When the Raven Flies (1984). Wikingowie a westerny

W oczekiwaniu na następny sezon Wikingów (Vikings 2013-) chciałoby się oszukać głód poprzez spożycie jakiegoś surogatu. Próbowałem tego już po zakończeniu pierwszej serii tegoż serialu i przekonałem się wówczas, że filmów o wikingach jest bardzo mało, a tych udanych zaledwie kilka. Nie trzeba chyba dodawać, że piszę to z tej części piekła, w której trzymają popaprańców jarających się ultra-pulpowym kinem, więc wielkich wymagań nie mam. When the Raven Flies (Hrafninn Flygur), który otwiera „trylogię wikińską” Hrafna Gunnlaugssona, jest zdecydowanie jednym z najlepszych.

Co ciekawe, film ten nie jest wytworem Hollywoodu, a dzieckiem ubogiej kinematografii islandzkiej, gdzie kino gatunkowe (za wyjątkiem komedii, oczywiście) jest ewenementem jeszcze większym niż w Polsce. Mimo, że dziś wydaje się zapomniany, to w swoich czasach odniósł całkiem spory sukces. A przynajmniej jak na obraz pochodzący z tak egzotycznego kraju. Nominowany był do Fantasy Film Award i próbował wbić się do konkursu Oscarowego. Bez skutku, acz trudno się temu dziwić, bo chwalony był właśnie za odejście od wzorca, w który Hollywood wsadzało wikińskie filmy.

When the Raven Flies jest do bólu brudny i nihilistyczny. Często zresztą określa się go mianem „najbardziej realistycznego wikińskiego filmu, jaki powstał”. Obsadę skompletowano głównie z zakazanych, bezzębnych ryjów, a akcja dzieje się na zapomnianych i ponurych kamienistych plażach oraz w górzystym krajobrazie, gdzie Loki mówi dobranoc, a trolle dupami szczekają. Majestatycznych drakkar i wielkich wypraw, z którymi kojarzą się wikingowie, właściwie tu nie ma, aczkolwiek akcję napędza odległe echo jednego z łupieżczych wojaży. Grupa wikingów podczas pirackiego wypadu trafiła do Irlandii, gdzie wyrżnęła rodzinę pewnego młodego Celta i uprowadziła jego siostrę. Dzieciak poprzysiągł zemstę i dwadzieścia lat później trafia na ślad oprawców. Wraz z łodziami kupców przybywa do zamieszkałej przez nich krainy. Działa w pojedynkę, ale jest przebiegły jak lis i mimo młodego wieku okazuje się śmiertelnie groźny, gdyż w międzyczasie stał się prawdziwym mistrzem w rzucaniu nożami. By dotrzeć do swojej siostry, przybysz zmuszony jest zdobyć zaufanie wikingów. Sytuacja komplikuje się, ponieważ na przestrzeni lat kobieta zasymilowała się ze społecznością i została żoną jednego ze swoich niegdysiejszych oprawców.

Swoją poetyką obraz Gunnlaugssona nawiązuje do obskurnych włoskich westernów będących krzywym zwierciadłem amerykańskich produkcyjniaków. Co więcej, bezpośrednio odnosi się do poszczególnych tytułów, przez co oglądając go czułem się jak ultras na meczu swojej drużyny. Punktem wyjścia była wiadoma trylogia Sergia Leone. Protagonista podobnie do postaci odgrywanej przez Eastwooda w Za garść dolarów (Per un pugno di dollari 1964) jest bezimiennym przybyszem znikąd, który za pomocą fortelu skłóci dwóch wikińskich bonzów. Podczas walk milczący bohaterowie puszczają sobie „zalotne spojrzenia” niczym rewolwerowcy gotowi do strzału, a prog-rockowa, mocno perkusyjna muzyka (zdaje się, że głównie stworzona na automacie-sentyzatorze), mimo iż zimna i pochodząca z innej epoki, to próbuje sprawować podobną funkcję, co westernowe soundtracki Morricone. Niestety Hrafn Gunnlaugsson nie był tak utalentowanym reżyserem jak Leone. Brak mu było nie tylko budżetu, ale i gracji. W efekcie film zbliżony jest raczej do spaghetti westernów pokroju Keomy (1976) i Django (1966). Inną, bardzo wyraźną inspiracją (być może najważniejszą po „trylogii dolarowej”) był tu mało znany, stworzony przy nikczemnym budżecie, wikiński obraz Mario Bavy Knives of the Avenger (I Coltelli del vendicatore 1966 – jeśli pominąć horrory, w których wyspecjalizował się ten reżyser, to jeden z moich ulubionych tytułów jego autorstwa). Co łączy oba filmy? Tematyka, bohater-nożownik oraz fakt, że oba to kino zemsty garściami czerpiące z westernu.

