Zadanie specjalne (1980). Nędzne ulice

W środku upalnego lata w Nowym Jorku z rzeki Hudson wyłowione zostają fragmenty poćwiartowanych ciał. Policja dochodzi do wniosku, że mogą być to kolejne ofiary grasującego po Greenwich Village mordercy, który poluje na młodych, atrakcyjnych gejów. Funkcjonariusz Steve Burns (Al Pacino) zgadza się przeniknąć pod przykrywką do światka klubów sado-maso zlokalizowanych na Dolnym Manhattanie i wytropić zabójcę…

W 1980 roku, pomimo porażki w box office remake’u Ceny strachu (1977), William Friedkin wciąż znajdował się w Hollywood w panteonie największych, a jego nazwisko otwierało wiele drzwi, które dla innych reżyserów pozostawały zamknięte. Jeśli więc ktoś mógł sobie pozwolić na zrealizowanie dreszczowca silnie eksploatującego motywy homoseksualne, to tą osobą był właśnie twórca Francuskiego łącznika (1971) i Egzorcysty (1973), tytułów zaliczanych do największych hitów mijającej dekady. Wywodzący się z telewizji producent Jerry Weintraub (później dostarczy światu takie hity, jak Karate Kid [1984] czy Ocean’s Eleven [2001]) pod koniec lat 70. nabył prawa do zekranizowania powieści Geralda Walkera pt. Cruising, opartej na prawdziwej serii zbrodni, do których doszło w latach 1977-78. Ich sprawca nigdy nie został schwytany, choć po czasie do ich popełnienia przyznał się odsiadujący dożywocie za brutalne morderstwo swojego kochanka Paul Bateson, radiolog który… wystąpił w krótkim epizodzie w Egzorcyście. Bateson nie odpowiedział za swoje czyny, gdyż policja nie dysponowała żadnymi dowodami, poza przechwałkami samego skazańca. Z okazji skorzystał jednak Friedkin, który odwiedził mężczyznę w więzieniu i zaangażował go w charakterze konsultanta przy nadchodzącym projekcie. Do kluczowej roli młodego detektywa, który bada sprawę zabójstw, reżyser początkowo przymierzał Richarda Gere’a (wówczas świeżo po występie u Malicka w Niebiańskich dniach; Gere w tym samym roku zagra w innym hicie zwiastującym nadejście epoki AIDS, kontrowersyjnym Amerykańskim żigolo Paula Schradera), jednak kiedy gotowość do wzięcia udziału w przedsięwzięciu wyraził Al Pacino, producenci postawili na wielkoformatową gwiazdę. Friedkin ugiął się pod presją, jednak po latach wciąż obstawał przy swoim, twierdząc że Gere byłby lepszym wyborem, przy okazji czyniąc kilka niezbyt przychylnych uwag pod adresem Pacino (stwierdził m.in., że nigdy nie pracował z bardziej nieprzygotowanym do roli aktorem).

Sam proces produkcji nie przebiegał bez komplikacji: środowiska gejowskie oprotestowały obraz jeszcze na etapie zdjęć, a sytuacji wcale nie polepszał fakt, iż kręcono je w lokacjach, gdzie rozegrały się prawdziwe wydarzenia. Pacino, który nigdy nie miał większej styczności z podobnymi kręgami, w szczególności zaś z podziemiem S/M, czuł się w swoim zadaniu zgoła niezręcznie, a jego alienacja w wyraźny sposób przeniosła się na ekranową kreację (aktor przez lata nie komentował swego występu w filmie, co zresztą Friedkin skwitował uszczypliwym „To dobrze. Nigdy nie był zbyt elokwentny”). Ciężko mu się zresztą dziwić, zważywszy, że na przestrzeni lat wokół etapu realizacji Zadania specjalnego narosło mnóstwo mitów. Friedkin, który w ramach przygotowań do pracy, odziany w samo suspensorium, odwiedzał specjalizujące się w zabawach tematycznych kluby, zrealizował rzekomo około 40 minut materiału skupionego na sadomasochistycznych praktykach, w skład którego wchodziły m.in. sceny niesymulowanego seksu. Owe 40 minut, po których obejrzeniu przewodniczący MPAA Richard Heffner miał powiedzieć, że „w alfabecie nie ma wystarczającej ilości iksów, aby zaklasyfikować ten film”, do dziś jest przedmiotem pogłosek i legend, jednak wszystko wskazuje na to, że nawet jeśli naprawdę zostały nakręcone to nigdy nie ujrzą światła dziennego (Friedkin twierdzi, iż negatywy zostały prawdopodobnie zniszczone przez United Artists, dystrybutora filmu).

