Wysypisko #14: Krimi

Krimi to mocno zapomniany zachodnio-niemiecki gatunek, bazujący głównie na kryminalnych powieściach Edgara Wallace’a, tworzony, jak się oficjalnie przyjmuje, w latach 1959-1972, a rozgrywający się zawsze na terenie Wielkiej Brytanii. Będąc też tworem hybrydowym, krzyżującym kryminał spod znaku whodunnit z elementami komedii, filmu noir, thrillera czy horroru gotyckiego, opowiadającym o stróżach prawa na tropie tajemniczych seryjnych morderców i cieszącym się popularnością tak w RFN-ie, jak i choćby we Włoszech, uznawany jest za swoisty prototyp giallo. Zresztą ojciec żółtej pulpy Mario Bava został zatrudniony przez włoskich producentów, aby nakręcić makaroniarski odpowiednik krimi i tak właśnie powstało archetypiczne Blood and Black Lace (1964), a w latach późniejszych Umberto Lenzi i Massimo Dallamano zrealizowali, w koprodukcji z Niemcami, własne adaptacje kryminalnej prozy Wallace’a, które zaliczane są właśnie w poczet giallo. Tyle tytułem wstępu i – jak mam nadzieję – zachęty. Poniżej krótkie teksty na temat czterech klasycznych obrazów krimi. Zapraszam do lektury i zachęcam do seansów, bo to zwyczajnie fajny gatunek warty wygrzebania ze śmietnika europejskiego kina pop.


1959 – The Fellowship of the Frog (reż. Harald Reinl)

Pierwsze krimi w historii. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się po tym tytule wiele dobrego. Oczekiwałem raczej przeciętnej ramotki, w trakcie oglądania której najwyżej pośmieję się trochę z kryminalisty o pseudonimie The Frog, który – specjalizując się w kradzieży, porwaniach i mordzie – stoi na czele potężnej przestępczej organizacji w UK, a twarz chowa za osobliwą maską przypominającą żabi pysk. Zdecydowanie nie spodziewałem się, że będzie to obraz świadomie niepoważny, chwilami niemal auto-parodystyczny (krimi robiło się konsekwentnie coraz to bardziej przegięte, lecz pierwsze lata gatunku to dominacja raczej poważnego podejścia do konwencji). Tymczasem The Fellowship of the Frog od początku atakuje luzem, ironią i stricte komediowymi postaciami na drugim planie (żeby tylko wymienić tropiącego Żabę tyleż błyskotliwego, co przygłuchego inspektora Scotland Yardu, do którego, jak się zdaje, nie dociera blisko połowa rzeczy, jakie się do niego mówi). Głównym bohaterem jest zaś bogaty detektyw-amator, który dla sportu regularnie bije się ze swoim lokajem, co oczywiście z miejsca przywodzi na myśl młodszą o kilka lat słynną serię filmów Różowa pantera (1963-1982).

Z tym na poły kreskówkowym charakterem opowieści w miarę regularnie kontrastuje jednak całkiem poważne ujęcie przemocy i okazjonalna śmierć, jak choćby – niewątpliwie szokujący w 1959 roku – moment, kiedy przywiązana do krzesła porwana kobieta zostaje nagle podziurawiona serią z karabinu maszynowego. Przez Froga, który bynajmniej nie wygląda wtedy zabawnie. Całość to zaskakująco fajny miks, przebijający sporą część innych obrazów krimi, jakie miałem do tej pory okazję obejrzeć (łącznie będzie kilkanaście tytułów). Może nie powinienem się dziwić, że cały gatunek był już na starcie tak określony, skoro ogromna większość jego reprezentantów to ekranizacje lub adaptacje prozy jednego autora, ale spodziewałem się czegoś „sztywniejszego”. The Fellowship of the Frog to natomiast całkiem klawa pulpa w starym stylu, która dobrze wie, w którą stronę iść, aby nie przestawać bawić i interesować. Plus, prezentując stylowe czarno-białe zdjęcia, fajną jazzową muzykę i względnie dużo postaci kryminalistów i gangsterów, elegancko kłania się klasycznemu filmowi noir.


1961 – The Dead Eyes of London (reż. Alfred Vohrer)

