Wysypisko #8: 2019

[Tekst pierwotnie opublikowany 03/01/2020]

Po dłuższej przerwie czas powrócić do Wysypiska. Tym razem zbiór różnego rodzaju krótkich tekstów o najlepszych bądź najciekawszych filmach 2019 roku. Dokładnie dziesięć tytułów. Zapraszam do lektury!


Dragged Across Conrete (reż. S. Craig Zahler)

Być może najwolniejszy film akcji w historii. I jest to komplement.

Film jest tak wolny, że po pierwszej godzinie seansu można się zastanawiać, jakim cudem komuś mogło przyjść do głowy, aby szufladkować go jako kino akcji. Nie, żeby po tej godzinie rzecz miała gwałtownie przyspieszyć i zacząć przypominać hongkońskie szaleństwa Johna Woo. Wszystko jest cały czas tak samo wolne. I jest to ciągle komplement, ponieważ mowa o tytule, który jest jednocześnie w duchu kina sensacyjnego lat 70. (luźne skojarzenia: Sam Peckinpah, Sidney Lumet), stanowi swoistą dekonstrukcję gatunku (to, co w dzisiejszym kinie opiera się na niezwykłej dynamice, tutaj zostaje totalnie rozwleczone, zarazem będąc bardzo dopieszczonym dramaturgicznie) i jedzie po widzu niczym walec.

Jest patologia, desperacja, nihilizm, a na deser trochę makabry (w tym jedna z najbardziej osobliwych scen gore ostatnich lat), a z drugiej strony sporo elokwentnych, błyskotliwie napisanych dialogów oraz zaskakująco dużo humoru. Oczywiście, świetne aktorstwo. Mel Gibson i Vince Vaughn, którzy ponownie błyszczą, ale też charakterny i kluczowy dla opowieści Tory Kittles. Ładne epizody Udo Kiera, Dona Johnsona, a przede wszystkim nokautujący występ Jennifer Carpenter. Oraz następny, po Bloku 99, zacny soulowy soundtrack u pana Zahlera.

Jest też bardzo ciekawie, niejednoznacznie i odważnie na temat rasizmu i poprawności politycznej, ale, powiedzmy sobie wprost, żeby opisywać ten film jako rasistowski – co część krytyków zrobiła po jego pierwszych projekcjach – to trzeba być idiotą. No, lub zakończyć seans po 20 minutach i na ich podstawie oceniać całość.

Początek filmu rzeczywiście może sugerować szowinistyczny charakter opowieści. Za bohaterów mamy dwóch twardych i dosyć old skulowych gliniarzy, niemalże uwspółcześnionych brudnych Harry’ch. Zwłaszcza starszy z nich pasuje do tego opisu, a gra go – o zgrozo – tak kojarzony z antysemityzmem Gibson. Co więcej, mieszka on w ubogiej dzielnicy zdominowanej przez czarnoskórych. Jego nastoletnia córka właśnie zostaje zaatakowana przez grupkę czarnych. Piąty raz w ciągu dwóch lat. Jego żona otwarcie mówi, że kiedyś by się tego po sobie nie spodziewała, ale teraz jest rasistką. W międzyczasie przełożony bohaterów rzuca hasło w stylu „Co za czasy, przyznać się dziś do bycia rasistą to jak przyznać się w latach 50. do bycia komunistą”. A postaci Gibsona i Vaughna są akurat świeżo po „skatowaniu” dilera pochodzącego z Meksyku, przez co zostają zawieszeni. Co za czasy.

