekało się wznowienia) potwierdza tezę, że wydźwięk całości miał być zgoła znacznie bardziej poważny, niż chcieliby tego komentujący niedostatki filmu wielbiciele tzw. „złego kina”.


Frozen Scream (1975, reż. Frank Roach)

Kolejny tytuł na liście, który do dzisiaj nie doczekał się ponownego wydania na brytyjskim rynku od czasów afery z video nasties. Nie tyle jednak ze względu na swój ekstremalny charakter, co z powodu braku zainteresowania ze strony dystrybutorów. Film Franka Roacha drogę do publiki już na starcie miał niezwykle krętą: ukończony w 1975 roku, nie znalazł zrozumienia u żadnej firmy dystrybucyjnej, w związku z czym niektóre źródła jako rok produkcji podają dopiero 1980. Na rynku angielskim wypłynął w 1983 roku na kasetach VHS (w Stanach dopiero dwa lata później) i dołączył do puli uzupełniającej video nasties, a więc obrazów, które nie podlegały postępowaniu sądowemu, ale ich rozprowadzanie było zakazane.

Z perspektywy czasu posunięcie to wydaje się być mocno przesadzone, jako że w praktyce mamy do czynienia z topornym w sposobie narracji miksem kina grozy i science-fiction, przywołującym ducha twórczości Eda Wooda. Oto pewien – szalony, a jakże! – doktor (Lee James) prowadzi badania nad możliwością przedłużania ludzkiego życia. Naukowiec dopina swego, ale ceną za nieśmiertelność jaką płacą jego „króliki doświadczalne” jest przemiana w bezduszne, mordercze zombie, które muszą być przechowywane w niskich temperaturach, by nie ulec rozkładowi. Sprawę bada Ann (Lynne Yeaman), której mąż, na co dzień współpracownik doktora, niedawno zaginął.

Fabuła ma pewien potencjał na B-klasową rozrywkę, niestety sam scenariusz rozpisany jest tak niechlujnie, że wyszedł z tego wielki bałagan zahaczający o – niezamierzone – tony surrealne. Większość aktorów gra, jakby naprawdę byli zombie (i mam tu na myśli tych spośród odtwórców, którzy wcale nie wcielają się w zombie, prym pośród nich wiedzie importowana z Niemiec, dysponująca schwarzeneggerowskim akcentem Renee Harmon, którą później zobaczymy m.in. w Cinderella 2000 [1977] i Executioner 2 [1984]), znikąd i bez uprzedzenia pojawiają się rozwlekłe retrospekcje, a w obawie, że widz pogubi się w tym wszystkim, w post-produkcji dodano narrację z offu, która w większości scen wulgarnie nachodzi na dialogi pomiędzy postaciami, czyniąc je kompletnie niezrozumiałymi. Znajdzie się również miejsce dla całkiem przyjemnej sceny wizji głównej bohaterki i niewielkich ilości gore. Mowa tu przede wszystkim o dwóch scenach: w jednej z nich dziewczyna zostaje trafiona siekierą w twarz, w drugiej kawałek szkła przebija oko mężczyzny. Wykonanie tychże efektów pozostawia nieco do życzenia, stąd też ciężko porównywać je do co bardziej makabrycznych wyczynów ze znacznie popularniejszych pozycji z listy. Nic dziwnego zatem, że Frozen Scream popadło w niemal całkowite zapomnienie i nawet nieoczekiwana „promocja” ze strony brytyjskich cenzorów na niewiele w ogólnym rozrachunku się zdała.


The Funhouse (1981, reż. Tobe Hooper)

Drugi spośród filmów spod ręki Tobe Hoopera, który trafił na listę video nasties. Zdaniem niektórych jego obecność na niej była wynikiem pomyłki, a cenzorzy tak naprawdę na celownik chcieli wziąć znacznie bardziej ekstremalny w przekazie pseudo-snuff Last House on Dead End Street (1977), który na rynku video rozpowszechniany był pod alternatywnym tytułem The Fun House. Nie ulega wątpliwości, że w porównaniu do starszego o pięć lat Eaten Alive, The Funhouse prezentuje się jako zgoła kompromisowy horror dla młodzieży, ze znikomymi ilościami gore i przemocy. Podobnego zdania musieli być zresztą decydenci z BBFC, o czym świadczy fakt, że przy klasyfikacji na potrzeby dystrybucji kinowej na Wyspach przepuścili obraz bez jakichkolwiek cięć.