Znając głównie filmy krimi powstałe w drugiej połowie lat 60., zdążyłem się przyzwyczaić, że te proto-giallowe produkcje to mocno komiksowe mieszanki gatunkowe, ale tutaj, w klasycznym dla gatunku dziele w reżyserii Alfreda Vohrera, jego bodaj najpłodniejszego twórcy, mowa o w gruncie rzeczy bardzo prostym kryminale whodunnit. Co prawda, są ze dwie sceny mordu, które gęstym klimatem i sprawcą przestępstwa – przerośniętym (przypominającym zapaśnika) niewidomym mordercą o białych oczach i potężnych rękach owłosionych jak u małpy – przywodzić mogą na myśl kino grozy, a i standardowego dla formuły humoru oraz fajnie przerysowanych pomysłów nie brakuje. A o co w ogóle chodzi? Otóż podczas nocnych spacerów po zamglonym Londynie różni majętni ślepcy dziwnym trafem topią się w Tamizie. Do rozwiązania sprawy wyznaczony zostaje Larry Holt, dzielny inspektor Scotland Yardu, który wkrótce odkrywa, że ma do czynienia z ciągiem zbrodni, za które najprawdopodobniej odpowiedzialny jest legendarny przestępca o pseudonimie Blind Jack. W międzyczasie pojawia się też wątek pewnego szantażu i jasnym się staje, że mamy tu więcej niż tylko jednego złoczyńcę (patrz: złowieszczy Klaus Kinski w przeciwsłonecznych okularach). Rezultatem fajnie opowiedziana old skulowa pulpa, chwilami naprawdę świetnie nakręcona i pomysłowa (vide ujęcie z wnętrza buzi podczas czyszczenia jamy ustnej oraz ujęcie z perspektywy trupa tuż po zgonie, gdy wokół jego ciała, świeżo wyrzuconego przez okno, gromadzą się przypadkowi przechodnie). Wprawdzie bardziej do gustu przypadły mi późniejsze krimi, cechujące się większym przegięciem, agresywnością i hybrydowością*, ale nic złego o The Dead Eyes of London powiedzieć nie mogę. Solidna rzecz.

* Z drugiej strony, tak jak w The Fellowship of the Frog, tak i tutaj otrzymujemy już mocno przerysowane elementy, jak na przykład mężczyznę zaglądającego przez dziurkę, aby za moment dostać kulkę w łeb, czy postać okrutnego niewidomego księdza walczącego za pomocą palnika.


1963 – The Indian Scarf (reż. Alfred Vohrer)

The Indian Scarf to szóste krimi w dorobku Alfreda Vohrera i jego doświadczenie w tym gatunku elegancko przełożyło się na jakość filmu. Wbrew reklamującym go plakatom, zwykle ukazującym sceny okrutnego duszenia, jest to rzecz niezbyt poważna. Dokładniej rzecz ujmując, jest to mocno samoświadomy pastisz klasycznej zagadki kryminalnej w stylu dokonań Agathy Christie (formalnie jest to oczywiście adaptacja powieści Edgara Wallace’a; czy to on pastiszował lub imitował Christie, czy to tylko niemieccy filmowcy wzięli się za przejaskrawianie konwencji – nie wiem, choć zważywszy na wykorzystane tu środki filmowego wyrazu, oraz fakt, że filmowcy ci z czasem coraz chętniej wykorzystywali książki Wallace’a wyłącznie jako punkty wyjścia do coraz to bardziej przegiętych opowiastek, bardziej obstawiam to drugie).

Fabuła oscyluje wokół śmierci pewnego bogacza, którego wielka i niezbyt kochająca się rodzina zbiera się następnie w jego zamkowej posiadłości, aby wysłuchać jego prawnika czytającego testament. Jak się okazuje, bogacz postanowił oddać swój majątek rodzinie, ale pod warunkiem, że jej członkowie spędzą w jego domostwie – dziwnym trafem pełnym tajemnych przejść i z piwnicą, której głównymi atrakcjami są pajęczyny i kościotrupy – 6 kolejnych dni. Ci oczywiście zgadzają się, a wtedy do akcji wkracza morderca, który ich kolejno wybija. Rzecz jasna, musi być on jednym z nich. Krewniacy zaczynają więc prowadzić własne śledztwa i doprowadzać do rozmaitych konfliktów.

Co ciekawe, wszystkie sceny mordu to wyraźnie proto-giallowe (i proto-slasherowe) ujęcia z perspektywy tajemniczego mordercy w rękawiczkach, który zakrada się do swoich ofiar od tyłu, aby je udusić tytułową chustką. Ta osobliwa broń prezentowana jest niczym nóż; morderca kręci nią sobie jakby dla zabawy i błyskawicznie uśmierca kolejne ofiary, prawie jakby podrzynał im gardła. Te sceny są jednak jedynymi fragmentami, które prezentują się dosyć poważnie. Inne z nich, ukazujące np. strach czy złość jakiejś postaci, często zamieniane są w żart za sprawą ironizującej je, kontrastującej z nimi lekkością lub przesadzoną dramatycznością muzyki Petera Thomasa (przywodzi to na myśl trylogię dolarową, gdzie Sergio Leone i Ennio Morricone bawili się czasem bardzo podobnie). Same postaci to zresztą galeria prawdziwie przerysowanych i często uroczych osobowości, które ciężko brać na poważnie, żeby tylko wymienić szalonego pianistę, który regularnie odcina się od rzeczywistości, aby grać lub chociaż wyobrażać sobie granie na swoim ukochanym instrumencie, stale żartującego z kolejnych zgonów lokaja (- Obawiam się, że ten pan nie przyjdzie dzisiaj na śniadanie. – Dlaczego? – Nie wiem, nic nie mówił. Leży martwy w łóżku) czy wreszcie mocno antypatycznego rzeźbiarza-narkomana granego przez Klausa Kinskiego.

