Wysypisko #21: Mordercze garbusy, ogary i kukiełki (czyli krimi po raz czwarty)

Na poły kreskówkowi zabójcy, lecz niezbyt wesoła śmierć; nawał ironii i rysy absurdu z jednej strony, tortury, handel żywym towarem i paranoja z drugiej. Zachodnio-niemieckie filmy krimi stanowiły dosyć osobliwe gatunkowe mieszanki, w których przegięta kryminalna pulpa raz zmierzała w stronę komedii, a za chwilę skręcała w gotyk czy nawet women-in-prison. Teksty o kolejnych czterech filmach ją reprezentujących przypominam dziś z szerokim uśmiechem na twarzy.

PS. Główny kadr zdobiący niniejszy wpis to fragment plakatu do pierwszego z niżej opisanych tytułów.


1963 – The White Spider (reż. Harald Reinl)

Mocno zadłużony w pewnym kasynie hazardzista ginie w wypadku samochodowym. Jego zwłok nie da się zidentyfikować, lecz na miejscu znaleziony zostaje niewielki biały pająk ze szkła, który stanowił jego amulet szczęścia. Wkrótce jednak dochodzi do różnych mordów, a na ich miejscu znajdywane są następne pająki tego rodzaju. Na nie również co rusz natyka się załamana żona denata, bezskutecznie próbująca odebrać mamonę za ubezpieczenie na życie męża i wkrótce popadająca w paranoję. Czy jej mąż został zamordowany, czy popełnił samobójstwo? Czy może jednak żyje i ma coś wspólnego z kolejnymi zbrodniami? Kim właściwie jest pracujący w kasynie mocno antypatyczny, jakby obserwujący to wszystko, łysy jegomość z wielką blizną na policzku i przepaską na oku (ba, gdy go poznajemy, ma też na sobie okulary przeciwsłoneczne – a jest środek nocy) i ile ma wspólnego z grasującym w okolicy przestępcą będącym mistrzem charakteryzacji co chwila zmieniającym tożsamość? Na te pytania próbują też odpowiedzieć funkcjonariusze Scotland Yardu, ale przede wszystkim pewien tajemniczy, a przy tym bardzo sympatyczny gentleman, który z jakichś powodów nie chce dopuścić, aby główną oskarżoną stała się przypadkiem smutna wdowa.

The White Spider to jeden ze stosunkowo niewielu przykładów filmu krimi niewyprodukowanego przez niemiecko-duńskie studio Rialto Film i nie będącego adaptacją prozy ani Edgara Wallace’a, ani jego syna. Film powstał dzięki współpracy studiów Hans Oppenheimer Film i Arca-Winston Films Corp., a jest ekranizacją powieści niemiecko-czeskiego pisarza Louisa Weinerta-Wiltona. Co nie zmienia faktu, że jego producenci zrobili całkiem dużo, aby przypominał twory Rialto Film – do jego realizacji zatrudnili wszakże Haralda Reinla, czyli reżyserskiego ojca całego gatunku, w obsadzie znaleźć możemy też znanych z obrazów Rialto aktorów (przede wszystkim bardzo popularny wtedy Joachim Fuchsberger), fabułę ilustruje muzyka stale zatrudnianego przez Rialto Petera Thomasa, w wreszcie w opowieści pojawia się też postać Sir Johna ze Scotland Yardu, dotychczas zarezerwowana dla fabuł Wallace’a. (Sama postać zmieniającego tożsamość przestępcy przywodzi zaś na myśl zarówno ikonicznego doktora Mabuse, jak i tytułowego bohatera The Ringer (reż. Alfred Vohrer, 1964), ale to tak swoją drogą.)

Film zaczyna się bardzo solidnie. Wcale ironiczna i przewrotna fabuła jest też początkowo na poły paranoidalna (wątek przez chwilę zbliżającej się do szaleństwa wdowy), co tylko czyni standardową krimi-intrygę ciekawszą. Oczywiście jest to przy tym naiwne i w pewnym sensie komiksowe, mimo powagi scen śmierci i przemocy ciągle daleko tu do poziomu okrucieństwa (i szaleństwa) z późniejszych filmów giallo. Fajne postaci (tak wspomniany gentleman, jak i łysy jegomość) całkiem długo zgrabnie dźwigają opowieść na swoich barkach, choć ta pozostaje dosyć przewidywalną (wystarczy raz spojrzeć na łysego pana, aby domyśleć się, że to on będzie tu głównym złoczyńcą; zresztą film reklamowany był m.in. plakatami ukazującymi go podczas duszenia rzeczonej wdowy). Po jakiejś godzinie prostota fabuły i brak mocniejszej dramaturgii zaczęły mnie męczyć i stałem się zobojętniały na kolejne wydarzenia; również dlatego, że bardzo dużo tu dialogów, a zaskakująco mało – jak na krimi – muzyki, która sama w sobie stanowi fajny kawałek na zmianę nastrojowego i przebojowego jazzu (wysoka jakość wszakże typowa dla Petera Thomasa). Mogłaby więc tworzyć tu świetny klimacik, lecz zbyt rzadko ma ku temu okazję. Z drugiej strony The White Spider to, z tego co widzę w sieci, film powszechnie lubiany przez entuzjastów gatunku, a ja byłem już trochę zmęczony przed seansem, więc nie wykluczam, że moja ocena jest nazbyt subiektywna i za bardzo się czepiam. Innymi słowy, jeśli interesują Cię stare Euro-gatunki, film ciągle może być wartym seansu. Ja sam jeszcze kiedyś chyba dam mu drugą szansę.


