Akcja, przemoc, niski budżet – runda 4.

Akcja, przemoc, niski budżet to kinomisyjna przestrzeń poświęcona niskobudżetowemu kinu akcji, acz – w uzasadnionych przypadkach – czasem zajrzymy też do rejonów opływających większą ilością gotówki. Prymarnie znajdziecie tu krótsze i dłuższe recenzje filmów anglojęzycznych, realizowanych od lat 80. do współczesności i z aktorami pokroju Dolpha Lundgrena, Scotta Adkinsa, Dona Wilsona, Lorena Avedona, Cynthii Rothrock, Reba Browna, Matthiasa Huesa i innych. Zapraszamy do lektury!


Porządni faceci ubierają się na czarno
Good Guys Wear Black
Reżyseria: Ted Post
Scenariusz: Bruce Cohn, Mark Medoff, Joseph Fraley
Produkcja: USA
Premiera: 22.03.1978

Obsada: Chuck Norris, Anne Archer, James Franciscus, Lloyd Haynes, Dana Andrews, Jim Backus, Lawrence P. Casey, Anthony Mannino, Soon-Tek Oh i inni.

Dzisiejsze spotkanie rozpoczynamy od powrotu do wczesnej filmografii Chucka Norrisa, stanowiącej próby przeszczepiania kina sztuk walki do amerykańskiego kina akcji. O ile jednak Zabijaka, zabijaka (Breaker! Breaker!, Don Hulette, 1977) próbował przemycić sztuki walki w przebraniu truckerskim, o tyle Porządni faceci ubierają się na czarno (Good Guys Wear Black, Ted Post, 1978) stara się osadzić kino kopane w ramach politycznego thrillera. Produkcja Teda Posta co prawda oszałamiających sukcesów w tych dążeniach nie odniosła, nie udało jej się też zainicjować planowanej serii filmów, lecz wzbudziła wystarczające zainteresowanie by Chuck Norris mógł kontynuować i rozwijać swoją karierę, dzięki czemu niebawem zagrał główną rolę w Jednoosobowym oddziale (Force of One, Paul Aaron, 1979), gdzie sztuki walki były już raison d’etre obrazu.

Głównym bohaterem Porządnych facetów jest John T. Booker, absolutny twardziel i weteran wojny w Wietnamie. Po zakończeniu kariery komandosa został wykładowcą uniwersyteckim. Jego prelekcje dotyczą nauk politycznych, a ich głównym przesłaniem jest to, że Stany Zjednoczone nie powinny były mieszać się w wojnę w Wietnamie. Jak można się spodziewać przeszłość Bookera niebawem się o niego upomni; oto bowiem ktoś zabija żołnierzy, którzy przeżyli nieudaną misję ratowniczą, jakiej Booker onegdaj przewodził.

Wciśnięcie Norrisa w ambitniejszy thriller, choć w teorii mogło wydawać się słusznym pomysłem, nie wiedzie się niestety z kilku powodów. Po pierwsze Norris nie jest wystarczająco dobrym aktorem by udźwignąć ciężar produkcji i jej polityczne zapędy. Nie dość, że na tym etapie wciąż znajdował się na początku kariery i brakło mu doświadczenia, to otrzymał zdecydowanie za dużo kwestii, psujących obraz Bookera jako małomównego twardziela i w ustach Norrisa wypadających często dość drętwo. Po drugie niepotrzebnie ugrzeczniono film; na żądanie samego Norrisa przerobiono Porządnych facetów tak, by otrzymali kategorię wiekową PG-13. Oznacza to zatem, że brak tu pazura i scen silniej zapadających w pamięć, jakie mogłyby pomóc produkcji w kontekście jej licznych wad i ogólnej nijakości. Po trzecie sama fabuła nie jest szczególnie fascynująca; zadowala się przejściem przez kilka klisz gatunku, wrzuca parę zwrotów akcji i doprawia wszystko charakterystycznym dla okresu cynizmem i negatywnym obrazem CIA, polityków czy innych szarych eminencji. Po czwarte w końcu brak tu udanych scen akcji, ich ilość zresztą też nie poraża.

