Spag-West Mania: A Taste of Death (1968)

Śnieg w westernie to rzecz jasna niezbyt częsty widok. Westernów nie kojarzymy z zimową porą, a tym bardziej z białymi w tym czasie okolicami. Są jednak wyjątki i zwykle stanowią jedne z najciekawszych i najlepszych reprezentantów gatunku. Zima potrafi być nie tyle nietuzinkowym tłem westernowej opowieści, co jej symbolicznym czy dramaturgicznym wzmocnieniem. Oznaczać wszakże może nieprzejezdne już drogi, większe niż zwykle trudności w upolowaniu zwierzyny oraz bezlitosny mróz, a jego rezultatem zamarzające konie, zamarzające dłonie coraz słabszych rewolwerowców, wreszcie martwe ciała znikające powoli w zaspach śniegu, jak gdyby już nigdy nie miały być odnalezione. Tego typu rozwiązania odnaleźć możemy i w westernach amerykańskich, jak w Dniu wyjętych spod prawa (1959) Andre de Totha czy McCabe i pani Miller (1971) Roberta Altmana, i w europejskich, jak w Człowieku zwanym Ciszą (1968) Sergia Corbucciego i Cut-Throats Nine (1972) Joaquina Luisa Romero Marchenta. Wśród tych mniej czy bardziej cenionych w kręgach fanów gatunku tytułów znaleźć też można mniej pamiętane, a niemal równie udane A Taste of Death, jedyny film w reżyserskim dorobku Sergia Merolle’a.

Cech, które wyróżniają A Taste of Death z tłumu, jest wprawdzie więcej, ale zacznijmy od początku. Pierwsza scena prezentuje wyjątkowo rzadki widok w spaghetti westernie – oto bowiem pastwisko, krowy i tak nieobecni w tej odmianie gatunku kowboje, którzy siedzą sobie przy ognisku. Towarzyszy temu dziwnie beztroska muzyczka, która jednak urywa się, gdy do mężczyzn zbliża się odziany na czarno nieznajomy i częstuje ich ołowiem. Oto iście spaghetti westernowy pstryczek w nos westernu amerykańskiego, ktoś mógłby powiedzieć, gdyby tylko nie to, że właśnie z amerykańskiego oryginału ta produkcja ostatecznie czerpie najbardziej. Rzeczony nieznajomy to wizualnie bardzo przypominający Silenzio ze wspomnianego arcydzieła Corbucciego sadysta imieniem Scaife (znakomity Bruno Corazzari w swojej jedynej tak dużej roli), który dowodzi grupą bandytów. Ukradłszy bydło planują przeprawić się przez pobliskie góry, jednak wielkie zaspy śniegu czynią wszelkie drogi nieprzejezdnymi. Mężczyźni postanawiają więc spędzić zimę w pobliskim miasteczku. Nie zgadza się na to lokalny szeryf (bardzo przekonujący Raymond Pellegrin, doświadczony aktor z wielu włoskich i francuskich filmów gatunkowych), który dobrze wiedząc, do czego mogą być zdolni, próbuje przekonać mieszkańców, że muszą ich wypędzić zanim będzie za późno. W scenie stanowiącej jedną wielką parafrazę legendarnego W samo południe (1952) Freda Zinnemanna, większość mieszkańców szybko odwraca się do szeryfa plecami. Ten zaś – swoją drogą też rzadki widok we włoskim westernie, gdzie stróże prawa to z reguły skorumpowane gnidy lub tchórze – okazuje się mieć, oczywiście, rację. Bandyci planują bowiem przeobrazić miasto w morderczy obóz pracy, całą fabułę czyniąc wkrótce względnie subtelną antyfaszystowską alegorią z aluzjami do włoskiej partyzantki okresu drugiej wojny światowej.

