Akcja, przemoc, niski budżet – runda 1.

Akcja, przemoc, niski budżet to kinomisyjna przestrzeń poświęcona niskobudżetowemu kinu akcji, acz – w uzasadnionych przypadkach – czasem zajrzymy też do rejonów opływających większą ilością gotówki. Prymarnie znajdziecie tu krótsze i dłuższe recenzje filmów anglojęzycznych, realizowanych od lat 80. do współczesności i z aktorami pokroju Dolpha Lundgrena, Scotta Adkinsa, Dona Wilsona, Lorena Avedona, Cynthii Rothrock, Reba Browna, Matthiasa Huesa i innych. Zapraszamy do lektury!


Bez odwrotu 2
No Retreat, No Surrender 2: Raging Thunder aka Karate Tiger 2 aka Raging Thunder
Reżyseria: Corey Yuen.
Scenariusz: Keith W. Strandberg, Maria Elena Cellino i Roy Horan.
Produkcja: Hongkong, USA
Premiera: 05.11.1987

Obsada: Loren Avedon, Max Thayer, Cynthia Rothrock, Matthias Hues i inni.

W Bez odwrotu (No Retreat, No Surrender, Corey Yuen, 1986) młody Jason Stillwell (Kurt McKinney) nauczył się sztuk walki od ducha Bruce’a Lee (Tai Chung Kim) i obronił honor rodziny, pokonując w pojedynku złego rosyjskiego wojownika Ivana Kraschinskego (Jean-Claude Van Damme). Po dość sporym sukcesie filmu (cieszącego się obecnie kultowym statusem) prędko przyszedł czas na realizację sequela, który to jednak w ogóle nie przejmuje się poprzedzającymi go wydarzeniami i przedstawia zupełnie nową historię. Kontynuacje, traktujące całkowicie o czymś i o kimś innym niż poprzedzające je produkcje choć nie są zbyt częstym zjawiskiem, również nie są czymś zupełnie zaskakującym – wystarczy wspomnieć kolejne części serii Krwawa pięść (Bloodfist, 1989-96), w których Don „The Dragon” Wilson grał coraz to nowych bohaterów. Jeśli zatem ktoś sięga po Bez odwrotu 2 aby sprawdzić, jak potoczyły się dalsze losy Stillwella niech będzie świadomy, że Stillwella tu nie ma.

Każdy chętny obejrzenia drugiej części serii pozna za to przygody Scotta Wylde’a – młodego i wyglądającego na przeciętnego amerykańskiego turystę chłopaka z niegasnącym uśmiechem na twarzy. Lecz niech jego miły wygląd nikogo nie zwiedzie. Niedługo po przybyciu do Tajlandii, gdzie poszukuje swojego dawnego znajomego Maca Jarvisa, zostaje zmuszony do pojedynkowania się z zawodnikiem muay thai, po tym jak młoda mistrzyni Terry uznała, że fajnie jest narażać przypadkowych ludzi na trwałe uszkodzenia ciała. Na szczęście Wylde okazuje się być mistrzem taekwondo, więc radzi sobie w ringu lepiej niż ktokolwiek się spodziewał.

Matthias Hues kontra Loren Avedon

Jak można się domyślać fabuła nie jest najmocniejszą stroną filmu. Główny wątek jest cokolwiek nieprawdopodobny, podobnie zresztą jak zdolności bohaterów, co kilkanaście minut prezentujących nowe umiejętności, odsłaniając się jako strzelcy wyborowi, mistrzowie strzelania z kuszy czy twardziele, potrafiący samodzielnie skopać tyłki wyszkolonym komandosom w bazie, do której nikt nikt nie mógł się wcześniej nawet zbliżyć. Ich zdolności wyrastają na dość absurdalne, dobrze więc, że przeciw nim postawiono przejaskrawionego Rosjanina Yuriego, od samego początku skąpanego w groteskowym świetle, co sprawia, że finalne starcie z nim jest nie tylko wyczekiwane, ale i satysfakcjonujące.