Śmiało można więc powiedzieć, że twórca nie zamierzał bawić się w subtelności i poszedł w stronę realizmu, o którym nikomu do tej pory w mainstreamie się nie śniło. Nawet w wersji okrojonej bowiem (ostatecznie Zadanie załapało się na zbawienną kategorię R, choć niewiele brakowało, aby dostęp do normalnej dystrybucji został zablokowany), obraz wciąż zawiera wystarczającą ilość materiału na skraju pornografii, by doprowadzić do palpitacji stróżów moralności. Sekwencje rozgrywające się w tzw. leather bars stanowią dziś nieoceniony dokument minionej epoki, jako że reżyser mógł filmować prawdziwych bywalców „w akcji” (dostęp zagwarantował mu znajomy mafioso, który był właścicielem kilku knajp ukierunkowanych na „mocne doznania”, ulokowanych w przemysłowym rejonie Meatpacking District). Atmosfera hedonizmu i dekadencji doskonale antycypuje nadchodzącą panikę „czasów zarazy”, stanowiąc jednocześnie epitafium dla naturalizmu i pesymizmu kończącego się dziesięciolecia. Od strony stylistycznej mamy z kolei do czynienia z jedną z najbardziej udanych prób przeniesienia języka giallo na amerykański grunt (wprawdzie sam Friedkin w żadnym z wywiadów nie zająknął się na temat inspiracji, niemniej wpływy włoszczyzny są tu zbyt widoczne, aby można je było ot tak po prostu zignorować): tajemniczy morderca z upodobaniem do wyrobów skórzanych szlachtuje kolejne ofiary, nucąc przy tym pod nosem infantylną niby-kołysankę, a my podążamy jego tropem wraz z zdezorientowanym detektywem „z zewnątrz”. Różnica jest taka, że u przywiązanych do tradycji Włochów psychopata z reguły – jak Bóg przykazał – obierał sobie za cel urodziwe niewiasty, podczas gdy tu schodzimy do podziemnego królestwa „mężczyzn sfeminizowanych”. Friedkin zachował falliczne konotacje noża jako narzędzia zbrodni, dodając do pierwszej sceny zabójstwa przekaz podprogowy i ilustrując penetrację ciała przez ostrze trwającymi ułamki sekund wstawkami z seksem analnym skradzionymi z filmów porno.

Ze względu na swój ekscentryczny charakter i bulwersująca otoczkę, Zadanie wciąż budzi sprzeczne emocje – dziś może nawet bardziej niż kiedyś, ze względu na zachłyśnięcie się postępowej krytyki filmowej ideami politycznej poprawności. Sposób przedstawienia środowisk gejowskich nie należy tutaj z pewnością do pochlebnych, problem w tym, że… nie jest też przekłamany. Po prostu skupia się na konkretnym aspekcie, wycinku, subkulturze. Twórcza odwaga, jaką wykazał się Friedkin wyrzuca projekt poza nawias przystępnej, popcornowej rozrywki, czyniąc zeń wyjątkowy wybryk pośród produkcji sygnowanych przez wielkie studia filmowe, a samego twórcę – jak chyba żaden inny tytuł w jego dorobku – stawia w otoczeniu autorów niepokornych, którzy mieli wystarczające jaja, by dostarczyć do zapełnionej przez grube szychy sali projekcyjnej dzieło będące ekwiwalentem wypięcia na nich gołej dupy. Dobrze wyraża to zresztą dobór soundtracku, na który – zamiast granego zwyczajowo w klubach disco – trafiły utwory punkowców z The Germs i The Cripples. Jest to przy tym rzecz otwarta na interpretacje i zręcznie mieszająca tropy (jeden sprawca czy też wielu?). Niejednoznaczny finał dla niektórych będzie więc unikiem, karkołomnym fikołkiem, który już niebawem chętnie zaczną powielać twórcy slasherów, po bliższym jednak przyjrzeniu idealnie puentuje szarą strefę, do której zostaliśmy zaproszeni na te sto minut seansu.

W jednej z pierwszych scen dwójka policjantów patroluje obszczane, zaśmiecone ulice Manhattanu, po których o każdej porze dnia i nocy paradują prostytutki, dilerzy, ćpuny. Jeden z krawężników (grany przez Joe Spinella, który w tym samym roku wystąpi w Maniaku Williama Lustiga) stwierdza w pewnym momencie, że „całe to miasto pewnego dnia eksploduje”. Chwilę później obaj gliniarze zmuszają dwóch transseksualistów do seksu oralnego. Taka też jest cała wizja Friedkina: ponura, brudna, skąpana w rynsztokowych wyziewach. Można się z nią zgadzać lub nie, można ją próbować podczepiać pod polityczny dyskurs (co wielu próbowało czynić), trzeźwo jednak patrząc, jest to kawał mocnego kina, które trafiło w odpowiedni czas i miejsce. To chyba zresztą czyni go właśnie tak fascynującym: w czasach gdy Hollywood w temacie homoseksualizmu i społeczności queer potrafiło wymęczyć jedynie pstre komedie pokroju Tootsie i Victor Victoria, tudzież sprokurowane pod sezon nagród dramaty, jak Kochać się czy Życiowy rekord (wszystkie wymienione z 1982 roku), Friedkin nakręcił obraz wręcz transgresyjny, podbity niepokojem i moralną ambiwalencją. W momencie premiery mógł liczyć jedynie na nominacje do Złotych Malin (w tym dla najgorszego filmu i najgorszego reżysera), a notowania reżysera w Fabryce Snów drastycznie spadły. Na szczyt powrócił pięć lat później wraz z Żyć i umrzeć w Los Angeles, jednak czasy największej prosperity dawno miał już za sobą, w latach 90. i kolejnym stuleciu spadając do drugiej ligi z nierzadko chybionymi projektami (choć ja osobiście  do takiego Strażnika czy Jade mam pewną słabość – ale to już kwestia gustu). Ostatni konkretny cios – wybuchowy miks thrillera i czarnej komedii Zabójczy Joe – zadał Friedkin w 2011 roku. Na ironię zakrawa fakt, iż jego najlepszy od ponad dwóch dekad film spotkał się z lekceważeniem większości krytyki i zaliczył klapę finansową ze względu na… przyznanie kategorii wiekowej NC-17, która skutecznie zamknęła mu dostęp do szerokiej publiczności. MPAA, podobnie jak karma, to straszna suka.

Wszyscy mówią, że wychowali się w kinie porno, ale on naprawdę się w nim wychował. Jak wspomina: "Warunki sanitarne były straszne: załatwialiśmy się do kubłów przeznaczonych na ścinki taśmy, kąpaliśmy w otoczeniu fotosów przedstawiających Lisę De Leeuw obierającą banany. Cóż, życie...". Wciąga popkulturę, pali książki, pije z sedesu. Miłośnik wegańskiego tofu i przemocowych postaw w kinie gatunków.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*