Tym, co szybko rzuca się tu w oczy, jest fakt, że Zahler podkreśla, iż stereotypy nie biorą się z próżni (lecz z ulicy) i niejako uzasadnia istnienie rasizmu. Pokazuje rzeczywistość, która definiowana jest tak polityczną poprawnością, jak i wszechobecnym rasizmem. Rzecz w tym, że wraz z rozwojem opowieści zmienia jej wymowę i konsekwentnie poszerza perspektywę widza, po drodze niejednokrotnie grając mu na nosie. Nie chcę tu za bardzo opisywać fabuły, bo choć film trwa blisko 3 godziny, to opiera się na bardzo prostej konstrukcji i łatwo tu o duże spoilery. W kwestii scenariusza ograniczę się więc do dwóch rzeczy. Po pierwsze, stereotypy nie biorą się z próżni, ale pozostają tylko stereotypami. Kluczowe sceny z finałowego aktu opowieści opierają się na przewrotności wynikającej z tego, że postaci źle się nawzajem oceniają i popełniają dużo kosztujące ich błędy. Chodzi tu głównie o relacje na linii czarni-policja oraz po prostu czarni-biali (choć jest też fragment z błędną oceną pewnej postaci kobiecej). Istotną rolę w odbiorze filmu odgrywa więc kontekst kulturowo-historyczny. Po drugie – i teraz będzie konkretniej – postać Vaughna długo postrzegamy przez pryzmat nieco ważniejszego dla fabuły Gibsona. No bo to nie tylko partnerzy, ale też prawdziwi kumple, oddani sobie, często się ze sobą zgadzający itp. Wiemy, że Gibson jest rasistą, więc po solidnej ekspozycji z automatu przyjmujemy, że Vaughn, o którym wiemy mniej, pewnie też. Dopiero po ok. 40 minutach poznajemy ukochaną Vaughna. I jest nią czarnoskóra kobieta. Czy Gibson o tym wie? Zapewne tak. Czy ma coś przeciwko? A dlaczego miałby mieć?

Taką paradoksalną i ironiczną naturę filmu szybko podkreśla jego soundtrack. Otóż, przecież, jest to głównie muzyka soulowa. Żeby ten soundtrack był bardziej „czarny”, to musiałby tam tylko być jeszcze jakiś stary blues. Najlepiej przedwojenny, grany przez bezzębnego czarnego na rozpadającym się akustyku.

Na pożegnanie przejdźmy jednak do ściśle powiązanego z soundtrackiem konkretu. Oto gdzieś w pierwszej części filmu nasi twardzi bohaterowie czekają na śniadanie w knajpie. Leci popowa muzyczka. Zaczynają z niej drwić. Padają zdania w stylu: „Nie wiem nawet czy to śpiewa facet czy babka. Co to ma być? Nie da się już odróżnić. Jaka pizda. Co za czasy.” Aktorzy nie wyglądają tu jednak naprawdę poważnie, zwłaszcza Vaughn. Scenka wygląda raczej na humorystyczną. Ale o co właściwie chodzi? No więc piosenka, która tam leci, grana i śpiewana jest przez samego reżysera. Bank rozbity.


The Head Hunter (reż. Jordan Downey)

Mikrobudżetowy horror fantasy osadzony gdzieś w pełnym potworów Średniowieczu.

Reżyser, niewątpliwie wiedząc, jak niewielkim budżetem będzie dysponować, postawił, wespół ze swoim współscenarzystą, na definiujący całą fabułę paradoks. Otóż z jednej strony mamy opowieść o wojowniku polującym na terroryzujące okolicę monstra (tak jest, Wiedźmin as fuck), a z drugiej same walki zostały tu zmarginalizowane i przeważnie rozgrywają się poza kadrem. Poodcinane przez bohatera łby kolejnych stworzeń wyglądają niewiele lepiej niż halloweenowe maski, jakie kupić można w specjalistycznych sklepach, jednak ich konsekwentnie rosnąca kolekcja ma na celu nie imponowanie widzowi, lecz podkreślenie uporu protagonisty. Skupiono się tu bowiem na jego codzienności. Na nieustannych przygotowaniach do kolejnych starć, na trudzie podróży, na leczeniu zawsze bardzo ciężkich ran, a przede wszystkim na oczekiwaniu, aż w okolicę powróci monstrum, które niegdyś odebrało życie jego córce. Znaczy się niemały ładunek melancholii i nienawiści gratis.