Fabuła może jest bzdurna, ale Corey Yuen – znany wcześniej z takich klasyków hongkońskiego kina kopanego, jak choćby Ninja w kryjówce smoka (Long chi ren zhe, 1982) – dobrze wie, jak zaprezentować sceny akcji by były dynamiczne i emocjonujące. W poprzednim Bez odwrotu Yuen nie miał za bardzo z czym pracować, wszak jedyna prawdziwa scena sztuk walki zawarta była w finale, lecz w sequelu raczy nas mnóstwem szybkich starć jeden na jeden, dwóch na kilku czy troje na kilkunastu. Pod względem ilości i jakości scen akcji, choć permanentnie znajdujemy się w dość kiczowatym i pozbawionym wielkiego budżetu kinie, produkcja wypada nader zadowalająco. Dodatkowo Yuen zakrywa niektóre nielogiczności scenami o lekko komediowym nacechowaniu, choć nie można powiedzieć by były to sceny na szczególnie wysokim poziomie.

W protagonistę Bez odwrotu 2 wcielił się Loren Avedon, mający wtedy za sobą małe rólki w Furious (1984) i Los Angeles Streetfighter (1985), udziały w serialach telewizyjnych, reklamach i pracę jako model. Avedon posiada 5 dan w taekwondo i 8 dan w hapkido, więc nie dziwi, że na ekranie porusza się nader zwinnie i szybko. Do tego posiada całkiem sporo charyzmy, dzięki czemu wypada całkiem przekonująco w swojej roli młodego chłopaka roznoszącego w drobny pył oddziały wyszkolonych, doświadczonych komandosów (a przynajmniej na tyle, na ile można wypaść przekonująco w tego typu roli). Avedon jeszcze niejednokrotnie zawita na Kinomisję, więc zachęcam do bliższego zapoznania się z nim, np. tutaj. W rolę Terry zaangażowana została Cynthia Rothrock – jedna z nielicznych aktorek, która jest jednym z prawdziwych ikon kina akcji. Rothrock rozpoczęła karierę w latach 80. w Hongkongu, od razu dowodząc tam swoich zdolności. Mimo posiadania 30 lat, wygląda w Bez odwrotu 2 znacznie młodziej, dzięki czemu nie wydaje się źle obsadzona w roli młodziutkiej, niecierpliwej Terry. I choć jej rola jest tu drugoplanowa, to jej nazwiskiem promowany był film; w 1987 roku była wszak najbardziej rozpoznawalnym i doświadczonym w kinie akcji członkiem obsady. Miała wtedy za sobą 6 filmów, z czego 4 z nich zrealizowane zostały w Hongkongu. Stamtąd zresztą znała Coreya Yuena, u którego występowała. Szybka, sprytna, z czarnymi pasami w 7 stylach sztuk walki, do tego całkiem charyzmatyczna, stanowi świetne uzupełnienie trójkąta z Avedonem i Maxem Thayerem. Oprócz Avedona, to ona też otrzymała możliwość pojedynkowania się z potężnym Yurim.

