Imperium zbrodni. Retrospektywa filmów o Doktorze Mabuse

Trylogia Fritza Langa

W 1920 roku swoją premierę miał Gabinet doktora Caligari Roberta Wienego – film zwiastujący początek ekspresjonizmu w niemieckim kinie po I wojnie światowej. Mało kto jednak wie, że początkowo reżyserem tego przełomowego dzieła miał być Fritz Lang, jednak z powodu pracy nad innymi projektami musiał odrzucić propozycję producenta Ericha Pommera. Dwa lata później nakręcił dwuczęściową, trwającą ok. pięć godzin, filmową epopeję pt. Doktor Mabuse, gracz, w której, bazując na mającej premierę w 1921 powieści Norberta Jacquesa pod tym samym tytułem, powołał do celuloidowego życia innego demonicznego doktora, mającego, jak się później okaże, całkiem dużo wspólnego ze wspomnianym Caligarim.

Grany przez Rudolfa Klein-Rogge Mabuse jest hazardzistą, hipnotyzerem i szefem szajki przestępczej. Jego celem jest wykorzystanie powojennego chaosu w celu zdobycia władzy i pieniędzy. Swoje zbrodnie planuje w najmniejszych szczegółach, samemu będąc mistrzem kamuflażu, a na dodatek siłą swojej woli może wpłynąć na praktycznie każdego, co czyni go nieuchwytnym dla policji. Nie można nazwać go jednak typowym mastermindem. Jego inteligencja i wyrachowanie mocno kontrastują bowiem z jego megalomanią i iście dekadenckim przysposobieniem. Z jednej strony widzimy go planującego przebieg każdego przestępstwa co do minuty, skrzętnie zacierającego za sobą wszelkie możliwe ślady, a z drugiej miewającego wybuchy wściekłości, oddającego się orgiastycznym libacjom alkoholowym, czy nawet zdobywającego siłą kobietę, która wzbudza jego pożądanie. Mabuse łączy więc w sobie dwie skrajności – zimne, nieludzkie wyrachowanie z dzikim witalizmem.

Reszta filmu również naznaczona jest przez interesujący kontrast, Lang bowiem stara się opowiedzieć realistyczną historię kryminalną kreśląc w tle wydarzeń obraz niemieckich elit jako dekadenckiego, zatracającego się w hazardzie i alkoholu towarzystwa, zarazem pozostając wiernym estetyce ekspresjonizmu. W rezultacie wiele scenografii jest odrealnianych przez dziwne geometryczne kształty i cienie, nie brakuje też scen halucynacji i specyficznych zabiegów montażowych służących podkreśleniu stanu emocjonalnego bohaterów.

Jako całość Doktor Mabuse jest nie mniej monumentalnym i pionierskim osiągnięciem Langa niż Metropolis (1927), Kobieta na księżycu (1929) czy Nibelungi (1924), nie sposób się jednak dziwić, że został przez wymienione pozycje przysłonięty. Mowa w końcu o niemym filmie trwającym w sumie pięć godzin. Jeśli jednak weźmiemy poprawkę na specyfikę tego rodzaju kina, odkryjemy, że ani minuta w tym ogromnym metrażu nie została zmarnowana, a twórcy wypełnili fabułę po brzegi zwrotami akcji, napięciem i udanym komentarzem społecznym. Mało tego, pod wieloma względami film Langa jawi się jako całkiem „nowoczesny” – przedstawione w nim rozwiązania stały się nieodzownym elementem szeroko rozumianego kina sensacyjnego (i są nimi po dziś dzień).

O ile oryginalnego Doktora Mabuse nie jest łatwo wszystkim zarekomendować z powodów, które wymieniłem, o tyle powstały 11 później, już w dźwięku, sequel – Testament doktora Mabuse – to absolutnie pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika kina akcji i prawdziwy kamień milowy w historii gatunku. W wyniku wydarzeń z pierwszego filmu Mabuse trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie opiekę nad nim sprawuje profesor Baum (Oscar Beregi Sr.). Nieoczekiwania fala perfekcyjnie zaplanowanych przestępstw zalewa miasto, a wszystkie tropy prowadzą do kliniki wspomnianego Bauma.