Wszystko to przyprawione pięknymi krajobrazami, plastycznymi kadrami i odpowiednio mroczną muzyką. Jasne, większy budżet by się przydał, ale pan Downey i bez niego udowodnił, że jest naprawdę dobrym reżyserem. Jednym z tych, co potrafią wykreować coś z niczego. Rezultatem dzieło tyleż kameralne, co sugestywne, przywodzące też na myśl komiksowego Hellboya (jego balladowe i horrorowe one-shoty) oraz Evil Dead (akcja głównie w jednej chatce i na pobliskim terenie), a wreszcie z pięknie przewrotnym i makabrycznym finałem.

Fuck, niech ktoś da temu kolesiowi więcej kasy.


In Fabric (reż. Peter Strickland)

Swoim czwartym filmem brytyjski twórca ponownie rozbija bank, choć tym razem nieco innymi sposobami. Opowiadające o pechowych właścicielach pewnej nawiedzonej sukienki, której noszenie prowadzi do tragedii, a pranie do swoistych samobójstw pralek (!!!!!), In Fabric to coś na granicy horroru, fantasy i komedii. Niedorzeczności tematu towarzyszy coraz częstsze ironizowanie fabuły, która w swojej drugiej połowie zamienia się już w prawdziwy festiwal absurdu i groteski. W kilku miejscach ociera się wręcz o kuriozum, ale reżyser nigdy nie pozwala się swojemu dziełu wykoleić. Tradycyjnie już, duża w tym zasługa jego niezwykłej wyobraźni, którą napędzają wzorce sprzed lat – i ponownie wyraźnymi inspiracjami są włoski horror (sprzedawczynie z domu towarowego z niebezpiecznymi ciuchami przywodzą na myśl czarownice z Suspirii), giallo (tak giallowego soundtracku dawno nie słyszałem; przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą połowę filmu) oraz sexploitation (do głowy przychodzi Jesus Franco, choć nie będę udawał, że już choćby relatywnie dobrze znam jego twórczość). A do tego dochodzi jeszcze satyra społeczna na konsumpcjonizm, która jest niemalże jak wyjęta z Romerowskiego Świtu żywych trupów, regularne dozy oniryzmu oraz podobne do obecnego w mistrzowskim The Duke of Burgundy specyficzne niedookreślenie miejsca i czasu akcji. Fabuła rozgrywa się bowiem w nieistniejącym brytyjskim mieście w nie-bardzo-wiadomo-której-dekadzie mającej na zmianę cechy lat 70., 80. oraz współczesności. Wszystko to, mimo swojego przegiętego charakteru oraz okazjonalnych scen makabry i perwersji, sensualne i bardzo stylowe, wręcz eleganckie. Bo Strickland to jest gość.


Romulus and Remus: The First King (reż. Matteo Rovere)

Pierwszy od nie-wiem-jak-dawna włoski film przypominający o tym, że kiedyś istniało coś takiego, jak peplum. Rzecz jednocześnie (lub może raczej na zmianę) realistycznie i fantastycznie podchodząca do mitu o założeniu Rzymu, skupia się przede wszystkim na survivalowej części podróży słynnych braci i ich towarzyszy niedoli – na próbie przeżycia w pewnym przeklętym lesie, w którym problemem jest zarówno upolowanie zwierzyny, jak i możliwość spotkania z osobnikami lubującymi się w odrąbywaniu głów. Sceny akcji są odpowiednio brutalne, fabuła opowiedziana niespiesznie i tajemniczo, zdjęcia ładne jak należy. Muzyka bywa niestety dosyć generyczna i widać też, że twórcy mieli tu jakieś blockbusterowe ambicje, a szkoda, bo szybko pokazali, że potrafią być efektywni bez silenia się na epickość (na którą ich zresztą zwyczajnie nie było stać). Niemniej, warto. Zwłaszcza, jeśli jesteś fanem gatunkowej włoszczyzny. Oto neo-peplum, które przywodzić może na myśl filmy typu Czarna śmierć (2010) czy Pilgrimage (2017). Mojemu koledze skojarzyło się nawet z Valhalla Rising (2009). Ja bym się aż tak nie zapędzał, ale… może Tobie też to przyjdzie do głowy. I ja się wcale nie pogniewam.