To wszystko nie oznacza jednak, że film należy wyrzucić do kosza i wszelką pamięć o nim wymazać. Sam fakt powstania Porządnych facetów jest świadectwem stabilnie rosnącego w latach 70. zainteresowania kinem sztuk walki, jakie na stałe weszło do kanonu amerykańskiego kina akcji. Po okresie sprowadzania do Stanów produkcji hongkońskich i po następującym po nim okresie koprodukcji ze studiami hongkońskimi, amerykańscy twórcy poczuli się w końcu na tyle pewnie (lub na tyle biednie, że nie stać ich było na zainteresowanie współpracą azjatyckich studiów) w gatunku, że zaczęli zabierać się za podobne filmy samodzielnie i śmiało łączyli je z klasycznymi pomysłami z ichniego kina akcji. Film w tym kontekście jest jednym z tych, które utorowały drogę późniejszym obrazom akcji z Jean-Claudem Van Dammem, Jasonem Stathamem czy Scottem Adkinsem i choć z pewnością nie jest najważniejszym z tej prototypowej grupy, to wciąż stanowi interesującą pozycję dla zainteresowanych rozwojem gatunku. Oprócz tego jasno wskazuje na typ postaci, w jakie w przyszłości będzie wcielał się Chuck Norris i pod tym względem można go uznać za pierwszy rasowy akcyjniak z Norrisem, jakim go kojarzymy z późniejszych przebojów.

Większość wad pewnie by nie dawała się tak we znaki, gdyby nie niskie walory produkcyjne. Porządni faceci wyraźnie cierpią z powodu niewielkiego budżetu i momentami produkcja bardziej przypomina film telewizyjny z lat 70. niż kinowy. Stąd też nie dość, że fabularnie nie wzbudza wielkiego zainteresowania, to również formalnie niczym znaczącym się nie wyróżnia. Mimo tego przyznam, że gdy dawno temu obejrzałem Porządnych facetów po raz pierwszy, oglądałem ich z niekłamanym zaciekawieniem i bawiłem się całkiem przyzwoicie.

Na koniec wspomnę, że poza Norrisem w pojawiła się tu całkiem spora grupa uzdolnionych aktorów na drugim i dalszych planach, którzy nazbierają w przyszłości nominacje do Emmy, Złotych Globów czy Oscarów, więc w kwestii obsady drugoplanowej produkcja raczej nie zawodzi.


Exterminator
The Exterminator
Reżyseria i scenariusz: James Glickenhaus
Produkcja: USA
Premiera: 19.09.1980

Obsada: Robert Ginty, Samantha Eggar, Christopher George, Steve James, Tony DiBenedetto, Dick Boccelli, George Chung, Samuel L. Jackson i inni.

Gdy ulice toczy nowotwór przestępczości, gdy przekroczeniem domowego progu ryzykujesz śmierć i kalectwo, gdy gwałty i tortury stają się codziennością, gdy moralne zepsucie sięga absolutnego zenitu, gdy na horyzoncie nie ma Chucka Norrisa (ani Charlesa Bronsona) może pomóc tylko on: Eksterminator!

Sześć lat po tym, jak Charles Bronson przemierzał ulice w poszukiwaniu zemsty i sprawiedliwości w Życzeniu śmierci (Death Wish, Michael Winner, 1974) Robert Ginty jako weteran wojny w Wietnamie John Eastland wyruszył na łowy w celu odszukania i kompletnej eradykacji ludzkiego robactwa, pełzającego po Nowym Jorku po tym jak jego najlepszy przyjaciel został pobity i sparaliżowany.

