Wysypisko #20: Psychopatyczni mordercy i przestępcze goryle. Proto-giallo z RFN (czyli krimi po raz trzeci)

Zakrwawione brzytwy i noże, kościotrupie maski, stroje gorylów skrywające okaleczenia. Od filmu noir i heist movie, przez thriller i policyjny procedural, po kampową komedię. Od proto-giallo, przez proto-rape’n’revenge, po proto-slasher. Zachodnio-niemieckie filmy krimi miały naprawdę sporo do zaoferowania i stanowić mogą bardzo ciekawy przedmiot badań dla każdego pulpożercy zainteresowanego grzebaniem w śmietnikach kina popularnego. W kolejnym odcinku Wysypiska z radością więc przyglądam się kolejnym czterem tytułom z RFN-u, które w różnym stopniu zapowiadały „żółtą” włoszczyznę i nie tylko. Zapraszam do lektury, zachęcam do seansów.

PS. Kadr powyżej pochodzi z mocarnego The Monster of London City.


1964 – Room 13 (Harald Reinl)

Jeden z najbardziej proto-giallowych filmów krimi, zresztą już samo jego otwarcie natychmiast przywodzi na myśl włoską pulpę. Oto bowiem pierwsze ujęcie ukazuje nam czyjeś dłonie, odziane w czarne skórzane rękawiczki, które otwierają brzytwę. Jesteśmy w jakimś plenerze. Słychać nadjeżdżający pociąg. Obok przechodzi jakaś kobieta, która zostaje zaraz zaszlachtowana przez wspomnianego mordercę. Co prawda, wątek ten schodzi następnie na dalszy plan (aby, rzecz jasna, powoli rosnąć, wiązać się z innymi i okazać się kluczowym w samym finale). Tego typu scen nie ma zbyt dużo, gdyż fabuła skupia się na pewnym bogaczu wykorzystywanym przez grupkę gangsterów oraz prywatnym detektywie, który wynajęty do ochrony neurotycznej córki tegoż bogacza zaczyna prowadzić śledztwo w ich sprawie. W przeciwieństwie do większości krimi, tutaj jest całkiem poważnie, chwilami wręcz surowo, w finałowym akcie pojawiają się też bardzo pesymistyczne tony. Co ciekawe, ostateczny charakter fabuły to rezultat pomysłowego populizmu. Scenariusz, bazujący na powieści Edgara Wallace’a z lat 20., był już gotowy, kiedy w Anglii, w sierpniu 1963 roku, doszło do wielkiego napadu na pociąg, który został przez prasę okrzyknięty największym rabunkiem w dziejach. Producent filmu wynajął nowego scenarzystę, aby ten przerobił tekst tak, by grupa fałszerzy stała się szajką planującą skok na pociąg. Tak jest, oto krimi stanowiące również heist movie. Czemu towarzyszy, jak zwykle, gęsta jazzowa muzyka i stylowe czarno-białe zdjęcia. Toteż i film noir przychodzi do głowy. To nie wszystko, bo otrzymujemy również kilka scen znajdujących się w osobliwych graciarniach – w piwnicy oraz na strychu należącego do przestępców klubu, gdzie z jakiegoś powodu znajduje się bardzo dużo częściowo ubranych manekinów. Błąkająca się w między nimi, i w częściowych ciemnościach, zagubiona córka bogacza wygląda wręcz surrealnie. Prawie jakby znalazła się w koszmarze. Pojawiają się też nawiązania do Hitchcocka (film czerpie i z Psychozy [1960], i z Zawrotu głowy [1958]) oraz pewne dozy erotyki i bardzo poważnie ukazana przemoc (zwłaszcza zadziwiająco okrutne zakończenie*), w związku z czym w RFN zobaczyć mogli go widzowie mający minimum 18 lat, a nie, jak w przypadku pozostałych krimi, 16. Rezultatem jeden z najciekawszych i najlepszych tytułów zachodnio-niemieckiego gatunku, zarazem jeden z nielicznych, które stały się komercyjną porażką. Szkoda, bo to naprawdę czołówka.

* SROGIE SPOILERY odnośnie finału: część (względnie) pozytywnych postaci ginie w wielkiej strzelaninie, zaś mordercą okazuje się wspomniana córka bogacza, od dzieciństwa cierpiąca na mocne zaburzenia psychiczne; główny bohater zakochuje się w niej, ale, choć podejrzewa, że to ona stoi za kolejnymi zbrodniami, nie jest w stanie jej pomóc – w zakończeniu dziewczyna popełnia samobójstwo.