Three From Hell (reż. Rob Zombie)

Najsłabsza część trylogii pana Zombie, co boli tym bardziej, że ani Domu 1000 trupów, ani Bękartów diabła – mimo pewnych pięknych fragmentów i ich słusznie kultowego statusu – nie można nazwać wybitnymi reprezentantami gatunku. A przynajmniej nie na trzeźwo.

W finałowej części cyklu autor ładnie kłania się światowemu kinu eksploatacji – od women-in-prison przez spaghetti western po meksykańskie Lucha Libre – jednak nie wnosi nic nowego do sagi o rodzinie Firefly. To, co mogłyby przynieść mu coś faktycznie świeżego i fajnego (jak więzienny żywot urokliwej jak zawsze Baby), nie trwa wystarczająco długo, aby odcisnąć wyraźne piętno na fabule. Będący jednym z najjaśniejszych punktów poprzednich części Kapitan Spaulding tutaj nie mógł być za bardzo wykorzystany z powodu kiepskiego stanu zdrowia Sida Haiga, toteż uśmiercony zostaje już na samym starcie. Na jego miejsce wskakuje Richard Brake jako Foxy, „zaginiony” brat przyrodni Otisa. A więc aktor charakterny (najlepszym tego dowodem jego cudownie szalony występ w 31), ale postać pojawiająca się od czapy. Co więcej, mimo niezłych występów tak Brake’a, jak Billa Moseleya, aktorzy nie wydają się ze sobą dobrze czuć. Chwilami aż można odnieść wrażenie, że grają w oddzielnych filmach. Ale to, powiedzmy, szczegół. Gorzej, że Sheri Moon Zombie zalicza bodaj najsłabszy występ w karierze, kompletnie nie przekonując w scenach, w których Baby jawić się ma jako totalna psychopatka.

Całość jest po prostu wtórna, zbyt kurczowo trzymająca się Bękartów diabła (są nawet te „tarantinowskie” dialogi), przy tym wyzbyta jednak tego, co było tam najmocniejsze – możliwej dzięki zgrabnej dramaturgii manipulacji widzem, któremu przekonująco wmawiało się, że rodzina gwałcicieli i morderców przeobraża się w bohaterów walczących w imię wolności. Tutaj, co prawda, początkowo otrzymujemy podobną treść i jest ona nawet zgrabnie klejona z satyrycznie przegiętym kultem seryjnych morderców i nawiązaniami do dokonań familii Charlesa Mansona. Tyle że jest ona powtarzana nam wprost („Walczymy przeciwko systemowi” i inne dosadne deklaracje), aby z czasem zniknąć w cieniu kolejnych aktów przemocy. A więc znowu element z zupełnie niewykorzystanym potencjałem. Sama przemoc, na szczęście, ma w sobie tą samą chorą radość, co wcześniejsze dokonania pana Zombie. To czysty terror, prawdziwa miłość do podłego exploitation, która w pewnych momentach czyni film należycie frenetycznym. Niemniej, mimo nawet ładnie unieśmiertelniającego postaci zakończenia*, Three From Hell to film po prostu niepotrzebny. Lub spóźniony o kilka długich lat. To laurka dla najfajniejszych postaci, jakie urodził pulpowy umysł Zombiaka, ale niestety laurka wybrakowana, niedorobiona i ewidentnie tania. Tylko dla fanów serii, choć nawet ci nie będą mieli takiej frajdy, jaką rodzina Firefly powinna przynosić.

* Nie jest to jednak nic na miarę genialnego finału Bękartów diabła.

