Variety (1983). Obsesja na punkcie porno

Amerykańskie kino niezależne tworzone przez kobiety nadal nie doczekało się uznania, jakim cieszyły się produkcje zrealizowane przez męską część twórców, a nawet jeśli zyskiwało najmniejszy rozgłos, szybko odchodziło w zapomnienie. Do najważniejszych przedstawicielek tego nurtu należały między innymi Ida Lupino – znana z roli w głośnym filmie High Sierra (1941) w reżyserii Raoula Walsha, gdzie partnerowała Humphrey’owi Bogartowi, oraz Barbara Loden – żona Elii Kazana, którego obrazy Tramwaj zwany pożądaniem (1951), Na nabrzeżach (1954) czy Wiosenna bujność traw (1961) na stałe zapisały się na kartach X muzy. Obie artystki, pomimo doświadczenia po obu stronach kamery i posiadania odpowiedniej dawki charyzmy, nie odniosły takiego sukcesu, co męscy twórcy w osobach Johna Cassavetesa czy Stana Brakhage’a. Może miało to związek z tym, że kobiety nie posiadały wystarczającego warsztatu i pomysłów, jakimi dysponowali przywołani przed momentem panowie, a może – co bardziej prawdopodobne – budziły w tamtym okresie kontrowersje z powodu piastowania funkcji reżyserek. Cassavetes i Brakhage, podobnie jak Lupino i Loden, tworzyli produkcje surowe i mało przystępne, i trudno doszukać się powodów, dla których damska frakcja miałaby realizować je gorzej od męskiej. Przypadek Loden jest szczególnie intrygujący, gdyż posiadała wszelkie atrybuty gwiazdy filmowej, a mimo to zapragnęła zostać reżyserką. Jeśli dodać do tego związek z wpływowym Elią Kazanem, nic nie powinno stanąć na przeszkodzie, aby kręciła własne dzieła. Zrealizowała tylko jeden obraz, w którym zagrała także główną rolę – Wandę (1970) – co w zupełności wystarczyło, aby nazwisko tej samodzielnej autorki wymieniać jednym tchem z najważniejszymi twórcami pracującymi na własnych zasadach. Bette Gordon, bohaterka niniejszego tekstu, jest kolejną, po Lupino i Loden, znaczącą artystką, a jej bezkompromisowe prace, podobnie jak w przypadku starszych koleżanek po fachu, ogniskowały się wokół dylematów kobiet.

Gordon debiutowała filmem Empty Suitcases (1980), który poruszał temat kobiet i ich problemów na płaszczyźnie polityczno-społecznej. Z powodu specyficznej formy i skromnego warsztatu realizatorskiego obraz przeszedł niezauważony. Jej kolejny film, Variety, z uwagi na kontrowersyjną wymowę, spotkał się z dużo większym zainteresowaniem niż produkcja nakręcona trzy lata wcześniej. Drugi obraz Gordon jest bowiem dziełem unikalnym zarówno pod kątem tematyki, jak i wykonania, a główna rola Sandy McLeod – choć oszczędna na płaszczyźnie gestów i mimiki – uderza autentycznością. Amerykańska aktorka wciela się w postać Christine, młodej dziewczyny poszukującej szybkiego zatrudnienia. Pewnego dnia kobieta podejmuje pracę jako bileterka w kinie wyświetlającym filmy dla dorosłych. Nowa funkcja nie jest specjalnie wyczerpująca, a bezpośredni przełożony, Jose, zachowuje się bardziej jak kumpel niż srogi szef i robi wszystko, aby świeżo zatrudniona czuła się w miarę komfortowo. Jednakże im dłużej Christine doświadcza lubieżnych czułości bijących z ekranu, tym bardziej zaczyna to na nią oddziaływać. Ponadto sytuację komplikuje stały klient kina Louie, z którym dziewczyna nawiązuje znajomość.

Variety jest obrazem surowym, skonstruowanym głównie z ujęć statycznych, których nocna barwa – podlana „erotyczną” czerwienią bijącą z miejskich neonów – działa zdecydowanie na jego korzyść. Pierwsze kadry od razu przywodzą na myśl Taksówkarza (1976) w reżyserii Martina Scorsese, a tempo produkcji kojarzy się z wcześniej wspomnianą Wandą Barbary Loden. Film Gordon snuje się tak, jak jego smutna i wyobcowana bohaterka, a pikanterii całości dzieła dodaje fakt, że kobieta rozpoczyna swoją zmysłową podróż od seansów pornograficznych w kinie, a kończy na wszelkiej maści sex-shopach i miejscach o podobnym charakterze. Z początku na pierwszy plan wysuwa się fascynacja dziewczyny ostrymi sekwencjami seksu, skropionymi obscenicznymi komentarzami męskiej części obsady względem skrępowanych aktorek, jednak im dłużej towarzyszymy głównej bohaterce – czy to przed ekranem kinowym, czy w sklepach z akcesoriami erotycznymi i automatami służącymi do obejrzenia krótkiego, „świńskiego” obrazka – okazuje się, że problem tkwi gdzie indziej.