W warstwie fabularnej Gunnlaugsson bardzo mądrze pogrywa sobie z filmami o Dzikim Zachodzie, rozprawiając się przy okazji z trzaskanymi od sztancy hollywoodzkimi produkcjami o wikingach. Robi to na tej samej zasadzie, na jakiej włoskie westerny demitologizowały swoje amerykańskie odpowiedniki. Antagoniści są poróżnieni ze swoim królem i żyją niejako na wygnaniu. Zasiedlili nową krainę, gdzie zaczynają od początku, niemal jak osadnicy zdobywający Zachód. Zajmują się rolnictwem i żyją spokojnie do czasu, gdy pojawia się bezimienny chcący wymierzyć zemstę. Jego metody przypominają działanie Indianina – jest cichym zabójcą, predatorem, który czai się gdzieś blisko, ale antagoniści nie wiedzą gdzie. Motyw ten został zaczerpnięty z amerykańskiego antywesternu Chato’s Land (1972) z Charlesem Bronsonem brawurowo (o ile dobrze pamiętam, przez cały film nie pada z jego ust ani jedno słowo) odtwarzającym postać poszukującego zemsty Apacza. Warto też wspomnieć o włoskim pierwowzorze tegoż filmu – o Navajo Joe (1966), w którym Burt Raynolds wcielił się w rolę czerwonoskórego mszczącego się na sadystycznej bandzie łowców skalpów, która zmasakrowała jego plemię. Teoretycznie film o wikingach powinien opowiadać o bohaterskich ludziach północy, a western o kowbojach walczących z Indianami. Tymczasem bohaterem jest tu Irlandczyk, a wikingowie bandą zdegenerowanych drani. Motyw ten w zabawny sposób wykorzystali amerykańscy dystrybutorzy wprowadzając film Gunnlaugssona na rynek wideo jako Revenge of the Barbarians.

Szukając tu innych indiańskich wątków trzeba również wskazać na związki z Poszukiwaczami (The Searchers 1956) Johna Forda, w których postać kreowana przez Johna Wayne uporczywie szuka swojej bratanicy porwanej przez czerwonoskórych. Nie muszę chyba dodawać, że ostateczne losy Irlandki i kobiety są bardzo zbieżne. To film stojący niejako w rozkroku między westernem i niepowstałym jeszcze antywesternem, uznawany często za obraz zapowiadający nadejście okresu demitologizacji gatunku. Mimo iż Poszukiwacze posiadają klasyczną westernową fabułę (pogoń za Indianami), to bohater grany przez Wayne’a ukazany jest jako zaślepiony fanatyk, a efekt jego poszukiwań okazuje się niejednoznaczny. Z islandzkim filmem dzieło Forda łączą nie tylko analogie fabularne, ale i ostateczny wydźwięk, bo pod płaszczykiem historyjki o facecie rzucającym nożami kryje się przypowieść o bezcelowości zemsty. Moralitet przestrzegający przed tym, że mimo iż przeszłość nas prześladuje, to w żaden sposób nie da się cofnąć czasu i nie zawsze udaje się ją naprawić.

Gunnlaugsson jawi mi się jako przedstawiciel tego gatunku pulpowej poezji, który uprawia Nicolas Winding Refn. Pewnikiem jest więc to, że Valhala Rising (2009) jest niedalekim potomkiem dzieła Islandczyka. Mimo dużej dozy gatunkowości When the Raven Flies jest bowiem daleki od sztampy. Nie jest też filmem pustym, mającym być jedynie niezobowiązującą rozrywką. Mimo iż nie do końca się to udało (ale i Windingowi Refnowi też nie zawsze to wychodzi), zamiarem Gunnlaugssona było stworzyć kawałek mądrego kina.

Chociaż When the Raven Flies wywołał u mnie szybsze bicie serca, to jest jednak filmem pełnym przywar, dalekim od ideału i myślę, że dla współczesnego widza może być jednak niezjadliwy. Niemniej, jeśli interesujecie się kinem (jeśli naprawdę interesujecie się kinem, a nie Skazanymi na Shawshank czy inszymi Zielonymi Milami), to warto go poznać, bo jawi się jako brakujące ogniwo między wyidealizowanym, popkulturowym obrazem ludzi północy a tym, co dziś oglądamy w serialu Wikingowie.

Autor bloga Rękopis znaleziony w Arkham. Ponad dekadę temu zabłądził na marginesach kultury i do tej pory nie może się z nich wydostać. W tym czasie uzależnił się od pięknych kobiet, włoskich horrorów i podłej kawy, dzięki której napisał sporo tekstów krytycznych. Jest ostatnim człowiekiem na Ziemi.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*