The Goddamned: The Virgin Brides

Daleko mi do fana opowieści biblijnych czy szerzej – religijnych – toteż reklamowana dziwacznie jako „biblijne noir” seria The Goddamned, początkowo prezentująca losy nie mogącego umrzeć Kaina, nie zapowiadała się dla mnie jakoś szczególnie interesująco. Ale jej autorami są Jason Aaron i R.M. Guerra, twórcy mistrzowskiego neo-noir Scalped. Toteż musiałem to skosztować. No i cóż, wydane także w Polsce Before the Flood szybko mnie w sobie rozkochało, okazując się niezwykle pomysłową, drapieżną i empatyczną opowieścią przetwarzającą wybrane elementy Biblii na modłę surowego dark fantasy. Niestety, jednym ze znaków rozpoznawczych serii szybko stały się straszne opóźnienia i nie tylko na nowe zeszyty trzeba było czekać miesiącami, ale też pod znakiem zapytanie stanęło wydanie kolejnej opowieści cyklu. Po paru latach przerwy światło dzienne ujrzało wreszcie The Virgin Brides. Po kolejnych opóźnieniach wydawniczych jego piąty i ostatni zeszyt trafił ostatnio w moje ręce. Teraz już wiem z całą pewnością, że jeśli miałbym opisać jakość tejże opowieści jednym słowem, byłoby to słowo następujące: „miazga”.

Ale zacznijmy od początku. Na pierwszy rzut oka The Virgin Brides wydaje być historią kompletnie inną od Before the Flood. O ile bowiem w tragicznej wędrówce Kaina, mimo wywrotowości względem Biblii, twórcy raczej unikali krytyki religii, kościoła czy Boga, skupiając się na ultra-brutalnej akcji i mizantropijnym portretowaniu świata, który umiera, gdyż jego głównymi wyznacznikami są kości, krew i odchody skretyniałych barbarzyńców, o tyle tutaj już nie kryją swoich poglądów. Religia wykorzystywana do władzy, kościelna indoktrynacja i kontrola, wreszcie potraktowane dosłownie błędy samego Boga oraz spaczenie patriarchatu zostają tu bardzo otwarcie zgnojone. Samo miejsce akcji jest również diametralnie inne. Tym razem oglądamy idyllicznie prezentujący się – ba! niemal rajski – ogród i znajdującą się w jego centrum górę. Żyje tutaj ultra-katolicka, składająca się wyłącznie z kobiet, grupa o bardzo dokładnie zaprezentowanej strukturze. Na dole góry żyją matki, czyli kobiety zajmujące się uprawą roli oraz wychowywaniem podejrzanie licznych dziewczynek. Jak się okazuje, w momencie doczekania się pierwszej miesiączki wybrana dziewczynka otrzymuje status żony. Wówczas poinformowane o tym zostają mieszkające w wyższych partiach góry wojowniczki, na co dzień zajmujące się opuszczaniem (labiryntowego) terenu ogrodu, aby mordować mężczyzn i porywać kolejne kobiety i dziewczynki z okolicznych wiosek (chłopców zostawiając na pastwę losu przy stosach trupów swoich bliskich). Wojowniczki biorą przygotowaną już żonę na szczyt góry, aby ta poślubiła tam anioła. Dochodzi wówczas do „wniebowzięcia” i zapłodnienia (gwałtu?), rezultatem którego taka biedaczka rodzi później nefilim – spotworniałe olbrzymy rozrywające swoje matki podczas porodu, a później rozkochane w przemocy.

Ponownie pomysł na bezkompromisową fabułą Aaron wziął z Księgi Rodzaju, a dokładniej z jednego z ledwie kilku w całej Biblii fragmentów dotyczących legendarnych nefilim i ich powstania jako konsekwencji stosunku synów bożych z ziemskimi kobietami. Wokół tego pomysłu stworzył quasi-kościelną sektę zajmującą się nauczaniem dzieci bezwzględnego posłuszeństwa, strachu wobec i zarazem bezgranicznej miłości do Boga, wreszcie zwykłego niewolnictwa. (Mimo przemycanego również strachu przed mężczyznami i całkiem przekonującym prezentowaniem rozpadu świata jako rezultatu męskiej przemocy, dziewczyny uczone są, że kobiety to naturalne niewolnice, gorsze od płci brzydkiej. Innym ciekawym paradoksem – sugerującym nie tyle względność ról płciowych, co hipokryzję sekty – jest także to, że, jak już wspomniałem, mamy tu bardzo silne i bardzo „męskie” postaci wojowniczek.)