Najbardziej w oczy rzuca się dosyć realistyczne i często bardziej amerykańskie niż włoskie ujęcie gatunku. Niemoralność i agresywność bandytów skontrowane zostają bowiem dyskusjami o słuszności etycznego podejścia do drugiego człowieka i pewną krytyką przemocy (co podkreślone zostaje w zakończeniu, gdzie jedna z postaci odrzuca rewolwer). Cała opowieść opiera się bardziej na portretach bohaterów, którzy prezentują się dosyć wiarygodnie, niż na akcji; zdarzają się tak spopularyzowane przez Sergia Leone mocne zbliżenia twarzy, lecz zdjęcia, autorstwa specjalizującego się wcześniej w dokumentalizmie Benito Frattariego, są albo bardzo statyczne, albo oparte na powolnych jazdach kamery (która postaci otacza lub się od nich oddala). Nie brakuje przemocy i gwałtu, jednak najostrzejsze i najbrzydsze widoki zawsze rozgrywają się poza kadrem. Muzyka Francesco De Masiego, który zaczynał komponowanie do westernów jeszcze przed boomem na rozwijanie pomysłów Ennio Morricone, jest bardziej tradycyjna (choć zdarzają się czasem nowoczesne, gitarowe momenty). Nie ma głównego bohatera i poza wyjątkowo podłym szwarccharakterem i wybranymi z jego bandytów, nie ma tu typowych dla spaghetti „komiksowo” umownych postaci (na drugim planie jest co prawda pewien buntownik – Andrea Giordana, znany choćby z głównej roli w świetnym Johnny’m Hamlecie (1968) Enzo Castellariego – który, ucząc się walki od pewnego starego wygi, zdaje się powoli wyrastać na klasycznego dla konwencji twardego protagonistę, aczkolwiek nigdy nie staje się on najważniejszą postacią). Poza jedną sceną, gdzie mężczyzna udając trupa macha do bandyty, aby go zaskoczyć, zwabić i zabić, nie ma tu tak ukochanego przez włoskich filmowców czarnego humoru. Sceny strzelanin nie są szczególnie efektowne i po włosku przerysowane (vide pierwsza, rozgrywana w ciemności, przez którą naprawdę niewiele widać; dwa interesujące wyjątki pojawiają się w samym finale: najpierw wielka strzelanina, gdzie akcja mocno przyspiesza za sprawą znakomitego montażu, a następnie ostatni pojedynek, który prezentuje się tak po Leonowsku poetycko, ukazując wrogie sobie postaci idące przez las i tylko rozmawiające, aby zatrzymać się już poza nim, na polanie przypominającej arenę).

A Taste of Death to film samoświadomy, stworzony przez ludzi dobrze znających gatunek tak w jego oryginalnej, jak i włoskiej wersji, i przewrotnie klejących ze sobą ich elementy. Pewnym potwierdzeniem zdaje się być zatrudnienie Johna Irelanda, weterana klasycznego westernu (Miasto bezprawia (1946) Johna Forda czy Rzeka czerwona (1948) Howarda Hawka), do roli Dana Ela, podstarzałego bandyty, który postanawia zbuntować się przeciwko Scaife’owi, aby pomóc terroryzowanym mieszkańcom, zwłaszcza zaś młodzieńcowi najbardziej garnącemu się do wojaczki, lecz nie potrafiącemu jeszcze walczyć (ich wspólny trening przywodzić może na myśl relacje bohaterów popularnych Dni gniewu (1967) Tonino Valeriiego, gdzie starszy, symbolizujący western amerykański, trenuje młodszego, symbolizującego western włoski). Zaskakująco dużo tu zadumy, która wespół z na zmianę śnieżnymi i zabłoconymi krajobrazami – sprawiającymi, że świat przedstawiony jawi się jako świat niekończącego się rozkładu i izolacji – nadają fabule wręcz egzystencjalnego charakteru. Niestety, jak się zdaje, wszystkie te mniej czy bardziej nietuzinkowe elementy były zarazem powodami komercyjnej porażki filmu. Niemniej, dzięki temu dziś możemy dowodzić wartościowości gatunkowej obskury sprzed lat. Bardzo solidne kino.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*