Testament to film owiany legendą, bowiem został swego czasu zakazany w nazistowskich Niemczech i przyczynił się do ucieczki Langa do Ameryki. Powodem było przedstawianie w filmie aktów terroryzmu wymierzonych przeciwko państwu; tytułowy Testament, który Mabuse spisuje zamknięty w szpitalnej celi, zakłada dokonanie serii bezsensownych zbrodni w celu zastraszenia społeczeństwa i zbudowania Imperium Zbrodni. Na domiar złego wszystko jest oprawione w parafrazę nazistowskich manifestów.

O tym, jak dobry jest Testament doktora Mabuse, niech świadczy chociażby fakt, że kręcąc Mrocznego Rycerza (2008) Christopher Nolan zaczerpnął z niego całkiem sporo inspiracji, m.in. wzorując swoją interpretację Jokera na postaci złowieszczego doktora. I faktycznie, gdyby z Mrocznego Rycerza usunąć nawiązania do komiksów, mógłby uchodzić za zakamuflowany remake dzieła Langa. Mimo upływu prawie 90 lat Testament wciąż potrafi złapać widza za gardło i trzymać go w napięciu przez całe dwie godziny seansu. Organizacja Mabusego jest w stanie dosięgnąć każdego w dowolnym momencie, a i ci, którzy chcą ją zdradzić, nie mogą czuć się bezpiecznie.

Na szczególną uwagę zasługuje jednak wątek relacji profesora Bauma z Mabusem – najbardziej w całym filmie spowity tajemnicą. Mabuse przebywa bowiem w quasi-katatonicznym stanie maniakalnie zapisując setki stron papieru gryzmołami, które po odpowiednim odczytaniu stanowią plany kolejnych wielkich przestępstw. Ich realizatorem okaże się Baum przyjmując imię swojego pacjenta i kierując szajką. Nie dowiadujemy się jednak, czy Mabuse przejął nad swoim lekarzem kontrolę, czy może ten sam, powodowany obsesją na punkcie Mabusego, postanowił stać się mastermindem złowrogiej organizacji. Ta druga teoria wydaje się o tyle słuszna, że nawiązuje do Gabinetu doktora Caligari, który, jak wspomniałem początkowo miał reżyserować Lang. Wszakże grany przez Wernera Kraussa bohater, jak się dowiadujemy, nie jest prawdziwym Caligarim, a jedynie kimś, kto przybrał imię legendarnego mistyka i obsesyjnie pragnął się nim stać.

Do tematu powołanego przez siebie do życia geniusza zła Lang powrócił dopiero w 1960 roku kręcąc Tysiąc oczu doktora Mabuse i tym sposobem zamykając swoją filmografię. Mimo iż tytuł przykuwa uwagę, to sam film – nakręcony wyłącznie z pobudek komercyjnych, gdyż reżyser desperacko potrzebował zastrzyku gotówki – może okazać się sporym rozczarowaniem, zwłaszcza w zestawieniu z dwoma genialnymi poprzednikami. Fabuła koncentruje się wokół hotelu Luxor, do którego prowadzi seria przestępstw będącymi kopią tych, które swego czasu popełnił doktor Mabuse. W samym miejscu również dochodzi do dziwnych wydarzeń. Sprawę bada inspektor Kras (Gert Fröbe), korzystając z pomocy medium Petera Corneliusa (Wolfgang Preiss).

Lang wyprowadza szereg wątków starając się zaintrygować widza, nie udaje mu się jednak zbudować napięcia porównywalnego z tym z poprzednich dwóch odsłon. Powód jest dość prosty – zostajemy zmuszeni do trwania w zawieszeniu stanowczo za długo, nie dostając żadnej poszlaki, co by te wszystkie wątki spinało ze sobą, ani do czego one właściwie prowadzą. Większe zwroty akcji również są dość mocno przewidywalne, zwłaszcza ten związany z postaciami granymi przez Wolfganga Preissa (wciela się on w dwie różne).

Nie oznacza to jednak, że Tysiąc oczu jest całkowitą porażką; całość ma do zaoferowania kilka atrakcji m.in. w postaci mrugnięć okiem do osób zaznajomionych z poprzednimi częściami, czy dopracowanej strony wizualnej. Pokój, w którym Cornelius urządza swoje seanse, jest z kolei czymś, co z powodzeniem mogłoby znaleźć swoje miejsce w niemym filmie okresu niemieckiego ekspresjonizmu. Sam hotel Luxor jest tajemniczym budynkiem pełnym sekretnych przejść, weneckich luster do podglądania i ukrytych kamer.

