Halloween Horror Show VI

Drodzy pulpożercy! Po dwóch latach wracamy wreszcie do naszej ukochanej halloweenowej wyliczanki, gdzie polecamy mało znane / zapomniane filmy grozy, których seansami, jak sądzimy, warto celebrować dzisiejsze święto. Tradycyjnie, prezentujemy bardzo różne oblicza gatunku – od prawie-baśni, przez slasher i anime, do kina kanibalistycznego – i z różnych stron świata – od Czechosłowacji, przez Włochy i Francję, po USA i Japonię. Łącznie 10 tytułów. Opisania ich podjęła się kinomisyjna załoga w towarzystwie trójki zaprzyjaźnionych gości – Justyny Braszki (In My Secret Room), Jakuba Krysiaka (Wieczorny Seans Filmowy) i Kamila Rogińskiego. Zapraszamy do lektury, oby pomogła komuś w wyborze halloweenowej projekcji!

PS. Imprezujący przystojniacy na głównym zdjęciu niniejszego wpisu to oczywiście wspaniali bohaterowie kultowego Tombs of the Blind Dead (1972).


1972 – Morgiana (reż. Juraj Herz) – Marcin Mess

Drugi, po kontrowersyjnym Palaczu zwłok (1968), z quasi-horrorów czechosłowackiego klasyka to adaptacja powieści Aleksandra Grina, nazywanego czasem rosyjskim odpowiednikiem Edgara Allana Poe, z 1929 roku. Akcja rozgrywa się gdzieś w XIX wieku. Głównymi postaciami są dwie siostry, dobroduszna Klara i złowroga Viktoria (obie zagrane przez Ivę Janzurovą), które otrzymują spadek po zmarłym ojcu. Ta pierwsza dziedziczy jednak ogromną większość fortuny, co tą drugą doprowadza do frustracji i zazdrości. Negatywna uczucia rosną, kiedy Viktoria obserwuje zaloty adoratorów Klary, sama będąc samotną, aż wreszcie postanawia pozbyć się siostry trując ją. Jedynym świadkiem podania trucizny jest zaś tytułowa Morgiana – kotka, z której perspektywy (filmowanej z nakładką rybiego oka) reżyser podgląda tu różne sytuacje. Z czasem jednak, kiedy narracja obiektywna zaczyna mieszać się z subiektywną, gdyż rzeczywistość zaczyna być ozdabiana halucynacjami otrutej kobiety, kocia perspektywa pojawia się częściej, również kiedy samego zwierzęcia nie ma na ekranie. Jak gdyby Morgiana stawała się wszechobecnym świadkiem tragicznej opowieści, w której pojawi się jeszcze parę innych zbrodni. Film Juraja Herza to groza bardzo klasyczna, wręcz dystyngowana, podszyta oniryzmem (jeszcze zanim pojawiają się omamy, określane przez Klarę mianem „snów pojawiających się mimo braku spania”, kolejne sceny łączą się tak, jak gdyby stanowiły przechodzenie z jednego snu w drugi, wrażenie czego wzmaga zwłaszcza niemal nieprzerwanie grająca – i zwykle bardzo ładna – muzyka Lubosa Fisera). Skojarzenia ze słynnym Czarnym kotem są oczywiste, choć nie ma tu bynajmniej zbyt dużo z Poe, a opowieść wydaje się być też zakorzeniona w baśniach braci Grimm. Mroczna i cokolwiek psychodeliczna (sceny halucynacji to rozedrgane wizualia, jakie powstać mogły tylko po złotej epoce hipisów i rocka psychodelicznego), rzadko jednak próbuje straszyć, starając się przede wszystkim uwodzić stylową stroną wizualną, subtelnym odrealnieniem i dosadną, lecz pomysłowo zaserwowaną symboliką (vide nieświadomie umierająca dziewczyna widząca w lustrze świecący flakonik z trucizną). Ostatecznie jest to przede wszystkim moralitet w kostiumie gotyckiej fantastyki. Leniwie kołyszący, przynosi pięknie przewrotny finał, po którym ciężko się nie uśmiechnąć.