Cynthia Rothrock

Warto nieco dłużej zatrzymać się przy rosyjskim, stereotypowo nadnaturalnie silnym wojowniku. Nie tylko dlatego, że wciela się w niego debiutujący na ekranie Matthias Hues, łączący wysoki wzrost i niezgorszą muskulaturę z przejaskrawionym stylem grania, jakże pasującym do antagonistów, w jakich zwykł się wcielać – lecz także z powodu przyczyny obsadzenia zamerykanizowanego Niemca. Po tym, jak chcący zasmakować amerykańskiego stylu życia Hues przyleciał do Los Angeles, postanowił dołączyć do Gold’s Gym w Kalifornii – miejsca uznawanego za jedną z mekk kulturystyki. Jednym z zarządców Gold’s Gym był zaś Derek Barton, wcześniej pracujący jako kaskader i dobrze znający twórców Bez odwrotu. Gdy rozpoczęto przygotowywania do kontynuacji Jean-Claude Van Damme wycofał się z produkcji z powodów wątpliwości co do zapewnienia warunków bezpieczeństwa podczas kręcenia filmu w Kambodży. Co więcej, przekonał do tego samego Kurta McKinneya, odtwórcę głównej roli w pierwszym obrazie. Barton zasugerował więc Huesowi aby wziął udział w castingu i mimo braku posiadania jakiegokolwiek doświadczenia w branży Niemiec został zaangażowany jako antagonista, co stało się dla niego furtką do kariery w niskobudżetowym kinie akcji, która trwa do dzisiaj. Podobnie sprawa miała się z Avedonem. Po odejściu McKinneya producent Bez odwrotu 2 Roy Horan zadzwonił do dojang, gdzie akurat trenował Avedon i spytał o kogoś, kto zna się na sztukach walki. Avedon odebrał telefon, po czym umówił się na przesłuchanie i otrzymał główną rolę.

Bez odwrotu 2 jest zatem sprawnie zrealizowanym, przyjemnym, dynamicznym i dość istotnym dla b-klasowych akcyjniaków filmem. Każdy miłośnik oldschoolowego, pozbawionego wielkiego budżetu kina akcji z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Więc jeśli komuś nie udało się jeszcze sprawdzić starcia trójki Amerykanów z radzieckimi żołnierzami w Tajlandii i Kambodży, widzianych oczami Coreya Yuena, powinien tę zaległość prędko nadrobić.


Czarny pas
Blackbelt
Reżyseria Charles Philip Moore
Scenariusz: Robert Easter, Neva Friedenn, Paul Maslak i Charles Philip Moore
Produkcja: USA
Premiera: 28.05.1992

Obsada: Don Wilson, Deirdre Imershein, Matthias Hues, Richard Beymer, Alan Blumenfeld i inni.

Don „The Dragon” Wilson kontra Matthias Hues, czyli film musi być wart obejrzenia, prawda?


Jack Dillon (Don Wilson) to były policjant, a obecnie nauczyciel sztuk walki, który zostaje poproszony przez znajomego detektywa o ochronę popularnej (niby)rockowej wokalistki Shanny (Deirdre Imershein). Na jej życie czyha bowiem mający kompleks Edypa psychopata, najemnik, zabójca na zlecenie, były komandos i mistrz sztuk walki o nadnaturalnej sile John Sweet (Matthias Hues). Jakby tego było mało na Shannę i Dillona poluje też gangster i producent muzyczny Eddie Di Angelo (Richard Beymer), nasyłający na naszych bohaterów grupkę zbirów.

Czarny pas jest wyprodukowanym przez Rogera Cormana niskobudżetowym filmem akcji, który nie może zaskoczyć fabularnymi rozwiązaniami czy przesadną logiką, lecz wypełniony jest świetnym użyciem klisz i towarzyszących postaci Sweeta przejaskrawień. O ile bowiem Wilson poprzez obsadzenie w roli tradycyjnego bohatera jest mocno ograniczony w kwestii aktorskich wojaży, o tyle Hues w absurdalnej kreacji psychopaty czasem płacze przypominając sobie romans z matką, czasem wścieka się i masakruje kolejnych przeciwników, czasem tajemniczo stoi za oknem Shanny niczym slasherowy morderca, zdarzy mu się także niespokojnie spędzać czas z prostytutką, a nawet popijać piwko z kolegami z dawnej jednostki. Nikt o zdrowych zmysłach nie zaliczy Huesa do czołówki aktorskiej, lecz nie da się ukryć, że w kreacjach czarnych, groteskowych często charakterów prezentował się dość imponująco. Ogromna postura, spore umięśnienie, dość szybkie ruchy, długie blond włosy sprawiają, że wypada zupełnie przekonująco jako niestabilny psychicznie siłacz, bez trudności przebijający ściany czy mordujący gołymi rękoma grupę uzbrojonych gangsterów w ciągu ledwie kilku sekund.