1964 – The Phantom of Soho (Franz Josef Gottlieb)

Film, który nie jest wprawdzie jakimś szczególnie dobrym reprezentantem krimi (główna intryga prowadzona jest raczej przeciętnie, a bohaterowie pozostawiają nas obojętnymi), jednak ma do zaoferowania kilka co najmniej bardzo ciekawych elementów. Po pierwsze, jego strona audiowizualna jest naprawdę mocna. Stylowe, czarno-białe zdjęcia ukazujące „londyńskie” (w rzeczywistości niemieckie) ulice nocą, a czasem pomysłowe formalnie ujęcia (kamera potrafi zgrabnie okrążać postaci lub nawet kręcić się szaleńczo w kółko za kobietą przyczepioną do koła, do którego podczas na poły cyrkowego pokazu pewien spec akurat rzuca kolejne noże), świetnie kleją się z energetyczną, jazzową muzyką, która chce być „cool” i jej się to udaje. Tworzy to razem tyleż gęstą, co komiksowo przerysowaną atmosferę, pięknie uwypuklając noirowe korzenie filmu.

Najfajniejsze jest tu jednak wszystko to, co z dzisiejszej perspektywy uznać możemy za proto-giallowe i proto-slasherowe. Mamy bowiem mordercę tylko pozornie losowo zabijającego różne osoby w tytułowej, najbardziej grzesznej dzielnicy Londynu (pojawia się tu nawet parę scen striptizu wskazujących już na kierunek, jaki wkrótce miał obrać cały gatunek), w wielkich (dziwnie srebrnych i jakby… brokatowych!) rękawicach i z niemałym ostrzem. Kamera bardzo chętnie skupia się na jego „narzędziach pracy”, z jednej strony w ten sposób zgrabnie unikając pokazywania jego twarzy, z drugiej fetyszyzując te specyficzne przybory (coś, co wszakże bardzo przypadło do gustu Włochom i następnie Amerykanom). Nie zabrakło też kilku zacnych ujęć z perspektywy noża. Rzecz jasna, tożsamość zbrodniarza ujawniona zostaje dopiero w samym zakończeniu. I tu dochodzimy do najciekawszego elementu, choć rozegranego w sposób zastanawiający. Otóż na niektórych plakatach i lobby cards (a później okładkach DVD) film reklamowany jest właśnie facjatą killera, która to zakryta jest osobliwą kościotrupią maską. Robi to fajne wrażenie i prawdę mówiąc chęć zobaczenia tak ubranego mordercy była jednym z powodów, dla których zdecydowałem się ten obraz obejrzeć. Ale, no cóż, antagonistę w pełnej krasie widzimy dopiero w finale! Z jednej strony dziwi, że twórcy zrezygnowali z ukazywania tak sympatycznie efekciarsko wyglądającej postaci (decyzji tej ewidentnie nie zrozumieli też wybrani spece od marketingu), gdyż to wszakże może tylko nadawać kolorytu takiej opowieści. Z drugiej maska ta tak naprawdę pojawia się kilkakrotnie w ciągu całego filmu, tyle że jako element scenografii – jako znajdująca się w tle ozdoba mieszkania jednej z postaci, a tym samym, oczywiście, pewna wskazówka dla widzów. Wreszcie finałowe pokazanie mordercy akurat w masce to niewątpliwie swego rodzaju wykrzyknik dla filmu; coś, co miało sprawić, że odbiorcom oczekującym zobaczenia „zwykłej” twarzy szczęka opadnie na podłogę. I pewnie komuś opadła, aczkolwiek pomysł wydaje mi się w takim samym stopniu interesujący, co jednak chybiony. No, ale to w zasadzie tylko kwestia gustu.

SPOILEROWE PS. Morderca okazuje się kobietą. Nie było to bynajmniej pierwsze krimi bawiące się w ten sposób rolami płciowymi. Najwyraźniej to z tych filmów (oraz Psychozy, rzecz jasna) takie zaskakiwanie widza tożsamością antagonisty zaczerpnęli zaraz Mario Bava i spółka.