1976 – Mosquito the Rapist (reż. Marijan Vajda) – Caligula

Szwajcarski wkład do kina szoku, torsji i omdlewania. Główny bohater filmu to głuchy niemowa, wycofany samotnik, na co dzień zatrudniony jako księgowy w małej firmie. Skrycie kocha się w dziewczynie z sąsiedztwa, ale jest zbyt nieśmiały, by wykonać jakikolwiek krok. Pogłębiająca się alienacja popycha go w kierunku upiornego hobby. Jako tytułowy Mosquito – jego wyzwolone alter ego – odwiedza nocą cmentarze, okalecza świeże zwłoki i wysysa z nich krew… Sam opis filmu Marijana Vajdy wskazywać mógłby na jakiś plugawy splatter, jednak twórcę interesuje przede wszystkim psychika bohatera, który w wyniku odtrącenia przez społeczeństwo traci z nim wszelkie więzi, co owocuje z jego strony coraz bardziej odrażającymi i ekstremalnymi czynami. Klimat opowieści jest ciężki jak powietrze nad Birkenau 80 lat temu, a zdjęcia ochoczo eksponują brzydotę świata przedstawionego. W zasadzie każda z pojawiających się na ekranie postaci (może z wyłączeniem niewinnej sąsiadki i jej matki) jest zepsuta, wyzuta z uczuć i ludzkich odruchów: współpracownicy bohatera to zbieranina prymitywów, którzy urządzają sobie jego kosztem kabarety z udziałem nadmuchiwanej lalki, w retrospekcjach poznajemy z kolei osobę jego ojca, alkoholika i pedofila (szokująca sekwencja, w której mężczyzna brutalnie bije nastolatka, po czym zaczyna obłapiać kilkuletnią dziewczynkę). Mosquito – jak sam siebie ochrzci chłopak – wydaje się produktem ubocznym otaczającego go środowiska, nieprzystosowanym społecznie marzycielem, który odnajdzie swe powołanie jako cmentarna hiena. Wyśmienicie zagrany przez operującego jedynie mimiką i mową ciała Wernera Pochatha wampir zakrada się do krypt i za pomocą specjalnej rurki pozbawia nieboszczyków posoki, miętosi zimne piersi, odcina głowy. W Mosquito the Rapist (anglojęzyczny tytuł to typowy wabik, jako że nie mamy tutaj do czynienia z gwałtami sensu stricto, oryginalny tytuł Mosquito der Schänder odnosi się do „profanatora”) nie brak scen, które określić należałoby jako bulwersujące czy makabryczne, niemniej obraz skutecznie unika zaszufladkowania jako tania eksploatacja. Ekranowa przemoc nie bawi, nie stanowi podniety, jest brudna i odpychająca, podobnie choćby jak będzie to miało miejsce w młodszym o 7 lat psychologicznym shockerze zza alpejskiej granicy, Angst Geralda Kargla. Tutaj realistyczne ujęcie obłędu dodatkowo tapla się w gotyckim kostiumie – unikalny, wyczerpujący emocjonalnie okaz, który mistyczne fantazmaty Samhain sprowadza brutalnie na ziemię.