Wilson nie jest wiele lepszym aktorem niż Hues, ale jako stateczny Dillon nie musi przejmować się pozorowaniem zbyt wielu uczuć. Zgodnie z wypracowanym szablonem kinowych twardzieli jest stroniącym od nadmiernej ekspresji dżentelmenem, zawsze stojącym po stronie uciśnionych kobiet (silne kobiety są mało znanym mitem w świecie Czarnego pasa), jest odważny, szarmancki, sprawiedliwy i nienawidzi wszelkiego rodzaju przestępców. Rzadko kiedy pozbywa się swojej stoickości, gdy jednak zmarszczy czoło widz od razu wie, że nadszedł czas na kopanie po głowach, zakładanie dźwigni, bezlitosne ciosy pięścią i okazjonalny one-liner.

I choć choreografie scen akcji nie wzbijają się na wyżyny pomysłowości i ustępują szalonym wyczynom hongkońskich zabijaków, to większość starć – mając w pamięci niskobudżetowy rodowód produkcji – prezentuje się zadowalająco. Pierwsza scena z Huesem to czyste złoto; z niegasnącym uśmiechem na twarzy oglądałem, jak twórcy filmu bezceremonialnie wrzucają widza w sam środek przejaskrawionej – acz wciąż udającej realistyczną – akcji. Czarny pas nie jest niestety wolny od sporych wad. Banda zbirów Eddiego prezentuje się w większości nader tragicznie, co jest najbardziej rozczarowującym aspektem, szczególnie że zapowiadani są oni jako mistrzowie kickboxingu i karate. Niemal wszyscy z nich okazują się być jednak tępym mięsem armatnim, tylko jednemu pozwala się zabłysnąć w obszerniejszej walce z Wilsonem. Gdy jednak sprawy robią się ciekawsze (czyt.: gdy wreszcie nieźle się okładają), ich pojedynek zostaje przerwany.

Rozczarowuje też nieco finalne starcie, lecz i tak miło zobaczyć Wilsona i Huesa nie szczędzących sobie razów. Czarny pas cierpi na podobną przypadłość, co wiele innych filmów akcji: mianowicie kreuje tak potężnego antagonistę, że aby go pokonać twórcy zmuszeni są do uciekania się do dziwacznych zbiegów okoliczności, jakie z satysfakcjonującym pojedynkiem mistrzów nie mają wiele wspólnego. Na szczęście w tym przypadku nie jest aż tak źle i wciąż można cieszyć się niezłym mordobiciem, tym bardziej, że poprzedzonym walką Wilsona ze wszystkimi kolegami Sweeta naraz.

Poza akcją Czarny pas oferuje widzom również wątek romantyczny. Zgodnie ze wszystkimi przewidywaniami, Dillon i Shanna, choć na początku skaczą sobie do gardeł, niebawem zakochują się w sobie nawzajem. I żaden psychol nie zagrozi ich miłości, co najwyżej zamorduje gołymi rękoma ich wszystkich przyjaciół. Choć więc film nie jest w żadnym stopniu przełomowym czy szczególnie wyróżniającym się przedstawicielem kina kopanego, to powinien zainteresować niejednego miłośnika akcji z mniejszym budżetem. Warto też dodać, że Czarny pas wyprzedza o niemal 5 miesięcy Bodyguarda (The Bodyguard, Mick Jackson, 1992), który rozpowszechnił fabularny motyw stalkerów gwiazd i ich osobistych ochroniarzy.


Anioł zagłady
Angel of Destruction
Reżyseria i scenariusz: Charles Philip Moore
Kraj: USA, Filipiny
Produkcja: 1994

Obsada: Maria Ford, Jessica Mark, Antonio Bacci, Jimmy Broome, Bob McFarland, Charlie Spradling i inni.