Demony prerii (reż. Emma Tammi)

Western przefiltrowany przez Czarownicę (2015) Roberta Eggersa. Supernatural western horror, jak sympatycznie podaje Wikipedia. Debiut pani Tammi to film kameralny i bardzo leniwy. Jego kilka bardziej krzykliwych/energetycznych fragmentów nie wynagrodzi czekania na fajerwerki widzom niecierpliwym. Jeśli więc jesteś jednym z nich, unikaj go jak ognia (piekielnego). To rzecz chyba głównie dla koneserów kina gatunku, którym frajdę sprawi prezentacja westernu z kobiecej perspektywy, zaburzenie chronologii czyniące opowieść małą układanką oraz obserwowanie, jak horror wkracza na teren Pogranicza, aby uczynić je swoim terenem. Ukazujące łącznie ledwie pięć postaci, Demony prerii skupiają się na doświadczonej życiem Lizzy, która zmuszona jest zostać na kilka dni całkowicie sama na terenie przez nikogo nie zamieszkanym. No, jeśli nie liczyć tytułowej zjawy, która bardzo chętnie będzie ją terroryzować. Zamknięta w domu bohaterka a to walczyć będzie o przetrwanie, a to halucynować (?) i pogrążać się we wspomnieniach.

Tajemniczy, nihilistyczny i cokolwiek makabryczny, film ma nietuzinkową fabułę i naprawdę fajne momenty o bardzo gęstej atmosferze. Całość ciężko nazwać tworem doskonałym – wspomniane wcześniej krzykliwe sceny wyglądają czasem generycznie, a scenariusz wydaje się w paru miejscach nieco plątać – jednak przecież nie każdy musi od razu debiutować obrazem na miarę Czarownicy, prawda? Jest dobrze.

PS. No ale właśnie, a co z tym wpływem Czarownicy? Nie chcąc zdradzać zbyt wiele zaznaczę tylko na wszelki wypadek, że nie ma tu Czarnego Filipa. Bo zamiast niego jest Biały!

PPS. Film można było zobaczyć w zeszłym roku podczas Octopus Film Festival, a następnie w kinach z okazji Halloween, lecz do regularnej dystrybucji w naszym kraju trafi dopiero teraz – a dokładniej 17 stycznia.


The Fanatic (reż. Fred Durst)

Niskobudżetowy prawie-thriller w reżyserii lidera Limp Bizkit. I to mogłoby w sumie wystarczyć za opis filmu.

Z drugiej strony jego szczegóły są całkiem ciekawe.

Jedną z cech opowieści jest nie mająca większego uzasadnienia narracja z offu, która albo opisuje to, co i tak widzimy na ekranie, albo próbuje być mądra, ale jej to niekoniecznie wychodzi. Oto pierwsze, co słyszymy: „Los Angeles. Nazywam je miastem ściemniaczy. [kilka sekund pauzy] Ale kim jestem, żeby ich oceniać? Ja też tu mieszkam.”

Głos, który okazjonalnie słyszymy, należy do pani paparazzi, która jest (niezbyt potrzebną do rozwoju opowieści) przyjaciółką i swoistą opiekunką opóźnionego w rozwoju mężczyzny / chłopca (ciężko stwierdzić) imieniem Moose. Którego gra John Travolta. Oglądanie jego osobliwych poczynań to bardzo specyficzne doświadczenie. Mamy tu wszakże chorego człowieka (swoją drogą totalnego kinomana zakochanego w tanich horrorach), który jest na każdym kroku do bólu nieporadny i ślamazarny, i bywa gnojony przez paru drani. Zachowuje się głupio. Wygląda bardzo głupio. Jest zagrany beznadziejnie. Co nie jest trudno sobie wyobrazić. Popatrzcie na to zdjęcie wyżej. I pomyślcie: oto wielki gabarytowo, 65-letni John Travolta gra mentalnego 12-latka i zalicza prawdopodobnie najgorszy występ w karierze. Pamiętacie najbardziej przeszarżowane role Nicolasa Cage’a? To jest właśnie coś takiego. Tyle że tutaj – przepraszam za powtórzenie – mowa o roli jednostki opóźnionej w rozwoju. Takiej, która ma wywoływać u nas zarówno współczucie, jak i niepokój. Tymczasem jest to na zmianę śmieszne, żenujące i przykre.

Na ratunek naszej moralności przychodzi fabuła, która również jest napisana źle. Ale o co właściwie chodzi? Moose jest zakochany w pewnym gwiazdorze niskobudżetowych gatunków i chciałby od niego sporo autografów. Ale koleś okazuje się (bardzo głupio) agresywnym bucem. Po różnych scenach upokorzenia rozczarowany i wściekły „chłopak” postanawia odwiedzić ex-idola środkiem nocy, związać go i trochę pomęczyć. Najpierw jednak, na przykład, myje sobie zęby jego szczoteczką.