W ogólnym rozrachunku więc nie jest to zły film, a po prostu przeciętny, a jednak Lang przyzwyczaił nas przez całą swoją karierę do czegoś zupełnie innego.

Pentalogia w duchu krimi

Jako że Tysiąc oczu doktora Mabuse odniosło sukces komercyjny, seria nadal była kontynuowana, choć już bez udziału autora Metropolis. Tak oto powstały kolejno: The Return of dr. Mabuse (1961, reż. Harald Reinl), The Invisible dr. Mabuse (1962, reż. Reinl), Testament doktora Mabuse (A.K.A. Terror of Mad Doctor A.K.A. Terror of dr. Mabuse, 1962, reż. Werner Klingler), Scotland Yard v.s. dr. Mabuse (1963, reż. Paul May) i The Death Ray of dr. Mabuse (1964, reż. Hugo Fregonese). Co ciekawe jednak, te pięć filmów nie tylko stanowiło ścykl, ale jeszcze był on poniekąd kontynuacją langowskej trylogii. Używam słowa „poniekąd”, ponieważ od tego momentu ciągłość fabularna przygód doktora Mabuse stała się rzeczą na wskroś konsternującą. Widać to już na poziomie obsady – aktorzy, którzy wystąpili w Tysiącu oczu powracają w kolejnych odsłonach pentalogii grając zupełnie inne postacie. Gert Fröbe nie gra już inspektora Kras, a inspektora Lohmanna znanego z Testamentu doktora Mabuse. Czy jednak jest to ta sama postać – ocenić nie sposób. Na ekranie goszczą także kilkukrotnie Werner Peters i Peter van Eyck, lecz za każdym razem, gdy się pojawiają, grają bohaterów o zupełnie innych personaliach.

Zagadką jest także postać grana przez Wolfganga Preissa. Preiss w Tysiącu oczu wcielił się w naśladowcę Mabusego (tego granego przez Rudolfa Klein-Rogge) i powraca także w pierwszych trzech częściach pentalogii. Nie wiadomo jednak, czy jest to ten sam naśladowca z ostatniego filmu Langa, zupełnie inna postać, czy może jakimś cudem ten sam bohater, którego grał Klein-Rogge. W każdym filmie wspomina się o śmierci Mabusego, która faktycznie miała miejsce w Testamencie, jednak odgrywany przez Preissa złoczyńca zdaje się samego siebie przedstawiać jako oryginał.

Wymienione pięć tytułów, choć niewolne od odniesień do oryginalnej trylogii, są znacznie różne od dokonań Langa pod względem tonu i estetyki. Powstały one też bowiem na fali popularności świeżo narodzonego RFN-owskiego gatunku znanego jako krimi, będącego na ogół mocno przerysowaną hybrydą kryminału z elementami filmu sensacyjnego, czarnej komedii, thrillera i/lub horroru; zresztą reżyser dwóch pierwszych post-langowskich opowieści o doktorze Mabuse, Harald Reinl, to właśnie autor pierwszego krimi w historii, mianowicie The Fellowship of the Frog (1959), i generalnie jeden z najczęstszych i najważniejszych twórców całego gatunku. Wpływ ten sprawił więc, że seria o kultowym geniuszu zła stała się bardziej „komiksowa” i inkorporowała do swoich fabuł motywy sci-fi. Cykl szybko też wyrobił sobie formułę, której trzymał się od początku do końca (wyjątkiem jest remake Testamentu doktora Mabuse, ale o tym później) – w każdym filmie Mabuse albo porywał jakiegoś naukowca, albo wykradał jego wynalazek, który miał pomóc mu w sianiu terroru i stopniowym zdobywaniu władzy nad światem. Były to kolejno narkotyki zapewniające całkowitą władze nad umysłami, aparat zapewniający niewidzialność, hipnotyzujący promień czy w końcu wielka niszczycielska aparatura. Nie oznacza to jednak, że ekspresjonistyczny rodowód został całkowicie porzucony; twórcy sporadycznie nawiązują do niego wizualnie za sprawą pojedynczych ujęć, specyficznego wykorzystania cieni itd.