SPOILEROWE PPS. Samo zakończenie, zaskakująco gorzkie i szorstkie, kiedy morderczyni okazuje się być mścicielką za dokonany wcześniej na niej zbiorowy gwałt i próbę morderstwa i, będąc już złapaną przez policję, popełnia samobójstwo, robi mocne wrażenie i automatycznie czyni całą intrygę ciekawszą (wszakże okazuje się, że mamy tu do czynienia z proto-rape’n’revenge!). Szczerze myślę, że film miał potencjał na znalezienie się w czołówce gatunku, ale twórcy podeszli doń zbyt… przedmiotowo?


1964 – The Monster of London City (Edward Zbonek)

Mocno proto-giallowe i zdecydowanie najmroczniejsze krimi, jakie do tej pory widziałem. Co nietypowe dla gatunku, główny bohater nie jest żadnym detektywem czy inspektorem, lecz aktorem teatralnym. Gra on Kubę Rozpruwacza w popularnym spektaklu wystawianym na deskach Teatru Edgara Allana Poe (!). Tymczasem w mieście zaczyna grasować seryjny morderca polujący na prostytutki – najpierw duszący je, a następnie szlachtujący ich ciała brzytwą, toteż prasa szybko określa go mianem nowego Kuby Rozpruwacza. Rzecz jasna, policja zaczyna wkrótce podejrzewać aktora, zwłaszcza gdy odkrywa, że ma on na koncie epizody depresyjne i narkomańskie. Bohater okazuje się być zresztą mocno neurotycznym – presja, pod jaką zaczyna żyć, kompletnie niszczy mu nerwy i nagle biedak przestaje odróżniać jawę od snów. Co prawda, motyw ten nie zostaje rozwinięty, jednak wprowadza do filmu nieczęsto widziane w krimi dozy fatalizmu i neurozy.

Przejdźmy jednak do samego Rozpruwacza. Morderca, noszący stylowy czarny płaszcz i kapelusz oraz maskę przypominającą rozciągniętą chustę, z miejsca przywodzi na myśl ikonicznego antagonistę z bavowskiego Blood and Black Lace (1964), które miało jednak premierę na trzy miesiące przed premierą obrazu austriackiego reżysera. Zdaje się więc, że filmy powstawały w tym samym czasie i podobieństwo jest dziełem przypadku. Inna sprawa, że Rozpruwacz tak naprawdę wcale tutaj maski nie nosi – ta została założona aktorowi tylko na część ujęć, aby uczynić jego twarz nierozpoznawalną. Innymi słowy, odbiorca wcale nie miał zorientować się, że widzi maskę, czemu dowodzą liczniejsze ujęcia ukazujące mordercę z boku, w ciemnościach, gdzie wyraźnie widać część jego twarzy. Szkoda, bo maska jest klawa, ale to tak swoją drogą.

Postać mordercy otrzymuje tutaj całkiem dużo (jak na krimi) scen mordu, a większość z nich to kawał bardzo solidnego, świetnie nakręconego thrillera, w którym osacza / goni on swoje przerażone ofiary w często zamglonych uliczkach. No i właśnie – ogromna większość filmu realizowana była nocą (a przynajmniej w „nocnych warunkach”), względnie dużo akcji rozgrywa się we mgle, a wszystkiemu temu towarzyszą bardzo stylowe zdjęcia Siegfrieda Holda, kładącego duży nacisk na chiaroscuro, oraz elegancki jazzowy soundtrack autorstwa Martina Böttchera. Zbliża to wszystko opowieść do filmu noir (a miejscami też horroru) i czyni atmosferę pięknie gęstą i „nocną”. Pojawia się tu wprawdzie co jakiś czas pewna komediowa para detektywów, których nieporadne śledztwo ma nieco rozluźnić napięcie (standardowy element gatunku, stety lub niestety, zależnie od tytułu), ale na szczęście nie wpływa to bynajmniej na dramaturgię. Całość robi wrażenie i nie mam wątpliwości: to ścisła czołówka krimi.


