Blax Friday: Friday Foster (1975)

1975 rok okazał się bardzo dobrym czasem dla Pam Grier. Korzystając z popularności starszego o rok filmu Foxy Brown nie spoczęła na laurach, rozpieszczając fanów tym razem aż trzema występami. Film Arthura Marksa jest tym najrzadziej wspominanym, a szkoda, bo to kawał porządnego i pełnego wdzięku kina, w które powinien wgryźć się każdy fan blaxploitu.

Tytułowa Friday (Pam Grier) to utalentowana fotografka mody z Los Angeles, która już w pierwszych minutach filmu dostaje bojowe zadanie. W noc sylwestrową musi wyruszyć na lotnisko aby tam zrobić zdjęcia przybywającemu do miasta najbogatszemu, czarnoskóremu mężczyźnie Ameryki. Na miejscu staje się jednak świadkinią zamachu, którego ofiarą pada filantrom. Szybko okaże się, że to dopiero początek większego spisku.

Co ciekawe, Arthur Marks, który w tym samym roku wyreżyserował również doskonałe Porachunki w Bucktown, tym razem przeniósł na ekrany…komiks znany dotychczas z łam Chicago Tribune. Przy okazji ponownie dostarczył tego czego oczekuje się od sprawnego blax filmu: muzykę, blichtr i wartko napisaną historię, pełną posągowych, charyzmatycznych kobiet i skończonych łachudr. Łatwo dryfuje się przez ten niewymuszony świat, gdy w żyłach bohaterów pulsuje funk, a kamera miękko wibruje wokół kolejnych pokazów mody, łapiąc niezobowiazujące rozmowy i fantastyczne kroje barwnych ubrań. Sprawnie serwowany humor dobrze buduje relacje między bohaterami, a miasto chłonie się z całym dobrodziejstwem klimatu epoki.

To trochę też blax z przymrużeniem oka, bo nie można oprzeć się wrażeniu, że twórcy nie do końca serio traktują niektóre z prawideł gatunku, niejako definiowanych poprzez przesyt. Montaż scen pościgów urozmaicany jest humorystycznymi wstawkami. Przegięty alfons ugina się pod ciężarem utartej kreacji, kończąc jako własna parodia, a jego dziewczyny zdają się już marzyć o przejęciu władzy nad własną karierą.

Lekkość z jaką podchodzi się tu do pewnych wyznaczników nurtu, bynajmniej nie oznacza jednak wyłącznie komediowego tonu. Udanym kontrapunktem dla niezobowiązujących żartów słownych i sytuacyjnych są elementy kryminalne i te skupiające się na skorumpowanych politykach. Choć tak naprawdę tym razem to nie oni są tu najmocniej akcentowani. Film Marksa to bowiem socjo-polityczna fantazja o zjednoczeniu wszystkich czarnych polityków, którzy wykreowaliby nowe możliwości dla społeczeństwa idealnego. Jak przekonuje film, byłby to pierwszy raz, kiedy wszyscy czarni politycy pracowaliby razem, by zburzyć „mur uprzedzeń i dyskryminacji”. Te bolączki, tak przecież istotne w kreacji kina blaxploitation tym razem fukcjonują w tle, jako rodzaj niewypowiedzianego zagrożenia, przed którym może ochronić tylko liberalna praca u podstaw, odciągająca kolejne pokolenia (wątek brata Friday) od trudów ulicy.

Sama Friday to być może tylko kolejna wyzwolona heroina na aktorskim koncie Pam Grier, choć ostatecznie nie można odmówić jej charyzmy i wyjątkowej sprawczości. Doskonale zmontowane są te momenty gdy Friday zanurza się w mroczną stronę miasta, tropiąc złoli z pierwszego zamachu, przemieszczających się po obskurnych pustostanach. Muzyka w tle spowalnia, zdjęcia ciemnieją, gęstniejący klimat od razu uderza. W takim świecie znajdzie się miejsce również na sceny wyjątkowo brutalne. Wspomagana na drugim planie prawdziwymi gwiazdami nurtu (świetny, obsadzony trochę w kontrze do swojego dotychczasowego gatunkowego emploi Yaphet Kotto) jest nie tyle fantazją o seksownej mścicielce, co bohaterką z krwi i kości, chętnie akcentującą przy okazji swoją fizyczność na własnych zasadach. Gdy trzeba ruszyć w pościg ukradnie nawet karawan, nie ugina się przed ryzykiem, w pogoni za prawdą nie ma środków, których nie mogłaby przedsięwziąć. Po sukcesach Coffy i Foxy Brown, tym razem była bohaterką nie tyle motywowaną zemstą, co raczej tą poszukującą prawdy w imię dobra całej społeczności. W stylowych kompletach z satyny równie sprawnie uciekała co zadawała szyku na wystawnych przyjęciach.

Ostatecznie film Marksa można przypisać do kategorii tych, które dobrze sprawdzają się jako seans na początek przygody z nurtem blaxploitation. Z jednej strony odpowiednio zaczepiony w charakterystycznych punktach gatunku, daje wgląd w to z czym jego odbieranie się wiąże. Z drugiej zaś postawienie bardziej na akcję i wizualne smaczki (świetnie nakręcone pościgi samochodowe) niż społeczno-polityczne konteksty ułatwia zagłębienie się w samej historii, nawet bez bagażu w postaci rozumienia dwuznacznych podtekstów i historycznych nawiązań. Na szczęście ci którzy z nurtem są już za pan brat, też znajdą coś dla siebie. Wyzierająca z drobnych dialogów, uśmiechów i pojedynczych scen, samoświadoma ironia, dodaje całości drugiego dna, które łatwo wyłuskać, mając już opatrzone blaxploitowe tropy. W końcu czasami nie ma nic ważniejszego niż po prostu dobra zabawa w odczytywanie na nowo tego co już (pozornie) znamy.

Entuzjastka kampu, horrorów i kociego futra. Po godzinach marzy o wynalezieniu wehikułu czasu, który przeniósłby ją do obskurnych kin na nowojorskim Times Square z lat 70. Jej życiową misją jest zaszczepienie w widzach miłości do dziwności.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*