Exterminator (The Exterminator, James Glickenhaus, 1980) w przeciwieństwie do słynniejszego filmu jest produkcją o wiele bardziej surową, fabularnie prostszą i zdecydowanie brutalniejszą. W okresie premiery był zresztą za tę brutalność krytykowany, a niektórzy zarzucali mu, że poza nią nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Lecz nawet jeśli jednak uznamy obraz za tanią eksploatację przemocy i pomysłu z produkcji Michaela Winnera, to i tak stanowi on bezpardonowy wgląd w najbrudniejsze dzielnice Nowego Jorku końca lat 70. i – jeśli wierzyć licznym opisom – prezentuje je w sposób niewiele odstający od ich prawdziwego wtedy stanu. Zaserwowana widzom przemoc posiada natomiast – do pewnego stopnia przynajmniej – katartyczny wpływ, pozwalając widowni „mścić się” na różnych szumowinach rękami Eastlanda, przerabiającego na – dosłownie – mięso mielone zepsutego do szpiku kości złoczyńcę czy odstrzeliwującego przyrodzenie pedofila.

Exterminator jako film tani, dość brudny i szybko kręcony pod wieloma względami oczywiście kuleje. Jest zbyt powolny na rasowe kino akcji, zbyt jednostajny na trzymający w napięciu thriller i zbyt pozbawiony emocji by oglądać go z wypiekami na twarzy. Robert Ginty jest zaś stanowczo za nijaki w roli protagonisty i zdecydowanie ustępuje słynniejszym kolegom po fachu, kojarzonym z licznych produkcji o nienajwiększych budżetach: Christopherowi George’owi czy Steve’owi Jamesowi (a także przewijającym się na chwile Samuelowi L. Jacksonowi i George’owi Cheungowi). Exterminator broni się przede wszystkim jako kultowy produkt swoich czasów; jako eksploatacyjna propozycja skierowana do sfrustrowanych widzów, którzy mieli dość szerzącej się przestępczości, a mainstreamowe kino nie oferowało im wystarczającego poziomu przemocy i wystarczających ilości zabijanych gwałcicieli, morderców, wyzyskiwaczy i oszustów.


Żądza krwi
Out for Blood
Reżyseria: Richard W. Munchkin
Scenariusz: Robert Easter, Paul Maslak, Neva Friedenn
Produkcja: USA
Premiera: 16.12.1992

Obsada: Don Wilson, Shari Shattuck, Michael DeLano, Ron Steelman, Ken McLeod, Todd Curtis, Aki Aleong, Beau Billingslea i inni.

Don „The Dragon” Wilson powraca na Kinomisję! „Smoka” możemy już bez przesady określić stałym gościem pulpzine’owych progów, stąd myślę, że warto napisać o nim kilka słów więcej. Otóż urodzony 10 września 1954 roku Wilson jest w połowie Japończykiem (ze strony matki), a w połowie Amerykaninem (ze strony, niespodzianka, ojca). Od młodych lat przejawiał zamiłowanie do sportów walki, za czasów szkolnych zaczął trenować zapasy i ponoć szło mu całkiem nieźle. Po pewnym czasie zainteresował się pai lum kung fu, lecz ostatecznie zabrał się na poważnie za gōjū-ryū karate. Jego kariera w sportach i sztukach walki rozwijała się na tyle dobrze, że podjął decyzję o porzuceniu studiów. Przełom w jego karierze nastąpił w lipcu 1977 roku, kiedy to w kickbokserskim ringu pokonał Howarda Haydena. Następnie zdobył 11 tytułów mistrzowskich różnych federacji kickbokserskich. Ogólnie Wilson wziął udział w 82 pojedynkach, z których wygrał 72. Gdy spostrzegł, że sportowcy związani ze sztukami walki, jak choćby Jean-Claude Van Damme, rozpoczynają całkiem przyzwoite kariery w kinie akcji, postanowił samemu spróbować szczęścia w świecie kina kopanego i prędko udało mu się wyrobić nazwisko w niskobudżetowych akcyjniakach.