Ostatnim filmem na dzisiaj jest pokraczny remake omawianego przed momentem Czarnego pasa. W nowej wersji nie znajdziemy już znajomych twardzieli o twarzach Wilsona i Huesa, znajdziemy w nim za to Marię Ford, którą fani niskobudżetowych akcyjniaków mogą kojarzyć z małych ról w dwóch częściach Pierścienia ognia (Ring of Fire, Richard W. Munchkin, 1991 i Ring of Fire II: Blood and Steel, Richard W. Munchkin, 1993) z Donem Wilsonem.

Stąd też myślę, że warto zacząć od kilku słów o pani Ford. Ta latynoamerykańska aktorka, modelka i tancerka o blond włosach zyskała szczególny rozgłos jako scream queen w latach 90. Oczywiście nie ograniczała się w swoich rolach wyłącznie do krzyczenia na widok morderców (i pokazywania biustu), ale również okazjonalnie przybywała sprać tyłki różnorakim bandziorom, co też czyni w Aniele zagłady.

Produkcja zaczyna się podobnie jak poprzednia: młoda prostytutka zostaje zaatakowana, atak przerywa pojawienie się bohatera, który bije bandziora, rzuca one-linerem i odchodzi w kierunku zachodzącego słońca. W przypadku Wilsona, Smok miał tylko jednego zbira do przetrzepania i była ciemna noc, w dodatku scena była zbyt krótka, żeby dokładnie określić kierunek, w jakim się udał. W remake’u scena ta rozgrywa się za dnia; ponadto, jako że Anioł zagłady zmienia płeć bohatera na kobietę, to ta musi wpierw udowodnić, że faktycznie ma coś do pokazania w kwestii sztuk walki. Zatem zamiast jednego zbira w bocznej uliczce musi pokonać grupkę gwałcicieli w pokoju obskurnego hoteliku. Co zresztą dość sprawnie czyni. A potem rzuca oczywiście one-linerem.

Mamy tu także niemal identycznie odwzorowane sceny z Huesem masakrującym gangsterów w przerwie między morderczymi igraszkami z prostytutką. Postawnego Niemca zastąpiono w remake’u Jimmym Broomem, którego kariera aktorska rozpoczęła się właśnie od roli w Aniele zagłady. I na tej samej roli się zakończyła. Broome nie ma ani krzty charyzmy, postury i prędkości Huesa, więc ciężko mu zainteresować widza swoją osobą. Jest przynajmniej wysoki, dzięki czemu nie wypada zupełnie nienaturalnie wyrzucając ludzi przez okna czy trzymając ich w powietrzu jedną ręką. Broome nie jest jedynym aktorem, jaki zapisał się w historii kina jako odtwórca roli męskiej tylko w omawianym obrazie; tytuł ten dzieli z Antonio Baccim, obsadzonym w roli policjanta, pomagającego w nieprofesjonalnie prowadzonym śledztwie. Jego kreacja ogranicza się do ekspozycyjnych kwestii, średnich scen akcji, sceny erotycznej z Marią Ford i posiadania wąsów.

Główny wątek skupia na uroczym psychopacie, najemniku, mistrzu sztuk walki, weteranie wojny w Wietnamie, planującym zabić popularną piosenkarkę, jaką próbuje też ukatrupić szef studia nagraniowego i gangster w jednym. Piosenkarka ta, imieniem Delilah, udaje się zatem do bohaterki, jaka na początku uratowała życie pechowej prostytutce. Lecz Kell – jak nazywa się nasz morderca – śledzi wokalistkę i zabija heroiczną brunetkę! Jej miejsce natychmiast przejmuje heroiczna blondynka Jo, młodsza siostra zamordowanej i prawdziwa protagonistka filmu, o twarzy Marii Ford. Jako ambitna policjantka przejmuje śledztwo w sprawie Kella i dokonuje różnych bohaterskich wyczynów. Zanim do nich przejdziemy warto się wpierw zastanowić, dlaczego wcielająca się w pogromczynię gwałcicieli Charlie Spradling została tak bezpardonowo usunięta? Gdyby decyzja ta została podjęta aby zaskoczyć widza znającego oryginał sprzed dwóch lat byłoby to rozwiązaniem liczonym in plus. Jak jednak głosi plotka, prawda może być inna. Otóż Spradling ponoć nie miała ochoty na pewne, nazwijmy je, odważniejsze sceny, stąd też jej rolę nieco zmniejszono. Tak o jakieś 97%.