1980 – Night of Death! (reż. Raphaël Delpard) – Justyna Wróblewska

Po długim okresie bezrobocia Martine podejmuje pracę opiekunki w odizolowanym domu starców. Kiedy inna pracownica znika bez pożegnania, a rezydenci zachowują się coraz dziwniej, dziewczyna zaczyna podejrzewać, że miejsce skrywa jakąś przerażającą tajemnicę. Choć reżyser tego zapomnianego, francuskiego horroru zdaje się odkrywać wszystkie karty zaledwie po 20 minutach seansu to w rzeczywistości zostawia nam na deser jeszcze dwie niespodzianki (w tym świetne zakończenie!). Zresztą fakt, że dość szybko poznajemy rozwiązanie tajemnicy nie przeszkadza bynajmniej w rozkoszowaniu się seansem. Night of Death! doskonale oddaje ducha dawnego, francuskiego kina grozy, umiejętnie budując poczucie niepokoju i izolacji oraz dodając do nich szczyptę czarnego humoru. Atmosfera jest gęsta, gdzieś w tle przewija się wątek tajemniczego seryjnego mordercy. Smaczku dodaje galeria barwnych postaci, m.in. emerytowany anarchista wyczekujący rewolucji, sobowtór Vincenta Price’a czy ponury, kaleki dozorca rozmawiający z lalkami w zakamarkach swego pokoju. Główna bohaterka, grana przez Isabelle Goguey, ma w sobie tyle uroku osobistego, że ciężko nie przejmować się jej losem (nawet jeśli jej działania wydają się nie mieć zbyt wiele wspólnego z instynktem samozachowawczym). Na uznanie zasługuje również klimatyczna i niepokojąca ścieżka dźwiękowa z upiorną sonatą, w roli motywu przewodniego, na czele. W Night of Death! nie zabraknie również kilku, może i niezbyt realistycznych, ale nadal smakowitych, scen gore. Dziwna i niepokojąca, kanibalistyczna uczta gwarantowana. Jeżeli chcecie zobaczyć na własne oczy nocny pochód krwiożerczych staruszków to halloweenowy wieczór wydaje się ku temu idealną okazją! 


1987 – Deliria (reż. Michele Soavi) – Marta Płaza

Jesień upłynęła mi pod znakiem filmów Soaviego. W stosunkowo niewielkim odstępie czasu wchłonęłam te najsłynniejsze horrory twórcy, zachwycając się tym jak wiele ma on pomysłów na kreowanie poczucia grozy i osaczenia. Gdyby ktoś pytał to każdy z jego obrazów jest idealnym pomysłem na Halloweenowy wieczór! Deliria jest z pewnością tą najbardziej dystyngowaną, najmocniej trzymaną w reżyserskich ryzach. Dzieje się tak w dużej mierze zapewne z powodu miejsca akcji, czyli teatru, który z jednej strony narzuca pewne ograniczenia, ale i pobudza inwencję twórczą. W ograniczonej przestrzeni strach trzeba wzbudzać bowiem szczególnie umiejętnie. To właśnie w teatrze grupa artystów przygotowująca się do spektaklu pod wodzą reżysera furiata, będzie musiała zmierzyć się z zamaskowanym mordercą, który uniemożliwi im opuszczenie budynku. Utalentowany włoski twórca zręcznie balansuje tu na granicy estetyki giallo i klasycznego slashera, wyciągając wszystko co najlepsze z obydwu estetyk. Bywa odrealniony w klimacie, ale i krwisto dosłowny gdy trup zaczyna słać się gęsto i malowniczo, jako że zabójca – w doskonale przerysowanej sowiej masce nie bawi się w półśrodki. Przesada w charakteryzacji, czasami też aktorskiej manierze, zgrywa się z miejscem akcji, które Soavi pokazuje bezbłędnie. Teatr w jego optyce to mroczny labirynt bez wyjścia, w którym można zginąć na wiele przeróżnych sposobów. Podbity pomysłowym oświetleniem i dobrze dobraną muzyką (za którą odpowiadał, m.in. Simon Boswell mający na swoim koncie również pracę przy Hardware!), coraz mocniej osacza bohaterów. Umiejętnie stopniowane napięcie jest zresztą największą zaletą filmu Włocha. Początkowo realizuje się za pomocą działań teatralnego reżysera, któremu finansowo i artystycznie spektakl zaczyna wymykać się z rąk. Chaos jaki wprowadza swoimi działaniami jest tylko dodatkowym ułatwieniem dla mordercy. Slasherowa historia zdążyła nauczyć widzów, że gdy w grupie nie ma jedności, perspektywa szybkiej śmierci staje się szczególnie bliska.  