Pierwszy film serii,The Return of dr. Mabuse, to zaskakująco intensywny kryminał, którego krótki czas trwania (bo niespełna 90 minut) po brzegi wypełniają zwroty akcji, pościgi, tajemnicze zgony i eksplozje. Pod względem atmosfery i napięcia film zbliża się więc do tego, co reprezentował langowski Testament doktora Mabuse; zagrożenie odczuwalne jest na każdym kroku, organizacja doktora skrzętnie zaciera za sobą ślady, myli tropy i bez problemu dosięga każdego niewygodnego świadka. Jest tego wszystkiego dużo… może nawet za dużo. O ile bowiem kolejne zwroty są efektowne, tak niekiedy, gdyby się nad nimi głębiej zastanowić, mogą okazać się ciut nielogiczne. Odnotować też należy fakt, że z racji swojej gęstej fabuły, The Return of dr. Mabuse zdaje się filmem dłuższym niż jest w rzeczywistości i choć przez większość czasu ogląda się go dobrze, może być niekiedy przytłaczający.

Drugi film cyklu, The Invisible dr. Mabuse, stanowi bezpośrednią kontynuację The Return, oba filmy łączy ze sobą zresztą postać agenta FBI Joego Como (Lex Barker). Ponownie otrzymujemy przewrotną fabułę, jednak znacznie bardziej rozrzedzoną i nieco odtwórczą. Nietrudno się domyślić, że skupiająca się wokół zapewniającego niewidzialność aparatu opowieść została zainspirowana Niewidzialnym człowiekiem (1933) z wytwórni Universal. Trudno pozbyć się przez to wrażenia, że motyw niewidzialności nie do końca pasuje do samego doktora Mabuse.

Wspomniany wcześniej Testament doktora Mabuse z 1962 to z kolei dość szczególny przypadek, jest on bowiem zarówno remakiem klasycznego filmu Fritza Langa, jak i sequelem The Invisible dr. Mabuse, a co za tym idzie – znów nie wiadomo, czy langowska trylogia i to, co przyszło po niej, to jedna i ta sama seria, czy może dwie zupełnie osobne rzeczy.

Pod koniec The Invisible dr. Mabuse grany przez Preissa doktor zostaje schwytany. Identycznie jak postać Kleina-Rogge popada w szaleństwo i trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie zajmuje się nim profesor, tym razem o nazwisku Pohland (Walter Rilla). Powraca także grany przez Gerta Fröbe inspektor Lohmann. Ogólny szkic fabuły pozostaje ten sam, choć środek ciężkości uległ zmianie, a wiele wątków uległo mniejszym lub większym modyfikacjom. Przykładowo, przestępstwa, które w oryginale Langa znaliśmy jedynie z opisów Bauma-Mabusego w remake’u zostają nam pokazane. Sama relacja zamkniętego w szpitalnej celi diabolicznego doktora i jego psychiatry stała się o wiele klarowniejsza – okaże się, że podczas kolejnych sesji Mabuse hipnotyzował Pohlanda, który nieświadomie działał jako jego pośrednik. Werner Klingler nakręcił zatem sprawny remake żelaznego klasyka, znajdując idealny balans między tym, co znajome, a tym, co nowe.

Remake Testamentu… to przy okazji ostatni film serii, w którym w rolę Mabusego wcielił się Wolfgang Preiss (nie licząc tego jednego ujęcia wykorzystanego w kolejnym filmie). W czwartej odsłonie pentalogii – Scotland Yard v.s. dr. Mabuse – schedę po zmarłym (znowu) doktorze przejmuje profesor Pohland i przenosząc swoją działalność do Wielkiej Brytanii postanawia siać terror za pomocą hipnotyzującego promienia. Film Paula Maya, choć wciąż solidny, jawi się jako dużo tańszy od swoich poprzedników, miejscami wręcz odnosi się wrażenie obcowania z produkcją telewizyjną. Podczas gdy poprzednie trzy filmy, choć dalekie od bycia arcydziełami w tej kwestii, operowały oświetleniem i cieniami, niekiedy czyniąc drobne nawiązania do tradycji niemieckiego ekspresjonizmu, tutaj zdjęcia są bardzo proste i nieprzykładające wagi do takich rzeczy. Rozbawienie budzi też to, że bohaterowie przemieszczają się między Niemcami a Wielką Brytanią praktycznie między ujęciami, przez co nie czuć zupełnie odstępu czasu między scenami.