To tak w wielkim skrócie. Akcja rozgrywa się tak naprawdę względnie leniwie, ponieważ pojawiają się tu różne fragmenty mającego uwiarygadniać motywację postaci itd. Nie ma tu jednak w tym nic przekonującego. Jest po prostu maraton słabych lub nijakich scen, które, na szczęście, potrafią naprawdę rozbawić, jako że jakością i charakterem zdarza im się przywodzić kultowe The Room (2003).

Różnoraka przemoc pojawia się tu w miarę regularnie. Np. w połowie filmu zamordowana zostaje jedna postać. I jej wątek jest automatycznie porzucony (sic!). Oczywiście o umiejętnym budowaniu napięcia nie ma tu mowy. Jest co prawda jeden zaskakujący punkt zwrotny w finale – będącym wielkim wybuchem przemocy – co można by zaliczyć w poczet nielicznych (ok – nieobecnych!) walorów filmu, gdyby tylko nie to, że z miejsca wywołuje on salwę śmiechu.

A, no i jeszcze jedna, jakże ważna, rzecz. W połowie filmu b-klasowy gwiazdor odpala w samochodzie Limp Bizkit. I mówi do swojego synka siedzącego obok coś w tym stylu: „Masz ochotę na trochę Limp Bizkit? Lubisz Limp Bizkit? Tak? Ja też! Tak jest, to jest to! Kiedyś dużo się tego słuchało, to były czasy. O tak, to jest muzyka! Tak jest, kochanie, tak jest! To jest to!”. Fuck yes, Fred. Fuck yes.


Na noże (reż. Rian Johnson)

Kryminał roku. Nie powinno to dziwić, jeśli popatrzymy na wcześniejszą filmografię twórcy, której połowę zajmują znakomite obrazy neo-noir: pastiszowe Kto ją zabił? (2005) i noszący kostium sci-fi Looper – pętla czasu (2012). Na noże to jednak innego rodzaju kryminał; nie czarny, lecz sięgający do samej Agathy Christie, czyli mistrzyni tzw. whodunit. Czyli ten akurat kryminał, który nigdy mnie nie interesował (jeśli nie liczyć giallo, które z niego często czerpało). Ja się jednak bawiłem tutaj przednio, a to z tej prostej przyczyny, że Johnson nie tyle swobodnie żongluje gatunkowymi tropami, co śmiało wywraca konwencję do góry nogami i to już po ok. pół godziny filmu (trwającego łącznie dwie godziny). Faszeruje opowieść sporą dozą ironii, czarnym humorem oraz elementami satyry społeczno-obyczajowej, nie zamieniając jej jednak w parodię. Jego zabawa nie ma bowiem na celu wyśmiania gatunku, lecz jego rewitalizację. I ta się jak najbardziej udaje. Reżyser z jednej strony łaskocze swoich widzów, lecz z drugiej bardzo starannie konstruuje fabułę, która okazuje się być imponująco precyzyjną, dopieszczoną dramaturgicznie układanką. Perła.


The Nightingale (reż. Jennifer Kent)

Pięć lat po premierze głośnego Babadooka do kin (przynajmniej brytyjskich i amerykańskich) trafia wreszcie drugi obraz Jennifer Kent. Australijka ponownie prezentuje tematykę samotności kobiety oraz radzenia sobie z traumą i stratą bliskiej osoby, znowu też sięgając po poetykę oniryzmu i nadając opowieści charakter alegorii. Tym razem jednak cudzysłów horroru porzucony jest na rzecz wiarygodnego survival thrillera, który za punkt wyjścia ma kontrowersyjną konwencję rape’n’revenge. Ciężko jednak nazwać The Nightingale kinem gatunku sensu stricto. Co nie dziwi, zważywszy na miejsce i czas akcji filmu, czyli definiowaną wybijaniem ludności aborygeńskiej oraz zsyłaniem nań rozmaitych skazańców Australię pierwszej połowy XIX wieku. Główną bohaterką jest irlandzka ex-złodziejka Clare, która najmuje tubylczego tropiciela, aby odnaleźć i zabić wędrujących dziczą angielskich żołnierzy, którzy ją zgwałcili oraz zamordowali jej męża i dziecko.