1987 i 1988 – Wicked City i Demon City Shinjuku (reż. Yoshiaki Kawajiri) – Michał Mazgaj

Powstałe na początku lat 80. amerykańskie filmy science fiction niewątpliwie naznaczyły japońską popkulturę. Trudno jest nie znaleźć ówczesnych animacji, które nie czerpały inspiracji m.in. z Łowcy androidów (1982) Ridleya Scotta czy Mad Maxa 2 – Wojownika szos (1981) George’a Millera. Był to też czas, w którym Kraj Kwitnącej Wiśni zachłysnął się tematyką okultyzmu i demonologii, a wypadkowymi tych fascynacji są m.in. pierwsze anime Yoshiakiego Kawajiri’ego. Choć nie są one powiązane ze sobą fabularnie, łączy je podejście samego twórcy, który na pierwszym miejscu stawia budowanie gęstej, onirycznej atmosfery i epatowanie makabrą i surrealizmem, fabuła z kolei jest tylko pretekstem dla tychże. Wicked City opowiada o dwóch agentach – Takim (Yûsaku Yara) i demonicznej Makie (Toshiko Fujita), których zadaniem jest ochrona życia Giuseppe Mayarta (Ichirô Nagai) – mistyka, który może zagwarantować pokój między światem ludzi i demonów. Film ten miesza ze sobą wątki nadprzyrodzone z estetyką neo-noir – scenerią jest zatem mroczne, choć rozświetlone neonami miasto, pojawia się tu wątek zakazanej miłości, a główny bohater jest zmęczonym swoją pracę kobieciarzem. Tym jednak, co szczególnie może intrygować w Wicked City, jest nagromadzenie seksualnych,motywów, które Sigmund Freud przeanalizowałby z rozkoszą. Pojawiają się m.in. kobieta-pająk z zębami w pochwie, kobieta-demon zarażająca Mayarta pasożytem. gdy ten ssie jej pierś, czy wielki robal oplatający i gwałcący Makie… a to tylko niektóre z atrakcji zgotowanych przez twórców. Drugie anime – Demon City Shinjuku – jest znacznie mniej szalone, choć wciąż oniryczne i tym razem czerpiące z motywów apokaliptycznych. Niejaki Rebi Ra (Kiyoshi Kobayashi) otworzył swego czasu bramę do Piekła we wspomnianym w tytule mieście i dziesięć lat ma je przygotować na powitanie swoich demonicznych panów. Jedynym, który może go powstrzymać jest Kyoya (Hideyuki Hori), syn człowieka, który zginął próbując walczyć z Rebi Rą. Tym razem scenerią jest zniszczona metropolia, w której garstka mieszkańców żyje w ukryciu przed demonami. Nie ma tu może nagromadzenia seksualnej ikonografii czy scen gore jak w Wicked City, całość jednak charakteryzuje podobna, jeśli nie bardziej oniryczna, atmosfera. Demony, które bohaterowie napotykają na swojej drodze, nierzadko wykorzystują iluzje i inne sposoby deformacji rzeczywistości, co czyni całość całkiem nieprzewidywalną. Obie te animacje są z jednej strony całkiem podobne do siebie pod względem estetycznym (w obydwu dominują błękit i czerń), a z drugiej podchodzą do demonicznej tematyki na dwa różne sposoby. I nawet jeśli fabularnie nie są one szczególnie wyszukane, tak mają do zaoferowania nieprzeciętnie płynną animację, pochłaniająca jak gąbka wodę atmosferę i pamiętna muzykę. W rzeczy samej są one świadectwem tego, że lata 80. były złotą erą japońskiej animacji.