Matki, tak piorące dzieciom mózg, jak i poniżające i bijące je w razie przejawów jakiegokolwiek nieposłuszeństwa, w kółko powtarzają podobne sloganowe regułki, a swoje podopieczne przekonują do regularnej modlitwy rozwiewając wszelkie wątpliwości manipulacją oraz groźbą przemocy. Być może najlepiej charakter tego wychowania oddaje ten oto dialog z pierwszego zeszytu między dziewczynką imieniem Sharri a Panią Matką, czyli staruszką liderującą matkom:

– A o co Ty się modlisz, siostro Sharri?

– O odpowiedzi, chyba.

– Odpowiedzi? Wszystkie odpowiedzi, jakich potrzebujesz, są ci dawane przez matki, nieprawdaż?

– Tak, ale… myślałam, że… teraz… Teraz już nie wiem, pani matko.

– Pytania, na które nie odpowiadamy, nie powinny być zadane. To robota diabła. Wyrzuć je z głowy, mała siostro. Inaczej zrobimy to za Ciebie.

Grzeczna i początkowo strachliwa, ale też pięknie empatyczna i inteligentna, Sharri to jedna z dwóch głównych bohaterek opowieści. Tą drugą jest jej przyjaciółka Jael – odważna, cokolwiek agresywna i wulgarna buntowniczka, co chwila karana przez matki pobiciem. Właściwe zawiązanie akcji rozpoczyna się, gdy dziewczyny postanawiają uciec z katolickiego obozu pracy i zagłady. To zaś, oczywiście, przynosi nam wielki pościg. Podróż definiowaną strachem, przemocą, ale też siłą wiary, nadzieją i marzeniem o wolności (wolnej woli), a wreszcie – co najważniejsze – autentycznie łapiącą za serducho historię o wielkiej przyjaźni i miłości. Gatunkowo jest to trudna rzecz do jednoznacznego sklasyfikowania, trudniejsza nawet niż w przypadku Before the Flood, którego określenie mianem „dark fantasy” jest wszakże umowne. Mamy tu niezwykłą mieszankę dramatu przygodowego, melodramatu, fantasy (jeśli za fantasy uznać elementy Biblii potraktowane bardzo dosłownie), horroru (brutalne i koszmarne sceny z nefilim) oraz akcji, która w kontekście tego wszystkiego, wywodzić by się mogła tak z opowieści o barbarzyńcach, jak i, dajmy na to, z kina postapo. W końcu, mimo rajskiego tym razem otoczenia, ciągle mamy tu do czynienia z umierającym światem, który czeka zaraz słynny Potop. Sam scenarzysta wspominał zresztą, że podczas pisania myślał o powieściach Cormaca McCarthy’ego oraz filmach o Mad Maxie. „Przy tematyce, jaką mamy, możemy pójść w różne strony” – tłumaczył gatunkową specyfikę serii w jednym z wywiadów. – „Możemy z tego zrobić opowieść o jaskiniowcach. Możemy to zrobić spaghetti westernem. Możemy to zrobić dramatem samurajskim. Guera i ja możemy się odnieść do wielu różnych rzeczy, jakie kochamy, w obrębie tej jednej [opowieści]”.

Początkowo leniwe i niepozorne The Virgin Brides doskonale uzupełnia Before the Flood. Tak fabularnie, jak i wizualnie otrzymujemy znaczne powiększenie świata przedstawionego, teraz spod znaku ładniejszych widoków, ale podobnie eksploatacyjnego traktowania ludzkości. Specyficznie brzydka, na poły groteskowa kreska Guery sprawdza się tu równie dobrze, jak w brudniejszych momentach serii, a Aaron sprytnie rozwija wcześniej ledwie muśnięte wątki, dziecięcą perspektywę prezentując równie przekonująco, jak tą nieśmiertelnego Kaina. I tak, The Virgin Brides to komiks ostatecznie tak samo świetny. Mimo że podobał mi się od początku, nie spodziewałem się, że dorówna „jedynce”. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale historia rozwija się wspaniale, a kończy finałem, który zachwycił mnie do reszty. Panowie Aaron i Guera, błagam, nie każcie nam czekać kolejnych parę lat na następną część The Goddamned. Ta seria ma naprawdę duży potencjał, by osiągnąć poziom Scalped.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*