Maria Ford

Warto przy okazji wspomnieć, że film zupełnie nie trzyma się kupy. Mimo że podąża szlakiem wytyczonym przez Czarny pas, jaki też nie osiągnął mistrzostwa w kategorii logicznego prowadzenia fabuły, to Anioł zagłady nie waha się przed dodawaniem własnych kuriozów. Głównie wiążą się one z chęcią pokazania roznegliżowanej Ford niezależnie czy jej golizna ma sens w kontekście fabularnym (spoiler: nie ma) oraz w kwestii zupełnie nonsensownych procedur policyjnych.

Sceny akcji są oczywiście sztuczne i nieprzekonujące; mamy do czynienia z masą nieznanych twarzy, które walczyć zupełnie nie potrafią. Kellowi na przykład pomagają najemnicy, jacy do perfekcji opanowali sztukę niezasłaniania się przed nadchodzącymi ciosami. Wszyscy mają tu tak naprawdę jedno zadanie: sprawić, żeby Ford wyglądała jakby naprawdę nieźle ich tłukła. W celu zwiększenia energii scen, twórcy filmu wpadli na pomysł by podczas walk niszczone były całkiem spore ilości rekwizytów i scenografii, co akurat było słuszną decyzją. Aktorzy prezentują się zwykle podobnie do sekwencji scen sztuk walki, czyli sztucznie i nieprzekonująco. Na szczególną uwagę zasługują wszystkie żałosne próby pozowania na twardzieli, cechujące praktycznie całą obsadę. Produkcja za to może poszczycić się sceną walki, podczas której ubrana w same majteczki Ford ściera się z grupą wynajętych morderców. Jest to jedna z najbardziej kiczowatych walk w historii kina akcji, zdecydowanie warta sprawdzenia.

Żeby widzowi nie nudziło się podczas poznawania szczegółów śledztwa i oglądania licznych starć, dla urozmaicenia dodano tu także numery muzyczne. Są to fragmenty występów pechowej piosenkarki, obfitujące w duże ilości stosownie kiczowatej muzyki, łańcuchów, iskier, manekinów i piersi wypełnionych silikonem oraz ruchów warg, niezgrywających się ze ścieżką wokalną.

Czy Anioła zagłady warto obejrzeć? Szczerze pisząc, nie jestem pewien. Nie jest to tak nieporadny film, żeby postawić go na półce obok Żywego celu (Deadly Prey, David A. Prior, 1987), ani na tyle solidny, żeby stanął obok Pierścienia ognia czy Żądzy krwi (Out for Blood, Richard W. Munchkin, 1992). Jest natomiast dość absurdalny, ma sporo scen topless dla lubiących tego typu rozrywki, no i ma Marię Ford, która – mimo wszystko – wypada tu dość udanie. Mogę krytykować jej aktorskie zdolności, ale przecież Wilson też nie zebrał kolekcji Złotych Globów za swoje role. Ford prezentuje się właściwie lepiej od niego; okazując pogardę szowinistycznym świniom i mordercom wygląda naturalniej niż twardziel-karateka, jaki w swoich dżentelmeńskich zapędach stereotypowo traktuje kobiety jako słabszą płeć. W Aniele zagłady ta słabsza płeć kopie męskie tyłki na śniadanie i choć trudno uznać produkcję za marzenie feministki, to stanowi przyjemne urozmaicenie między oglądaniem typowych pozycji niskobudżetowego kina akcji.

Miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*