1987 – Slumber Party Massacre 2 (reż. Deborah Brock) – Piotr Kuszyński

Oryginalny Slumber Party Massacre z 1982 roku był przyjemnym, acz niekoniecznie wyróżniającym się z tłumu slasherem: ot kolejny film o  nastolatkach masakrowanych przez psychola z ostrym narzędziem w dłoni. Tym samym zabierając się za kontynuacje, nie miałem szczególnie wielkich oczekiwań i byłem przekonany, że czeka mnie po prostu wieczór z dość oklepanym przedstawicielem gatunku. Sam początek filmu nie wskazuje zresztą, by miało być inaczej: znowu poznajemy grupkę niezbyt rozgarniętych nastolatków, którzy wyruszają na domówkę, by móc imprezować z dala od czujnych oczu rodziców i są mordowani przez niebezpiecznego psychopatę. Gdy już jednak dochodzi do właściwej akcji to Slumber Party Massacre II odpływa w mocno absurdalne i oniryczne rejony, czego uosobieniem jest nasz antagonista. Zapomnijcie o rosłym, cichym bydlaku z bronią, tytułową masakrę urządza tu bowiem zwyrolski greaser, jakby żywcem wyciągnięty z lat 50, który napastuje swoje ofiary za pomocą gitary elektrycznej z gryfem zakończonym gigantycznym wiertłem. Typ zachowuje się, jakby był na najlepszej imprezie swego życia: podczas “zabawy swoim narzędziem” żwawo się giba, przesyła swoim ofiarom całusy i nieustannie rzuca one linerami nawiązujących do muzycznych hiciorów sprzed lat. Wszystko to, rzecz jasna, przy akompaniamencie rock’n’rollowej muzyki, przez co finalny akt przypomina mocno zryty teledysk, który MTV puszczałoby wyłącznie po północy. Niestety, gdy szaleństwo filmu rozkręca się na dobre, to bardzo szybko pojawiają się napisy końcowe i to po zaledwie godzinie i jedenastu minutach seansu, przez co zostajemy z poczuciem niedosytu. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli szukacie mocno rozrywkowego filmu na halloweenową bibkę przy piwie i chipsach, to ten tu oto rock’n’rollowy slasher będzie dla Was idealną propozycją.


1995 – Night of the Scarecrow (reż. Jeff Burr) – Kamil Rogiński

Strach na wróble, mimo bycia oczywistym wyborem na filmowe straszydło, nigdy nie gości na naszych ekranach tak często jak zombie czy wampiry, nawiedzając głównie produkcje straight-to-video. Horrorowy wyrobnik Jeff Burr (Pumpkinhead II: Blood Wings, Leatherface: Texas Chainsaw Massacre III) w 1995 roku z powodzeniem wykorzystał to mało popularne monstrum w Night of the Scarecrow. Film doskonale wpisuje się w atmosferę halloweenowych wieczorów, gdy wypchany słodyczami i alkoholem widz trzyma się przytomności kolejnym mało wymagającym seansem. O zaśnięcie w trakcie raczej nie ma co się martwić, bo reżyser zapewnia sceny wykraczające poza zwykłe „strach na wróble chodzi i zabija”. Nadając stworowi iście szatańską genezę, twórcy mogli sobie pozwolić na tak osobliwe momenty jak np. strach na wróble objawiający się przerażonemu pastorowi na krzyżu, by następnie zaszyć nieszczęśnikowi usta czy dziwaczna scena „zapłodnienia”, po której z każdego fragmentu ciała ofiary zaczynają wystrzeliwać trawiaste macki. Wszystko to owocuje dającymi dużo radości efektami praktycznymi. I co najważniejsze, sam strach na wróble prezentuje się znakomicie. Gdy pod koniec filmu goni swoje ofiary z sierpem w ręce, nie sposób pozbyć się skojarzeń z zamaskowanym Davidem Cronenbergiem, biegnącym przez cmentarz kilka lat wcześniej w Nightbreed. Jeff Burr pokazuje, jak się robi jarmarczną (w pozytywnym znaczeniu) horrorową rozrywkę: mimo schematycznej fabuły i stereotypowych postaci, jest w stanie zaskoczyć i rozbawić widza, nie nudząc go do samego końca. Bez straszenia, ale za to z dużą dawką rozrywki w upiornej otoczce. Kwintesencja kina na Halloween.


