Kino macaroni combat to nie tylko Druga Wojna Światowa czy konflikt wietnamski. Trzecim filarem gatunku stały się dla włoskich filmowców wszelkiego rodzaju wewnętrzne wojny w bananowych, czasem zupełnie fikcyjnych republikach latynoamerykańskich, w które – w ten czy inny sposób – wikłali się amerykańscy komandosi lub najemnicy. Tych produkcji powstało jednak zauważalnie mniej, głównie dlatego, że Włosi zabrali się za ten temat już u schyłku gatunku, pod koniec lat 70. W tej stylistyce zdążyły się jednak sprawdzić takie tuzy jak Joe D’Amato (Tough to kill, 1978), Enzo G. Castellari (Striker, 1988) czy Umberto Lenzi (The Wild Team, 1985). Pierluigi Ciriaci, do kultowego statusu wyżej wymienionych co prawda nie dorósł, ale swoje piętno na gatunku jednak odcisnął. Małe bo małe, ale zawsze. Z pięciu filmów, które nakręcił samodzielnie, aż cztery to macaroni combat, a jego debiutem był właśnie Delta Force Commando.
Ależ tytuł, co nie? Będąc młodym łebkiem taka zbitka słów robiła na mnie ogromne wrażenie – w końcu amalgamat The Delta Force (Menahem Golan, 1986) i Commando (Mark L. Lester, 1985) musiał oznaczać bombowe kino. Niestety za pacholęcia nie udało mi się tego filmu dorwać, obejrzałem go dopiero kilkanaście lat później. I nadal bawiłem się nieźle.
Słówko o fabule. Nikaraguańscy rewolucjoniści wykradają bombę atomową z amerykańskiej bazy wojskowej w Puerto Rico. Strzeżonej tak na oko przez jakichś pięciu żandarmów, ale mniejsza o to. W trakcie akcji jeden z napastników zabija ciężarną żonę głównego bohatera, porucznika Turnera (Brett Baxter Clark). Ten, niesiony żądzą zemsty, rusza do nikaraguańskiej dżungli, by dorwać zabójców nieszczególnie zawracając sobie głowę możliwą atomową zagładą. Towarzyszy mu kapitan Beck (Fred Williamson) – początkowo z przymusu (Turner uprowadza go, by ten przetransportował go samolotem do Nikaragui), później już jako partner, walczący ramię w ramię zarówno z rewolucjonistami, jak i wojskami rządowymi. Lewi czy prawi, Turnerowi wszystko jedno, komu pakuje kulkę, byle tylko dorwać mordercę ukochanej.


Problem w tym, że jego rozpacz i desperacja wypadają, delikatnie mówiąc, średnio, bo Brett Baxter Clark to aktor raczej drewniany niż dramatyczny. Tkwiąca w sercu zadra nie przeszkadza mu rzucić od czasu do czasu czerstwym żartem czy poprzekomarzać się z Beckiem. I to właśnie Beck, pozbawiony osobistych dramatów, kradnie całe show, co w sumie nie dziwi, bo Fred Williamson swoją wrodzoną charyzmą zawsze stanowi wartość dodaną. To on jest tu najjaśniejszym punktem, ciągnie Baxtera za uszy i koniec końców sprawia, że tę parę naprawdę fajnie się ogląda.
Zatem tytułowe Delta Force Commando to ledwie dwóch typów, z czego jeden wplątał się w akcję przez przypadek. Prawilny oddział Delta, dowodzony przez pułkownika Keitela (niewykorzystany Bo Svenson), też gdzieś majaczy na fabularnym horyzoncie, ale wkracza do gry, gdy jest już przysłowiowe „po ptokach”. Bomba, którą terroryści planowali wysadzić w Nowym Jorku jako element rewolucji przeciw imperializmowi, ostatecznie zostaje uzbrojona w jakimś urbeksie na wygwizdowie i okazuje się być zwykłym kapiszonem. Smuteczek.
Szkoda też, że – podobnie jak Svensonowi – nie pozwolono rozwinąć skrzydeł Markowi Gregory’emu, który wciela się tu w głównego villaina. Ten nieco zapomniany dziś kultowiec, którego możecie kojarzyć choćby z trylogii Thunder Fabrizia De Angelisa, choć pojawia się zaledwie w kilku scenach, ślad w pamięci po sobie zostawia.


Delta Force Commando dość swobodnie podchodzi do, nazwijmy to, ówczesnych realiów geopolitycznych. Przedstawione w filmie siły rządowe to prawie na pewno marksistowski ruch Sandinistów (podczas przesłuchania Becka jeden z oficerów oskarża go o wspieranie Contras), ale czy rewolucjoniści to rzeczywiście Contras – mogę się tylko domyślać. Z historycznego punktu widzenia nie ma to sensu, wszak Reagan i CIA – w sposób mniej lub bardziej oficjalny – wspierali nikaraguańską prawicową opozycję, więc atak na amerykańską bazę byłby kompletnie nielogiczny. Po co grabić sobie u tak potężnego sojusznika? Podczas gdy w macaroni combat osadzonych w realiach Drugiej Wojny Światowej Włosi starali się jeszcze zachować choćby pozory historycznego realizmu (z różnym skutkiem), to w filmach o współczesnych konfliktach przestali się tym kompletnie przejmować.
Co ciekawe, za ten uroczo nonsensowny scenariusz odpowiada sam Dardano Sacchetti, człowiek stojący za wieloma kultowymi pozycjami włoskiego kina gatunkowego i stały współpracownik Lucio Fulciego. Pod Delta Force Commando, podobnie jak pod kilkunastoma innymi tytułami, podpisał się jednak jako David Parker Jr. Może się wstydził? Kto wie, w końcu nie są to jego pisarskie szczyty. Również reżyser, Pierluigi Ciriaci, przybrał lepiej brzmiący dla międzynarodowego widza pseudonim Frank Valenti. Trzy lata później nakręcił sequel zatytułowany Delta Force Commando II: Priority Red One (zajebisty tytuł), a oprócz tego miał na koncie między innymi kontynuację opisywanego przeze mnie Wojennego autobusu (Ferdinando Baldi, 1985). Ciriaci chyba faktycznie lubi autobusy, bo i tutaj dostajemy sekwencję z tym środkiem transportu w roli głównej. Głupią, bo głupią – uzbrojony po zęby helikopter nie potrafi zezłomować autobusu poruszającego się z gracją słonia – ale całkiem efektowną. Tylko kurom zaś się oberwało (patrz: mój tekst o Lampartach Churchilla).
Z ciekawości przejrzałem opinie na IMDb i użytkownicy równo jadą po Delta Force Commando. Ja aż tak surowy nie będę, bo akcja jest całkiem w porządku, dynamiczny soundtrack Elio Polizziego daje radę, a każde pojawienie się Freda Williamsona sprawia, że micha sama się cieszy. Wyłącz myślenie i włącz Delta Force Commando.

Nałogowy pochłaniacz filmów, w szczególności wojennych i horrorów. Pasjonat muzyki zwanej potocznie zgrzytami, szumami i trzaskami. Zarówno jako słuchacz jak i twórca. Stary kociarz.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis