Wysypisko #18: Gothic giallo

Dzisiaj odcinek dla entuzjastów grzebania w zapomnianej historii europejskiego kina gatunków. Giallo, jak wiadomo, to twór bardzo eklektyczny, mieszający wzorce zaczerpnięte z odmiennych konwencji i stylów. Jednym z najbardziej wpływowych dla żółtej pulpy był horror gotycki, który w wypadku niektórych filmów odcisnął wyjątkowo wyraźne piętno. Poniżej opisy trzech spośród możliwie najbardziej gotyckich – oraz możliwie najbardziej obskurnych i zapomnianych – gialli z lat 60., kiedy to gatunek ciągle jeszcze raczkował, ale już miał co nieco do zaoferowania.


1964 – 24 Hours of Terror (reż. Gastone Grandi)

Dosyć osobliwy przykład bardzo wczesnego giallo. Czy może raczej proto-giallowej hybrydy, na którą składają się film gangsterski, thriller „szpiegowski”, murder mystery, a nawet elementy sexploitation (pojawiające się co prawda w tylko jednej scenie, gdzie oczekiwane uniesienie miłosne poprzedzone zostaje swego rodzaju striptizem) i wreszcie wpływy horroru gotyckiego (quasi-gotycka sceneria, niesiony echem obłąkany śmiech tajemniczego mordercy, przypominającego wówczas wszechobecnego upiora). Całość jest bardzo tania i bardzo głupia, co potrafi przynieść względnie sporo „b-klasowej” frajdy. Ale zacznijmy od początku, a ten jest tak naszpikowany punktami zwrotnymi, że aż absurdalny. Akcja dzieje się we Włoszech. Oto obserwujemy jakiegoś mężczyznę – nazwijmy go Panem X – jadącego na lotnisko. Do lotniskowej toalety wchodzi za nim inny, dzierżący pistolet w dłoni, ale Pan X załatwia go strzałem od tyłu. Następnie odbiera z samolotu innego mężczyznę, nazwijmy go Panem Y. Jadą razem do pobliskiego hotelu. Pan X tłumaczy Panu Y, że w hotelu czekać będzie na niego dwóch innych z jego szajki. Odwozi go tam i jedzie dalej, a my już go (Pana X) nigdy nie widzimy. Pan Y idzie do pokoju hotelowego. Tam zostaje zaatakowany przez Pana Z oraz jego wspólnika. Goście rozbierają go i wiążą. Pan Z mówi swojemu wspólnikowi, żeby się pozbył ciała Pana Y. Wtedy do hotelowych drzwi puka jeden z tych dwóch, co czekali na Pana Y. Wówczas Pan Z podaje się za Pana Y, po czym atakuje pukającego, wiąże go, prosi swojego wspólnika o pozbycie się również i jego, a sam wyrusza z pokoju hotelowego na spotkanie z drugim z mężczyzn, co czekali na Pana Y. Pan Z jedzie z nim do wielkiej posiadłości będącej kryjówką gangsterów specjalizujących się w handlu narkotykami. Tam czeka na nich trzech innych przestępców – w tym wielki boss całej szajki – oraz dwie dziewczyny, które nie bardzo wiadomo, co tam robią. Antybohaterski Pan Z, wysłany doń przez tajemniczych wspólników z USA, ma im pomóc w transakcji narkotykowej. Jednak nastaje noc. Gdy wszyscy szykują się do snu, do akcji wkracza tajemniczy morderca, który, najwyraźniej, planuje ich wszystkich po kolei wymordować.

Choć opis wskazywać może na coś zagmatwanego i niejasnego, akcja filmu daleka jest od szybkich, a od momenty przybycia antybohatera do posiadłości gangsterów staje się bardzo prosta. Wprawdzie do samego końca nie wiadomo, kim właściwie jest Pan Z podający się za Pana Y (czy to ktoś z konkurencyjnego gangu, policjant czy może ktoś jeszcze inny?*), ale staje się on postacią stopniowo coraz to sympatyczniejszą (a nawet zaczyna powoli przypominać Jamesa Bonda, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że okazuje się działać na płeć przeciwną niczym lep na muchy). Natomiast początkowo okazjonalny wątek mordercy (jego pierwsze pojawienie się następuje dopiero po połowie godziny, a drugie po blisko godzinie filmu) zaczyna dominować w wielkim finale, ale jest banalnie prostym, niemal wyzbytym „czerwonych śledzi”, motywem whodunnit. Co ciekawe, nie widzimy, jak morduje swoją pierwszą ofiarę, od razu znajdujemy ją z nożem wbitym w plecy. Następnie widzimy zaś, jak nosi ikoniczne dla giallo czarne skórzane rękawiczki, pojawią się też klasyczne stalkerowskie ujęcia z jego perspektywy, choć już w drugiej scenie mordu jego narzędziem zbrodni jest… łuk! Całość jest strasznie drętwa, definiowana drewnianym aktorstwem i łopatologicznymi, a czasem cudownie kretyńskimi dialogami („Nie zapominaj, każda osoba ma przeszłość”), wreszcie cokolwiek chaotyczną i nieporadną narracją.

Film posiada jednak nie tylko interesujące, ale też względnie udane momenty. Te dotyczą zwłaszcza ścieżki dźwiękowej, w pewnych miejscach stricte jazzowej i mocno noirowej, w ten sposób tworzącej naprawdę fajną atmosferę (zwłaszcza we wspomnianej wyżej scenie „seksploatacyjnej”), oraz wybranym scenom oscylującym wokół postaci mordercy. Np. gdy otrzymujemy fragment pościgu Pana Y za zabójcą, reżyser nagle wplata ujęcia obserwujących zdarzenie sów, co z miejsca przywodzi na myśl jedne z fajniejszych momentów kultowej Nocy myśliwego (1955). Z kolei gdy morderca grasuje w gigantycznej willi w ciemnościach, oglądamy jego nogi pojawiające się na schodach oraz iście ekspresjonistyczne cienie na ścianach, co w towarzystwie odpowiednio mrocznej muzyki prezentuje się jak żywcem wyjęte z jakiegoś urokliwego gotyku o upiorze na zamku (zwłaszcza, że i sama willa jawi się wówczas jako labiryntowa lokacja). Nie, żeby to wszystko miało sprawić, że widz zapomni, iż ma do czynienia z filmem niewysokiej jakości, ale nie czepiajmy się szczegółów. Jest ciekawie i sympatycznie.

*SPOILER: Amerykańscy dystrybutorzy nie przejmowali się takimi subtelnościami i zatytułowali film FBI Against Drug’s Empire.


1964 – Death on the Fourposter a.k.a. Sexy Party (reż. Jean Josipovici)

Oto bogaty młodziak imieniem Riccardo zabiera paczkę swoich przebojowych przyjaciół do posiadanego przez jego rodziców zamczyska. Wybierają się tam na weekend, aby poimprezować, za swoje główne zainteresowania mając, jak niejednokrotnie mówią, alkohol i seks. Gdy przybywają na miejsce, film, początkowo zdobiony na zmianę jazzową i rock’n’rollową muzyką, staje się bardzo lubieżny; niewiele pokazuje (kilka pań w bieliźnie tu i tam), lecz wiadomego rodzaju sugestii i żarcików w nim zdecydowanie nie brakuje. Charakter fabuły zaczyna się stopniowo zmieniać, gdy do ekipy niespodziewanie dołącza niekoniecznie zaproszona przez gospodarza uwodzicielska i cokolwiek prowokacyjna piękność imieniem Serena, która zabiera za sobą amanta mającego się okazać medium. Początkowo para trochę rozbija imprezę za sprawą gierek uwypuklających zepsucie i zakłamanie towarzystwa (np. Serena w ramach zakładu uwodzi pewnego chłopaka na oczach jego dziewczyny, czym niemal doprowadza do rozpadu związku). Właściwa akcja fabuły rozpoczyna się, gdy wspomniane medium, w ramach seansu spirytystycznego, przewiduje że w zamku wydarzy się brutalna tragedia i wszyscy powinni wracać do domu. On sam zaraz ucieka z miejsca przerażony. Reszta postanawia zostać.

Jak nietrudno się domyśleć, wkrótce dochodzi do mordu na pewnej pięknej kobiecie. Niestety, dzieje się to dopiero po 50 minutach filmu (i to poza kadrem), gdyż tempo narracji jest bardzo dalekim od szybkich. Samo w sobie nie stanowi to jeszcze minusu, ale film, mimo „nowoczesnej” lubieżności, wydaje się po prostu dziwnie staroświecki, jak na połowę lat 60. Ma kilka ciekawych postaci (Serena, jej towarzysz, a także pracownicy rodziców Riccardo, czyli tajemnicza, złowrogo prezentująca się służąca oraz groteskowy pomocnik wyglądający jak daleki krewny Igora od doktora Frankensteina). Mimo że reżyser sugeruje, iż to wokół nich kręcić będzie się ta mroczniejsza część fabuły, otrzymują oni dosyć niewiele czasu ekranowego. Zamiast nich oglądamy przeważnie pozostałe postaci, czyli przebojowych młodziaków marzących o wiecznej imprezie. Niestety, są oni bardzo nijacy i może poza Riccardo, który w pewnym momencie zaczyna wyróżniać się pewną neurotycznością, zlewają się w jedno. Mało tego, ich rozmowy, których niestety jest stosunkowo dużo, są strasznie błahe, a i nawet ich „gotyckie” błądzenie po zamczysku nie przynosi wiele napięcia. Co jakiś czas głupio rozdzielają się, ale nawet gdy są w ciemnościach i narażone są na atak tajemniczego mordercy, ciężko się nimi choćby minimalnie przejąć.

Szkoda, bo lokacja była świetna i prezentuje się całkiem ładnie, oferując fajną scenografią i pewną ukrytą piwnicę / lochy obiecujące więcej grozy, do tego została całkiem ładnie sfotografowana przez Rafaele Masciocchi (autor zdjęć do m.i.n klasycznego The Horrible Dr Hitchcock [1962]). Ale niestety, budowanie napięcia i kreowanie odpowiedniej atmosfery nie idzie w parze z banalnymi dialogami nieinteresujących postaci, ślamazarnie prowadzonym wątkiem whodunnit i niewielką liczbą scen akcji. Jak wspomniałem, na pewien ratunek przychodzi później Riccardo, który pod wpływem całej morderczej intrygi zaczyna popadać w obłęd, co przynosi ciekawe orzeźwienie drętwej fabule (dość powiedzieć, że w pewnym momencie sam chwyta brzytwę, wierząc że to może on jest mordercą, co przynosi też fajną melancholijną atmosferę w kilku miejscach) i zapowiada już kolejne gialli czerpiące z gotyckich melodramatów, od już znacznie lepszego Libido (1965) do popularnych obrazów Umberto Lenziego. Niestety, mimo ładnego gotyckiego kostiumu, Death on the Fourposter nie oferuje wystarczająco wiele gatunkowej rozrywki, choć oczywiście stanowi przypadek względnie ciekawy dla giallo-badaczy z uniwersytetu zakurzonej pulpy.


1966 – Murder Clinic (reż. Elio Scardamaglia, Lionello De Felice)