1997 – Nocne zło (reż. Mark Pavia) – Jakub Krysiak

Znany z roli agenta Rosenfielda w serialu Miasteczko Twin Peaks (1990-1991), Miguel Ferrer wciela się w postać bezwzględnego i cynicznego reportera Richarda Deesa. Pracując dla brukowca dostaje zlecenie na napisanie reportażu o seryjnym mordercy, który podróżując nocami samolotem zabija stróży na małych lotniskach. Klimatyczny obraz Marka Pavii w bardzo ciekawy sposób rozwija materiał wyjściowy, jakim jest opowiadanie Stephena Kinga Nocny Latawiec. Skromna wariacja na temat „latającego Draculi” została przemieniona w moralitet o tym, jak daleko jest się w stanie posunąć reporter w pogoni za sensacją. Znaczną część filmu zajmuje śledztwo, jakie prowadzi Dees w sprawie Nocnego Latawca, które twórcy traktują jako gorzką satyrę na światek prasowej, moralnie wątpliwej sensacji oraz wgląd w życie reporterów, którzy poddają się tej niewdzięcznej pracy. Podążanie tropem wampira-mordercy staję się dla głównego bohatera lekcją moralności, której ten nie chce odrobić, co prowadzi do fenomenalnego, krwawego, ale też przygnębiającego i nihilistycznego finału. Świetne są tu nocne sceny z udziałem widmowego lotnika; nastrojowa muzyka Briana Keane’a, która wprowadza atmosferę odrealnienia, spotkania z czymś mrocznym i tajemniczym; efekty specjalne i soczyste gore od KNB EFX Group, które przedstawiają w dosłowny/obrazowy sposób m.in. zdekapitowane ciała ofiar wampira; charakteryzacja samego złoczyńcy; zaś wisienką na torcie jest wspomniany finał, rzecz absolutnie warta całego seansu, gdzie bohater dzierżąc siekierę zmierzy się nie z wampirem, a z demonami przeszłości, które przyjmują postać piekielnych, namacalnych upiorów. Powtórny seans Nocnego zła nieco zmniejszył mój entuzjazm wobec tej produkcji, ale to wciąż bardzo solidny, rzetelnie wykonany, klimatyczny straszak, którego ambicje nie przysłaniają warstwy rozrywkowej. Nieoczywisty film wampiryczny, który zgodnie z regułami starych/klasycznych horrorów budzi niewymuszoną grozę i skłania do refleksji na temat moralności. 


1999 – Drapieżcy (reż. Antonia Bird) – Justyna Braszka

Jeżeli wybierzecie Drapieżców jako swój halloweenowy seans, to gwarantuję, że zrobicie się… głodni. Głodni esencjonalnych wrażeń i najlepszej klasy kina gatunkowego. Antonia Bird sprawnie łączy motyw legend autochtonów z redefinicją kinowego kanibalizmu, który poza warstwą dosłowną, portretuje też ludzką ambicję i słabość.  To ostatnie dobitnie przejawia się w postawach bohaterów wykreowanych wyśmienicie przez Guya Pearce’a i Roberta Carlyle’a. Ten pierwszy wciela się w trapionego rozterkami moralnymi kapitana Johna Boyda. Drugi zaś jest człowiekiem o dwóch obliczach, bezbłędnym manipulantem, który sztukę kulinarną opanował do szczytu wyrafinowania. Ich ekranowa konfrontacja naznaczona jest ogromnym ładunkiem napięcia, napędzającym mroczną spiralę pełną krwi i mroku. Trzeba przyznać, że Bird wyczuła perfekcyjną zależność między grozą a groteską, gdyż Drapieżcy są na przemian przerażający i satysfakcjonujący. Szkocka reżyserka ma w zanadrzu pełen arsenał dynamitu, który wykorzystuje raz za razem w mięsistej zabawie. Luźna wariacja na temat tragicznego finału niesławnej wyprawy Donnera z 1846 w paśmie górskim Sierra Nevada, zyskuje tutaj formę makabrycznej fantazji na temat kanibalizmu. Upiorną ucztę zapowiada genialna melodia Michaela Nymana, który wespół z nieposkromionym Damonem Albarnem (Blur, Gorillaz), stworzył jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych kanonu filmowej grozy. Dodajcie do tego niesamowite zdjęcia Anthony’ego Richmonda i pełen uroku dystans bijący z tej historii, a nie powstrzymacie się od pełnego zachwytu okrzyku: „Bon Appétit!”.

Teksty zbiorowe kinomisyjnej załogi i przyjaciół.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*