Trzeba też zwrócić uwagę na brak tajemniczości Scotland Yard v.s. dr. Mabuse względem poprzednich odsłon serii. W pierwszych dwóch filmach Reinla Mabuse przybiera różne tożsamości i za każdym razem zostaje zdemaskowany dopiero pod koniec. Tutaj już na samym początku dowiadujemy się, kto będzie za tym wszystkim stać i dlaczego, przez co sam wątek kryminalny nieco cierpi, musimy bowiem obserwować jak bohaterowie mozolnie dochodzą do czegoś, co my, widzowie, wiemy cały czas. Mimo tych kilku uchybień film Paula Maya nie odstaje zbyt mocno od swoich poprzedników pod względem napięcia i poczucia zagrożenia; poplecznicy prof. Pohlanda za pomocą hipnotyzującego promienia szybko przejmują kontrolę zarówno nad agentami Scotland Yardu, jak i ważnymi osobistościami Wielkiej Brytanii. Dodaje to całości paranoicznego pierwiastka, a także sprawia, że skala intrygi jawi się jako większa.

Dotychczas więc postlangowska seria trzymała dość wyrównany poziom, niestety jej finał okazał się momentem końca dobrej passy. The Death Ray of dr. Mabuse to film chaotyczny i nieciekawy, a co najgorsze pod względem tonu i atmosfery całkowicie oderwany od swoich poprzedników. Starano się tu przywrócić tajemniczość pierwszych filmów i uczynić z samego Mabusego istotę nadprzyrodzoną; jego duch bowiem miał przejąć kontrolę wpierw nad profesorem Pohlandem w poprzednim filmie, a teraz przenieść się w ciało kogoś innego. Tym razem celem złego doktora jest przejęcie kontroli nad super-laserem wynalezionym przez profesora Larsena (O.E. Hasse), zadanie to jednak nie będzie takie proste, gdyż Larsen strzeże swojego wynalazku nawet przed najbardziej zaufanym asystentem.

Już na etapie samego zarysu fabuły widać, że twórcom zupełnie zabrakło pomysłów, a mimo to starali się zostawić sobie furtkę na ewentualne sequele zarówno bez Wolfganga Preissa, jak i Waltera Rilla. Realizacja tego pomysłu również pozostawia wiele do życzenia. Głównym bohaterem filmu jest Bob Anders (Peter van Eyck), tajny agent i bawidamek, którego miłosne podboje służyć będą miejscami za przerywniki komediowe – zbędne, przeciągnięte i psujące tempo narracji. Seans, choć upływający zaskakująco szybko, nie wzbudza u widza żadnych emocji, wszystko sprowadza się do kilku potyczek z płetwonurkami próbującymi położyć łapy na niebezpiecznej superbroni. W The Death Ray of dr. Mabuse nie dzieje się nic godnego uwagi, a po seansie film szybko wywietrzeje widzowi z głowy.

W 1972 roku Jesus Franco nakręcił jeszcze The Vengeance of dr. Mabuse, lecz nie jest to w żadnym wypadku sequel do filmów z lat 60., a nawet jeśli, to jest to sequel tylko z tytułu, w dodatku bardzo mylący bowiem ani nie dotyczy on żadnej zemsty, ani też sam doktor Mabuse wcale w nim nie występuje.

Historia filmów o genialnym doktorze jest dość przewrotna. Postać ta zaczęła swoje filmowe życie w przełomowej epopei, a następnie wróciła w równie genialnym sequelu, który do dziś stanowi wzór dla filmów sensacyjnych, by po latach stać się twarzą cyklu niskobudżetowych kryminałów i to, paradoksalnie, za sprawą samego Fritza Langa. Powstała później, czerpiąca ze stylu krimi, pentalogia przez większość czasu (nie licząc oczywiście The Death Ray of dr. Mabuse) trzymała wyrównany poziom i mimo kilku mniej lub bardziej trafionych pomysłów oglądało się ją naprawdę dobrze. Trafi ona przede wszystkim w gusta osób poszukujących szalonej, pulpowej rozrywki, choć mogą one zainteresować także miłośników langowskich klasyków, z tą tylko uwagą, że są one zupełnie innym rodzajem kina.

Urodzony 13 grudnia 1996 roku. Ukończył technikum ekonomiczne, zyskując dyplom technika. Absolwent filologii polskiej I stopnia na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Obecnie student kulturoznawstwa II stopnia na tej uczelni. Pisarz-amator i poeta. Miłośnik kina, w szczególności horrorów.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*