Wzorcowa hybryda giallo i horroru gotyckiego, o czym być może najbardziej świadczy fakt, że jej opis znajdziemy zarówno w leksykonie giallo Troya Howartha, jak i w leksykonie horroru gotyckiego Roberto Curitego. Ten pierwszy opisuje go jako wyrównany miks obu rodzajów opowieści, natomiast ten drugi jako gotyk, ale z istotnymi elementami giallo i już zapowiadający sewentisowy boom na żółtą pulpę. Film nie jest niestety udany, choć pierwsze pół godziny wskazuje na coś co najmniej interesującego. Oto otrzymujemy rozgrywającą się w XIX wieku fabułę o pracownikach i pensjonariuszach wielkiego, jakby-ekskluzywnego szpitala psychiatrycznego, w którym, jak oglądamy już w pierwszej scenie, zaczyna grasować tajemniczy seryjny morderca (zakapturzony, noszący – a jakże – czarne skórzane rękawice i zabijający brzytwą). Ciekawych postaci teoretycznie nie brakuje: oprócz niezidentyfikowanego mordercy mamy szefującego placówce lekarza, wygonionego wcześniej ze świata nauki z powodu jakichś niemoralnych praktyk (i długo ukazywanego złowrogo, aby, rzecz jasna, sugerować widzowi, że to on jest mordercą), jego zimną jak lód żonę (która – SPOILER – na wzór dokonań Bavy czy wybranych filmów krimi, okazuje się być tymże mordercą), agresywnego, bucowatego i wiecznie napalonego na wszystkie pacjentki pomocnika, pacjenta-schizofrenika, który w jednej chwili z sympatycznego jegomościa przeobraża się w niebezpiecznego agresora, nową – seksowną i dobroduszną pielęgniarkę – która początkowo jawi się jako główna bohaterka, chorą psychicznie szantażystkę, która pojawia się dopiero po pół godziny filmu, tuż po zamordowaniu własnego męża, i która zostaje zaproszona przez lekarza do szpitala, gdzie zaczyna właśnie go szantażować (była świadkiem, jak zakopywał on zwłoki pewnej pięknej kobiety) i wydaje się przy tym stawać się bohaterką – dopóki sama nie zostaje zamordowana!, wreszcie nawet ukrywającego się na strychu szpitala „potwora”, czyli tajemniczą kobietę o mocno zdeformowanym, okaleczonym ciele, której historia okazuje się być najważniejsza dla całego filmu (łączy bowiem wszystkie wątki w całość).

Niestety, im dłużej film trwa, tym wolniejszy zdaje się być i zaczyna brakować w nim pomysłów, czemu cokolwiek chaotyczna narracja również nie pomaga. Mroczna atmosfera i całkiem stylowe, kolorowe zdjęcia (niemal Bavowskie kolory) nie wystarczają, kiedy większość postaci okazuje się wymienna i staje się nijaka, gdy wątek whodunnit nie wydaje się nawet w centrum zainteresowań twórców i cała intryga (no, poza wątkiem „potwora”) wydaje się być prowadzona niechlujnie. Szkoda, bo potencjał był na coś naprawdę fajnego. Zresztą autorami scenariusza byli tutaj Ernesto Gastaldi i Luciano Martino, co tłumaczy nawał całkiem ciekawych pomysłów (być może to reżyserzy je zmarnowali? Wcale bym się nie zdziwił).

Kilka lat później Fernando Di Leo nakręcił zaś Slaughter Hotel (1971), który ma wiele bardzo podobnych składników – tajemniczy morderca w ekskluzywnym szpitalu psychiatrycznym z pięknymi pacjentkami, w tym z jedną próbującą zabić swojego męża, gdy tam jedzie – ale reżyser szybko rezygnuje tam z gotyku sensu stricto i idzie w (podobnie chaotycznie, ale dużo odważniejsze w kwestii seksu i przemocy, i ostatecznie dużo bardziej charakterne) giallo per se. W książkach na temat historii gatunku można znaleźć opinie, jakoby Murder Clinic stanowiło świetny przykład gotyku mutującego i torującego drogę późniejszym thrillerom, których autorzy preferowali współczesność od bardziej umownych historii z odległej przeszłości, aby móc mocniej oddziaływać na widza stale szukającego nowych wrażeń. Ciężko się nie zgodzić i rzeczony Slaughter Hotel zdaje się być tego doskonałym dowodem.

Student brytyjskiego filmoznawstwa (obecnie radośnie piszący pracę doktorską na temat spaghetti westernu). Miłośnik gatunkowej włoszczyzny, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej, garażowego rocka i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*