Film rozpoczyna scena będąca czytelnym odwołaniem zarówno do Psychozy (1960), jak i Halloween (1978): mały chłopiec przywdziewa upiorną maskę i nachodzi starszą siostrę pod prysznicem, po czym dźga ją gumowym nożem. Dzieciak za swój wygłup zostaje „uziemiony” przez rodziców, a siostra tymczasem wybiera się na randkę z nowym chłopakiem i znajomymi do lunaparku. Upalone marihuaną dzieciaki postanowią spędzić w parku rozrywki dodatkowy czas po jego zamknięciu, na miejsce igraszek wybierając dom strachu. Pech chce, że staną się świadkami morderstwa i noc przemieni się w grę w kotka i myszkę z zabójcą.

Chropawą, nieutemperowaną formę przekazu znaną z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną (1974) i wspomnianego Eaten Alive zastępuje tu bardziej przystępna narracja, wyraźnie dopasowana do widowni bijących na tym etapie rekordy popularności slasherów spod znaku Piątku, trzynastego (1980). Na pierwszym planie mamy więc głośne, nastawione na zabawę i przedmałżeński seks nastolatki, które przez swoją nierozwagę pakują się w tarapaty. Tym, co wyróżnia obraz na tle osadzonych pośród małomiasteczkowej sielanki lub w leśnych ostępach slasherów z epoki jest miejsce akcji: pełen tanich atrakcji lunapark, który po godzinach pracy zamienia się w miejsce pełne grozy. Hooperowskie upodobanie do groteski i makabry uwidacznia się głównie w wątku morderczego mutanta i jego ojca, których relacje do złudzenia przypominają te znane z familijnej patologii kanibali z Teksańskiej. Kategorię R w Stanach zapewniła filmowi skromna dawka golizny (głównie w początkowej scenie, gdzie znana szerszej publice z roli żony Mozarta w Amadeuszu [1984] Elizabeth Berridge prezentuje swój obfity biust w trakcie kąpieli) oraz takie atrakcje, jak nabicie na lancę, siekiera wbita w czoło oraz finałowa rozprawa z mordercą, który zostaje porażony prądem i zmiażdżony między dwoma wielkimi kołami zębatymi. Komiksowy charakter tych potencjalnie szokujących elementów został przez brytyjską cenzurę dostrzeżony dość szybko: w wersji nieocenzurowanej film trafił na rynek video już w 1987 roku, a pierwotna klasyfikacja „X” w 2007 roku została zamieniona na „dozwolony od lat 15.”


Gestapo’s Last Orgy (1977, reż. Cesare Canevari)

Silnie inspirowana Nocnym portierem (1974, Liliana Cavani) historia sadomasochistycznego związku między komendantem obozu koncentracyjnego (Adriano Micantoni), a podległą mu więźniarką Lise (Daniela Poggi). Tam jednak, gdzie Cavani stawiała na psychologię i duszną seksualną atmosferę, tam Canevari sięga po rozpustę, perwersję i wynaturzenie. W teorii wszystkie ekranowe bezeceństwa obrazować mają zdegenerowanie nazistowskich elit, jednak sposób ich ukazania oraz stopień ich przejaskrawienia czynią z filmu prawdziwe tour de force grindhouse’owego bezwstydu i obsceny.