Wreszcie sama intryga prowadzona jest ciekawie, nie tylko dzięki swojej niedorzeczności, będącej oczywistym rezultatem jej umowności i dowcipności (moim ulubionym przykładem typowy dla gatunku motyw podglądania ludzi przez dziurkę w obrazie – tutaj mamy obraz z nagą kobietą, a dziurka, przez którą morderca wypatruje ofiary, znajduje się w samym sutku), ale też za sprawą pojawiającej się czasem nieoczywistej narracji. Volherowi zdarza się bowiem kapitalnie kleić ze sobą oddzielne sceny tak, aby przez chwilę dezorientowały widza wyglądając jak jedno, np. dopiero po kilku ujęciach informując, że dialog rozpoczęty w jednej lokacji kontynuowany jest w drugiej, już bez obecności innych postaci i dlatego zmieniający swój charakter. Wszystkie te zabiegi bardzo fajnie kolorują standardowe whodunit, którego, prawdę mówiąc, nigdy za bardzo nie lubiłem. Ten film, pomysłowy, stylowy i dowcipny, sprawił mi zaś kupę frajdy. Czołówka gatunku.


1968 – The Zombie Walks (reż. Alfred Vohrer)

Poznajcie tajemniczego seryjnego mordercę o pseudonimach Zombie (jak nazywa go policja) i The Laughing Corpse (jak ochrzciła go prasa), głównego antagonistę The Zombie Walks. Jak widać na fotosie powyżej, w pewnym momencie biega z karabinem maszynowym, jednak przez większość filmu zabija zupełnie inaczej. Ma on mianowicie sygnet ze skorpionem, w którego ogonie znajduje się zabójczy jad, lądujący zwykle na twarzach kolejnych ofiar. Ale o co właściwie chodzi?

Wszystko zaczyna się od pogrzebu pewnego bogacza, podczas którego jego trumna, w trakcie wynoszenia z kościoła, spada na ziemię i wybrzmiewa z niej wówczas diaboliczny śmiech. Wkrótce rozmaite osoby z otoczenia nieboszczyka zaczynają być mordowane, a jego przerażony brat pewien jest, że to on sam wrócił zza grobu, aby się za coś mścić. Do akcji wkracza więc dzielny i bardzo sympatyczny inspektor Scotland Yardu, który szybko łączy siły z pewną urodziwą dziennikarką. Wkrótce bohaterowie dowiadują się o znanych w kulturze Wschodnich Indii morderczych istotach znanych jako zombie… Rok 1968 to też oczywiście czas premiery Nocy żywych trupów, jednak arcydzieło George’a A. Romero musiało poczekać kilka długich lat, aby stać się znanym na świecie. Zbieżność koncepcji żywych trupów, odcinanych już od kultury voodoo i zbliżonych do współczesnego ujęcia zombie, jest więc bardzo ciekawa i zaskakująca. Tyle że, oczywiście, w omawianym tu klasyku krimi na samej koncepcji się kończy, gdyż od początku wiemy, że mowa o mordercy noszącym pięknie halloweenowy kostium (strój kościotrupa to jedno, ale ten kapelusz i peleryna!). Każde jego pojawienie się przynosi opowieści kawał fajnego, energetycznego campu. Szkoda więc, że nie ma go na ekranie więcej. Z drugiej strony i bez jego częstej obecności The Zombie Walks pozostaje całkiem solidnym obrazem, z bardzo fajnie nakreślonymi bohaterami, których nie sposób nie lubić (co prawda, relacja inspektora i dziennikarki opiera się często na tzw. żarcikach z podtekstem), oraz nieźle napisaną, pastiszową fabułą, która nie zawsze ma sens (vide postać grabarza, który z jakiegoś tajemniczego powodu ma zieloną skórę), ale nigdy nie przestaje ciekawić (bo do końca widz zastanawia się, czy ktoś tu w ogóle zwróci uwagę na tą zieloną skórę i czy to o czymkolwiek świadczy?).

Intryga wokół śmierci bogacza i mordów dokonywanych na ludzi z jego otoczenia poprowadzona jest całkiem zgrabnie, pełna jest sympatycznej komiksowej umowności (złowieszczy śmiech truposza, który okazuje się być regularnie odtwarzanym z nagranej wcześniej taśmy), pięknie horrorowych lokacji (akcja rozgrywa się głównie nocą w miejscach typu kostnica, szpital, kaplica czy krypta) oraz uroczego czarnego humoru („Niedługo będziemy tu mieli więcej trupów niż w Hamlecie!” – oznajmia pierdołowaty szef Scotland Yardu, później rozkazujący wszystkim policjantom: „Strzelajcie do wszystkich zwłok, jakie zobaczycie!”). Wszystkiemu temu towarzyszy jeszcze świetna ścieżka dźwiękowa Petera Thomasa, na zmianę jazzująca i przywodząca na myśl rock’n’roll, podkreślająca umowność całości i czyniąca ją całkiem przebojową. Jest naprawdę fajnie. Polecam.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

2 Trackbacks / Pingbacks

  1. Wysypisko #19: Krimi po raz drugi - Kinomisja Pulp Zine
  2. Wysypisko #20: Psychopatyczni mordercy i przestępcze goryle. Proto-giallo z RFN (czyli krimi po raz trzeci) - Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*