Nawiązująca nie tylko tytułem do Szukając sprawiedliwości (Out for Justice, John Flynn, 1991) Żądza krwi (Out for Blood, Richard W. Munchkin, 1992) jest zatem typowym przykładem kopanego kina akcji z niewielkim budżetem. Wilson wciela się tu w adwokata, który jest również – zaskoczenie – mistrzem sztuk walki. Boryka się on z częściową amnezją, będącą wynikiem traumy, związanej z zabójstwem jego żony i synka. Kolejne przebłyski pamięci mobilizują Johna Deckera, jak protagonista się nazywa, do rozpoczęcia kariery nocnego stróża prawa, jaki niczym superbohater (lub eksterminator) krąży po mieście rozprawiając się z przeróżnymi złoczyńcami. Nie trzeba oczywiście zbyt długo czekać nim natknie się na grupę odpowiedzialną za jego przeszłą tragedię. W międzyczasie rozpoczyna romans z właścicielką galerii sztuki, której byłym partnerem jest zazdrosny gangster. Jakby tego było mało musi też ukrywać swoją nocną tożsamość przed policją, usiłującą aresztować samozwańczego stróża prawa, jaki w mediach zyskał przydomek Karate-Man.

Charakterystycznie dla siebie Wilson jest dość stoicki w swojej kreacji, choć w kontaktach z ukochaną bohatera pozwala sobie na pokazanie większej niż zwykle palety emocji. Poza tymi krótkimi przebłyskami uczuć, ogranicza się jednak do one-linerów i kamiennego wyrazu twarzy, towarzyszących mu, gdy z uporem maniaka odnajduje i obija kolejnych zbirów. I odnajduje ich całkiem sporo, dzięki czemu nie możemy narzekać na brak scen akcji, wśród których znalazło się również miejsce na dwa spore pojedynki. Sceny sztuk walk nie są co prawda szczególnie efektowne, lecz mimo wszystko wypadają przyzwoicie i dość realistycznie; śmiem wręcz twierdzić, że w kontekście choreografii i ich wykonania jest to jeden z lepszych filmów z Wilsonem.

W ukochaną Deckera, stereotypową damę w potrzasku Joannę wcieliła się Shari Shattuck, która z kinem akcji będzie jeszcze miała kontakt w przyszłości, dzięki występowi w Na zabójczej ziemi (On Deadly Ground, Steven Seagal, 1994). Oprócz niej jedynie Mark Delano w roli jednego z policjantów wyróżnia się na tle jednowymiarowych postaci. Trochę rozczarowuje brak pełnokrwistych złoczyńców. Mimo prób wmówienia widzowi, że banda zbirów jest niezwykle groźna i zepsuta do szpiku kości, dość luźna gra aktorska, śmieszkowanie bandziorów oraz mała ilość czasu im poświęcona sprawiają, że prezentują się nijako. Oprócz nich pojawia się także finalny boss, którego tożsamość poznajemy na sam koniec filmu, lecz i on nie ratuje Żądzy krwi w kontekście czarnych charakterów, a raczej wprowadza zamęt fabularny dość durnowatym wytłumaczeniem niektórych wydarzeń.

Mimo swoich wad Żądza krwi jest przyzwoitym niskobudżetowym akcyjniakiem. Co prawda wciąż gorszym niż choćby Pierścień ognia, nie mówiąc już o Czarnym pasie, ustępujący też niektórym częściom Krwawej pięści, ale mimo tego wciąż całkiem przyzwoitym. Tym filmem rozstajemy się na pewien czas z Wilsonem na rzecz kina z lat 80. W oczekiwaniu na spotkania z Rebem Brownem, Richardem Nortonem czy Michaelem Dudikoffem zachęcam zatem do zafundowania sobie spotkania z Karate-Manem, miłośnicy b-klasowych bijatyk nie powinni zakończyć seansu rozczarowani.

Miłośnik kina azjatyckiego, kina akcji i kosmicznych wojaży na statku gwiezdnym Enterprise. Kiedyś studiował filologię polską, a potem został obywatelem NSK Państwa w Czasie. Publikował w Kulturze Liberalnej, Torii, Dwutygodniku Kulturalnym i innych.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*