Pod wieloma względami Gestapo’s Last Orgy to wzorcowe nazisploitation, sprawnie łączące wszystkie najbardziej plugawe i zwyrodniałe wątki nurtu. Fabuła przykład czerpie zarówno od wspomnianego Nocnego portiera, jak i Salonu Kitty (1976, Tinto Brass), a nawet Salo, czyli 120 dni Sodomy (1975, Pier Paolo Pasolini). Wychodzi z tego zaskakująco zgrabny misz-masz, którego nadrzędnym celem jest zaszokowanie widza. Znajdujemy się bowiem nie w pierwszym lepszym obozie, a w specjalnym „zakątku miłości”, do którego trafiają żołnierze zmęczeni walkami na froncie, by odpocząć i nabrać energii do dalszej walki. Warto przy tym nadmienić, że rozrywek w tym kurwidołku dostarczają im… więzione tutaj Żydówki. Jak dumnie głosi komendant: czerpanie przyjemności ze spółkowania z podludźmi nie jest grzechem, o ile w grę nie wchodzą uczucia. W jednej z pierwszych scen styranych wojaków wita na terenie przybytku specyficzna kronika filmowa, ukazująca rozmaite dewiacje: gwałt na kobiecie jedzącej pokarm z miski dla psa, więźniarkę obsmarowującą się w ekstazie fekaliami oraz kazirodcze pieszczoty matki i córki. Chwilę potem napaleni żołdacy rzucają się na przygotowaną dla nich ucztę w postaci semickich kurtyzan. Jeszcze ciekawiej robi się w niesławnej scenie bankietu, kiedy to zasiadająca przy stole kadra oficerska zostaje uraczona nietypowym przysmakiem pod postacią… żydowskiego mięsa. Chwilę przed tym, jak na obrus wjadą talerze z daniem, miejscowy ideolog o wyglądzie Goebbelsa z kabaretu roztacza sielską wizję przyszłości, w której to rasa panów hodować będzie Żydów w charakterze pożywienia. Jakby tego mało, wnet biesiadnicy postanawiają sami wziąć się za eksperymenty kulinarne i w alkoholowym amoku pieką żywcem jedną z usługujących im niewiast.

Dzieło Canevariego stoi więc w dużej mierze absurdem, co rusz dorzucając nowe, coraz bardziej wynaturzone i przegięte sytuacje. Zwróciwszy uwagę na wyróżniającą się z tłumu, bo i niezwykle hardą jak na panujące wokół warunki Lise, komendant postanowi za wszelką cenę złamać jej ducha. Od tej pory będzie poddawał dziewczynę kolejnym próbom i torturom (wliczając w to m.in. zawieszenie nagiej ofiary nad zbiornikiem wypełnionym szczurami, na tę potrzebę zagranymi przez… potulne myszoskoczki), aż w końcu zakocha się w niej. Z wzajemnością zresztą. Cavani opisywała ekstremalny przypadek syndromu sztokholmskiego, Canevari opisuje po prostu ekstremę. I robi to w sposób bezczelny, pozbawiony jakichkolwiek hamulców i poszanowania tabu. Zdaniem Tino Polenghiego, aktora wcielającego się w jednego z oficerów SS, obraz był zresztą kręcony z uwzględnieniem sekwencji jawnie pornograficznych, które nie zostały uwzględnione na etapie montażu, prawdopodobnie z obawy przed włoską cenzurą.

Włosi podeszli jednak do całej sprośnej zabawy z dużą dozą pobłażliwości. Niesmak pojawił się za to tradycyjnie u Brytyjczyków. Ze względu na dekadencką, jawnie zdeprawowaną zawartość Gestapo’s Last Orgy nie zostało dopuszczone do rozpowszechniania przez BBFC w kinach. Na rynek VHS film z kolei przemycony został pod kilkoma różnymi tytułami, w tym m.in. jako Caligula Reincarnated as Hitler. W okresie paniki związanej z video nasties ponownie zakazano jego dystrybucji. Zakaz ten nigdy nie został uchylony: BBFC ostatni raz odmówiło nadania certyfikatu wiekowego w 2021 roku. Składającym wniosek był angielski dystrybutor 88 Films, który w odpowiedzi na decyzję rady cenzorów postanowił mimo wszystko wydać film w odnowionej cyfrowo wersji, tyle że z myślą o bardziej liberalnym rynku amerykańskim.

cdn…


[1] W Krwi dla Drakuli „gościnne” występy przed kamerą zaliczyli, nieobecni na planie Frankensteina, Vittorio de Sica oraz Roman Polański. Przy obu filmach pracowali z kolei m.in. kompozytor Claudio Gizzi, spec od efektów specjalnych Carlo Rambaldi (King Kong [1977], Obcy [1979]) oraz zatrudniony w charakterze drugiego reżysera Antonio Margheriti, na tym etapie kojarzony w ojczyźnie głównie z gotyckimi horrorami.

[2] Peter Dendle w swojej The Zombie Film Encyclopedia wprost określa Bloodeaters jako protoplastę późniejszego nurtu filmów spod znaku redneck zombies.

Posiadacz tzw. wrażliwości grindhouse'owej. Kiedy inni zażerają się wieprzowiną i fasolą, on woli kino brudne, zdegenerowane, pełne sleazu. Miłośnik fabuł w pornosach i porno w fabułach. Miewa częste skoki w bok na inne terytoria.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*