Whirlpool (1970). Tam, gdzie rosną dzikie róże

Sarah (Pia Andersson) jest zamożną kobietą w średnim wieku, która mieszka na wsi pod Londynem. Towarzystwa dotrzymuje jej Theo (Karl Lanchbury), młody, aspirujący fotograf. Oboje lubią erotyczne zabawy, do udziału w których zapraszają poznane w mieście dziewczęta. Ich nową „zdobyczą” zostaje Tulia (Vivian Neves), początkująca modelka, która zgadza się spędzić weekend w podmiejskiej posiadłości skuszona obietnicą profesjonalnej sesji fotograficznej. Po przybyciu na miejsce staje się ona obiektem niedwuznacznych zakusów ze strony gospodarzy, którym bynajmniej nie zamierza się opierać. Jednocześnie dziewczyna odkrywa, że jej poprzedniczka imieniem Rhonda opuściła włości w zgoła tajemniczych okolicznościach…

José Ramón Larraz zaczynał jako scenarzysta komiksów dla paryskich czasopism. Ze stolicy Francji przeniósł się na Wyspy, gdzie postanowił zająć się reżyserią filmową. Whirlpool to jego fabularny debiut, nihilistyczny thriller osadzony pośród otwierającej się na swobodę obyczajową socjety. Znajdujemy się w eleganckiej, rustykalnej posiadłości gdzieś na odludziu. Jej mieszkańcy, zwracający się do siebie nawzajem per „ciociu” i „bratanku/siostrzeńcu” (po angielsku „nephew”, aczkolwiek w tym przypadku żaden realny stopień pokrewieństwa nie wchodzi w rachubę) to de facto para hedonistów w trakcie wiecznej pogoni za cielesnymi uciechami. „Ciotka” Sarah to rozpieszczona przez dobrobyt stara panna, kobieta która najlepsze lata ma już dawno za sobą. Jest przy tym jednak bezpruderyjna i pewna siebie, doskonale wie, jak wykorzystywać swoje atuty: władzę i pieniądze. Theo zrazu sprawia wrażenie cichego i wycofanego; zamknięty w sobie dziwak, którego największą pasją jest fotografia. To jednak właśnie on z czasem okaże się być bardziej niebezpieczny i wyrachowany. Wspólnie tworzą perfekcyjny duet drapieżców, którzy pełnymi garściami czerpią z dobrodziejstw, jakie zesłała kontrkultura: swobody seksualnej i moralnego rozpasania.

Co istotne, Larraz od początku konsekwentnie unika jasnego zaszufladkowania gatunkowego. Nie wiemy do końca czy to opowieść o morderczych kochankach czy też może perwersyjne ghost story. Hiszpan chętnie wykorzystuje gotycki anturaż: ponury las, skrywające mroczną tajemnicę jezioro pośrodku niego (Tulia wprost określa je mianem „złowrogiego”). I bawi się w kotka i myszkę z oczekiwaniami widza. Przez cały czas w powietrzu wisi przeczucie czegoś odpychającego, nieokreślonego, atmosfera niesamowitości gęstnieje z minuty na minutę, czy to w trakcie gdy bohaterowie przekomarzają się ze sobą, czy wówczas gdy uprawiają seks – wciąż towarzyszy im odór zepsucia, śmierci. Tym większe uderzenie stanowi mistrzowski, szokujący finał, gdy wreszcie wszystkie karty zostają odsłonięte, a Larraz jasno wskazuje że nie w głowie mu tradycyjne kino grozy i tanie strachy.

O sile Whirlpool stanowi zresztą to, co było udziałem również późniejszych dokonań twórcy na angielskiej ziemi: jest tu obecna brytyjska powściągliwość, skłonność do niedopowiedzeń, urokliwe lokacje spowite we mgle, które nadają całości klimat odrealnienia. A jednocześnie to kino na wskroś kontynentalne, dalekie od zachowawczości chociażby filmów od wytwórni Hammer, „po południowemu” cielesne i bluźniercze. Ze świecą szukać u Wyspiarzy tak dosłownych obrazów przemocy i seksu, co jednocześnie nie oznacza, że Larraz stara się nimi epatować – nie, on po prostu wykorzystuje ich siłę, aby zaatakować odbiorcę i przejąć władzę nad jego zmysłami. Z tego zresztą powodu jego debiutancki obraz miał pewne problemy z dystrybucją: angielscy cenzorzy zadecydowali o wycięciu co bardziej bulwersujących fragmentów, w tym m.in. sceny lesbijskiej miłości oraz niezwykle odważnej jak na ówczesne czasy sekwencji gwałtu, pozbawiając film części jego mocy. W kinach Whirlpool wylądował z kategorią X, co niejako zrównało go – kompletnie niezasłużenie – z celuloidowymi „świerszczykami”.

Przez lata niedostępny na rynku video (w odrestaurowanej wersji wypuściło go dopiero Arrow Films w 2019 roku), obraz Larraza stanowi inteligentne ćwiczenie z formy, podbierając to i owo z klasyków pokroju Podglądacza czy Psychozy (oba 1960). Nigdy jednak nie przybiera to postaci bezmyślnego małpowania: to autonomiczna opowieść o zbrodni, pożądaniu i rozkładzie. Niezwykle seksowna i zmysłowa (cudownie artystyczne kadry Julio Péreza de Rozasa, który później będzie pracował m.in. przy hiszpańskim giallo The Killer Wore Gloves [1974]), opatrzona czarowną ścieżką dźwiękową od Stelvio Ciprianiego. I przy całym swym brudzie jednocześnie stylowa. Skandalizujące kino, które kiedyś krytycy nazwaliby zapewne „rynsztokowym”, a które dzisiaj, po pół wieku od premiery, wciąż wywołuje iście diabelskie wrażenie.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*