1968 – The Gorilla Gang (Alfred Vohrer)

Film, w którym na czele (sic!) szajki przestępczej stoi wielki goryl. Znaczy się, tak, od początku widzimy wyraźnie, że jakiś facet biega w kostiumie goryla i nawet próbuje imitować ruchy goryla, co nie wygląda szczególnie przekonująco. Ale stara się, OK? Naprawdę się stara.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy jeszcze przed seansem, to że, znając krimi, w finale goryl ściągnie maskę i zaskoczy bohaterów okazując się człowiekiem. Nie doceniłem gatunku, który wszakże już od swoich narodzin częstował autoironią i pewną samoświadomością. Wprawdzie wątek specjalizującego się w porwaniach goryla nie staje się komediowym (choć może powinien), jednak już po jakichś 20 minutach filmu jeden z policyjnych bohaterów w trakcie rozmowy z kolegą mówi o przestępcy noszącym z jakiegoś powodu strój goryla. Wreszcie blisko finału opowieści poznajemy powód, dla którego rzeczony kryminalista chowa twarz i jest on całkiem przekonujący (otóż biedak jest potwornie okaleczony). Ale dlaczego akurat maska goryla? Dlaczego cały strój? Tego nie wiedzieli pewnie sami twórcy filmu i to uznać chyba można za ich największy żart.

Co ciekawe, całe The Gorilla Gang to owoc osobliwego recyklingu. Jest to bowiem nie tyle już druga adaptacja tej samej powieści Edgara Wallace’a dokonana przez tę samą ekipę, co właściwie luźny remake pierwszej adaptacji. Cieszące się sporą popularnością, jeszcze czarno-białe The Dead Eyes of London (1961; o filmie więcej pisałem tutaj) to rzadki przypadek śmiertelnie poważnego krimi, tutaj jednak zamieniony w jeden wielki kolorowy kamp. Zmiany są bardzo interesujące, bo stanowią przewrotne parafrazy oryginalnych pomysłów. W pierwowzorze mieliśmy więc gigantycznego (mającego posturę zapaśnika) niewidomego mordercę, z pięknie białymi oczami i nienaturalnie zarośniętymi ramionami. Przypominał więc potwora i też pierwsze sceny jego mordów stylizowane były na kino grozy. Tutaj on właśnie zastąpiony został panem gorylem. W oryginale pojawia się przy tym opowieść o (niepokazanym na ekranie) legendarnym gangu niewidomych przestępców. Tutaj mamy zaś opowieść o legendarnym gangu przestępców przebierających się za goryle. W oryginale mieliśmy katolicki ośrodek dla niewidomych jako kryjówkę kryminalistów, tutaj za to miejsce służy katolicki dom dziecka (choć znajdują się w nim same urodziwe nastolatki). W oryginale ośrodkiem tym szefował ksiądz, który w finale okazywał się złowieszczym zabójcą atakującym bohaterów palnikiem, tu natomiast mamy złowieszczą matkę przełożoną (niestety bez palnika). Reżyser filmu sam też cytuje jedno z ikonicznych ujęć z The Dead Eyes of London, gdzie oglądamy piękną facjatę Klausa Kinskiego w dużym zbliżeniu, z przeciwsłonecznymi okularami na nosie (noszonymi nocą), w odbiciu których widzimy jego rozmówcę. W The Gorilla Gang nie ma już Klausa Kinskiego i to być może najwięcej mówi o różnicy jakościowej między filmami.

Niemniej, to ciągle całkiem przyjemny film, z kolejną znakomitą ścieżką dźwiękową autorstwa Petera Thomasa i pewnymi fajnie ekscentrycznymi pomysłami, jakie mogły pojawić się tylko w drugiej połowie lat 60., kiedy krimi śmielej czerpało z kina eksploatacji. Największą uwagę – zaraz po gorylu, oczywiście – zwraca tutaj ekskluzywny przybytek oficjalnie będący tylko klubem nocnym, a nieoficjalnie burdelem. Otóż jego pracownicy to prostytutki oraz kulturyści (!), którzy nago lub półnago stoją na podestach i udają posągi. Klienci otaczają ich i robią im fotografie, a jeśli mają ochotę, zapraszają wybrankę/wybranka do łóżka. Rzecz jasna, w klubie pojawiają się różni kryminaliści i tam też, na tropie gangu goryla (i jego przełożonych), pojawia się inspektor Scotland Yardu. Dochodzi tu do ciekawej ambiwalencji moralnej raczej nietypowej dla tego rodzaju kina – inspektor doskonale zdaje sobie sprawę z nielegalnej działalności klubu i zupełnie go to nie interesuje. Wykorzystuje co prawda swoją wiedzą, aby szantażować (!) w pewnym momencie barmankę, celem uzyskania informacji oczywiście, ale, jak się zdaje, traktuje tenże cudowny przybytek jako miejsce najzupełniej zwyczajne. No i fajnie. To się nazywa pulpa.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*