Christine jest bowiem samotną kobietą nieświadomą do końca swojej atrakcyjności, o czym świadczy chociażby rozmowa z troskliwym, acz nieco egoistycznym „partnerem” – Markiem (bardzo dobra kreacja Willa Pattona), gdy podczas szybkiej kolacji w barze mówi do niego: „Siedzę w szklanej budce pomiędzy wejściem do kina a ulicą. Większość facetów, która tam przychodzi, sprawia wrażenie samotnych, zamkniętych w sobie. Paru lepiej prosperujących też tam zagląda, ale mam wrażenie, że robią to, bo po prostu nie mogą się pozbierać. Czasami myślę, że przychodzą, bo jestem dla nich w pewnym sensie interesująca, ale bardziej wydaje mi się, że są zażenowani moja obecnością w takim miejscu”. Dopiero gdy młoda dziewczyna wejdzie w relację ze sporo starszym od siebie mężczyzną o niejasnej profesji, imieniem Louie, doświadczy szacunku i docenienia, bo poza subtelną adoracją z jego strony tajemniczy biznesmen wyda się jej kimś znaczącym.

Variety jest najbardziej znanym filmem spośród wszystkich prac Bette Gordon, która na co dzień pełni funkcję profesora Columbia University School of the Arts. Do jej największych inspiracji należy przede wszystkim twórczość nowofalowego francuskiego reżysera Jean-Luca Godarda. Autorka, jako dodatkowy stymulant, wyszczególniła również dzieła Cassavetesa i Rainera Wernera Fassbindera, a na późniejszym etapie kariery obrazy Wong Kar-wai’a, ze Spragnionymi miłości (2000) na czele. Pomimo inspiracji niezwykle wyrazistymi artystami Gordon tworzyła produkcje totalnie odmienne zarówno pod kątem treści, jak i formy, a fabularną oschłość scen zawartych w Variety można co najwyżej zestawić z pracami męża Geny Rowlands. Cassavetes kadrował bowiem w podobny sposób, a tempo jego filmów było niewiele dynamiczniejsze niż w przypadku omawianego dzieła, choć jakby wziąć na warsztat Zabójstwo chińskiego bukmachera (1976), obraz Gordon wydaje się przy tym etiudą spod ręki Michaela Baya.

Największym atutem Variety jest odtwórczyni głównej roli, Sandy McLeod. Scena, w której dziewczyna w detalach opowiada Markowi, co niedawno zobaczyła w kinie porno, jest najlepszą spośród wszystkich zawartych w filmie. To jedyny moment, gdzie widzimy Christine rozemocjonowaną, ale nie podnieconą; rezolutną, przez co pozbawioną niepewności i chorobliwej zadumy. Kobieta sprawia wrażenie, jakby nie panowała nad tym, co mówi, a dzięki swojemu niekontrolowanemu wybuchowi staje się w końcu nieosiągalna w oczach partnera, który przez cały czas patrzył na nią oceniająco, nie próbując nawet porozmawiać o tym, co ją nurtuje (lub pociąga). Dramat Chrisitne jest dokładnie taki sam, jak problemy dotykające klientów kina – to dziewczyna bez perspektyw, całkowicie zdana na siebie, samotna i przygnębiona bezbarwnością następujących po sobie dni. Może właśnie to pobudziło w niej impuls do zapoznania się z „tajemnicą”, jaka czai się za drzwiami sali kinowej, po otworzeniu których już nic nie będzie takie, jak wcześniej.   

Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego na kierunkach Pedagogika społeczna oraz Dziennikarstwo i Komunikacja społeczna. Zafascynowany kinem i muzyką do tego stopnia, że wraz z kilkoma najbliższymi osobami przenosi wybrane filmy na płaszczyznę muzyczną. Regularnie publikuje recenzje dla portali Plaster Łódzki i Old Camera. Złe filmy dla niego nie istnieją. „Kobieta z wydm”, w reżyserii Hiroshiego Teshigahary, to jego ulubione dzieło filmowe.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*