Opowieść, choć rozgrywana w czasie tzw. czarnej wojny, napędzana jest jednak nie akcją, lecz wytrwałością protagonistki, trudem podróży oraz komentarzem społeczno-politycznym. Za sprawą tego ostatniego postawiony zostaje znak równości między mizoginią a rasizmem. Najciekawsze jest jednak to, że same postaci tego nie widzą i przeważnie zaprezentowane są jako jakże ludzcy hipokryci postrzegający rzeczywistość przez pryzmat rozmaitych stereotypów (czarni to prymitywne dzikusy, wszyscy biali to grabieżcy itp.). A są też jeszcze żołnierze – okrutni, głupi, niemoralni lub zbyt tchórzliwi i konformistyczni, by reagować na przemoc obok (niecodziennym i świetnym rozwiązaniem było obsadzenie w roli najgorszego z nich przystojniaka o przyjemnej aparycji, który jednak bardzo przekonująco potrafi zagrać skrytego psychopatę). Ostatecznie konwencja rape’n’revenge zostaje rozsadzona. Lub może zignorowana. Większość filmu wygląda zaskakująco zwyczajnie. Sceny akcji nie są efektowne, gdyż postaci są często nieporadne, zdesperowane czy wystraszone; przemoc jest zawsze paskudna; terror prowadzi na skraj obłędu; śmierć bywa żałosna. Jest jednak w tym wszystkim niemało empatii oraz szczerości, a ostatecznie film staje się przede wszystkim cegiełką dla #metoo. Tak, mimo wszechobecnego brudu i rozpaczy, znalazło się tu więc też nieco miejsca dla ludzkiego dobra i nadziei.


Złota rękawiczka (reż. Fatih Akin)

Głośny quasi-horror z Niemiec. Rzecz o alkoholiku-gwałcicielu-seryjnym mordercy grasującym na ulicach Hamburga pierwszej połowy lat 70. szybko atakuje nawałem patologii. Jest brzydko, brudno, agresywnie i groteskowo. Miejscami wręcz szokująco, choć zarazem nie ma mowy o jakimś epatowaniu seksem i przemocą, gdyż pomimo bezpardonowego ukazania odjazdów antybohatera, wiele (np. ciosów) rozgrywa się poza okiem kamery. Co rzadkie w wypadku obrazów o takich zwyrolach, opowieść jest też dosyć etyczna. Choć Fritz Honka to jednostka żałosna i smutna, postrzegana przez tzw. normalnych ludzi jako zbyt brzydka i pokraczna, Akin nie pozwala nam jej choćby minimalnie polubić czy współczuć. Są dwa momenty, kiedy jest blisko – pierwszy, gdy oglądamy, jak kolejne kobiety wyśmiewają podryw Honki, a drugi, gdy próbuje się zmienić i odstawić alkohol, a my tym samym po raz pierwszy widzimy go nie jako potwora, lecz jako zakompleksionego losera – jednak zostają one ucięte. Reżyser na ogół unika uzasadniania jego działań (poznajemy go już po pierwszym mordzie), regularnie prezentując go jako brutalnego, amoralnego i mocno impulsywnego idiotę, który szuka łóżkowych przygód w być może najtańszej spelunie (tytułowej Złotej rękawiczce) hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Oprócz portretu Honki otrzymujemy też więc smutny obraz ubogiej części miasta, pełnej różnorakich desperatów, samotników i nieudaczników. Żeby nie było zbyt przytłaczająco, reżyser częstuje nas co jakiś czas humorem (który potrafi zwalić z nóg!), a w pewnym (kluczowym) miejscu także specyficzną dobrocią. Ale tego oczywiście opisywać nie będę. Jeśli jeszcze nie widzieliście, przekonajcie się sami, bo to jeden z filmów roku.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*