1968 – The Hunchback of Soho (reż. Alfred Vohrer)

Pierwszy film krimi w kolorze. Jest to też jeden z tych tytułów, które czerpały już ze stającego się coraz popularniejszym kina eksploatacji, choć zarazem film pełen jest luzu, głównie w postaci ironii i czarnego humoru. Dużo o jego charakterze mówi już scena otwierająca. Noc, zamglony zaułek. Z nocnego klubu wybiega tylnym wyjściem przerażona kobieta. Piękna, seksowna i półnaga, tak się składa. Za nią kuśtyka zaraz tytułowy garbus. Kobieta wbiega do budki telefonicznej, ale zwyrodnialec od razu łapie ją i zaczyna dusić. Jej długi krzyk przeobraża się nagle w dźwięk trąbki. Obraz zatrzymuje się, a rozpoczyna się czołówka filmu, którą tworzy przebojowa i radosna, swingująca muzyka Petera Thomasa (z regularnymi okrzykami na miarę Jamesa Browna) oraz seria stopklatek, które otwartą szeroko buzię mordowanej właśnie kobiety pokazują z coraz bliższej odległości, aby na koniec zasugerować, że kamera zaraz wpełznie jej do gardła.

Garbus to bezmózgi, groteskowy osiłek posłuszny szajce przestępców, swoją siedzibę mających w katolickim ośrodku dla młodych (i odpowiednio ładnych) kobiet, które już po odsiedzeniu w więzieniu większości wyroku dostają tam szansę na dokończenie procesu resocjalizacji w lżejszych warunkach. W rzeczywistości to również jest swojego rodzaju więzienie – kobiety zostają całkowicie odcięte od świata zewnętrznego, zmuszane są tam do ciężkiej fizycznej pracy oraz prostytucji w przynależnym szajce klubie nocnym, a w razie próby buntu są natychmiast bite. Tam też trafia porwana przez garbusa kobieta, która miała odziedziczyć wielki spadek. Złoczyńcy zabierają ją do swojej komnaty tortur – której główną atrakcją jest przykucie do krzesła przypominające elektryczne i parzenie wysuwanym ze ściany, sterowanym palnikiem – a następnie piorą jej mózg i niewolą w ośrodku. Celem odnalezienia biedaczki do akcji wkrótce wkraczają funkcjonariusze Scotland Yardu.

The Hunchback of Soho prezentuje raczej typową dla krimi intrygę z nawałem mniej czy bardziej przerysowanych postaci*, chociaż potrafi zaskoczyć śmiałością. Zwłaszcza we fragmentach więziennych – otrzymujemy tu choćby scenę zbiorowego prysznica (niewiele pokazującą, ale jednak) czy bójki więźniarek, która kończy się rażeniem ich prądem. Sprawia to wszystko, że film okazuje się być jednym z protoplastów (wszakże mającej się w pełni uformować dopiero kilka lat później) konwencji women-in-prison. Najbardziej przypadł mi jednak do gustu przewrotny czarny humor, jakże typowy dla Alfreda Vohrera (który w swojej ojczyźnie bywa nazywany „niemieckim Hitchcockiem”). Oto w jednej ze scen policjantka, tuż po znalezieniu zwłok, dzwoni na komisariat i rozmawiając z inspektorem, z którym akurat wcześniej chętnie flirtowała, mówi z kochliwym uśmiechem na buzi: „I have another juicy little murder for you!”. Po czym zostaje uduszona kablem od telefonu przez skradającego się akurat za nią mordercę. W innej scenie oglądamy zaś, jak garbus dusi kobietę przy łodzi, która okazuje się mieć nazwę „Ladykiller”. W jeszcze innym miejscu otrzymujemy zaś kawałek osobliwej erotyki – policjanci wybierają się do prosektorium, gdzie lekko rozmawiając o serii zbrodni przechadzają się obok odwróconych plecami do góry nagich zwłok kobiety. Sami nie zwracają na nią większej uwagi, jednak regularnie widoczne w tle pośladki denatki zdają się stanowić główną atrakcję sceny.

The Hunchback of Soho nie znajduje się wprawdzie w czołówce RFN-owskiego gatunku, jednak stanowi kawał całkiem solidnego filmidła. Na zmianę lekki i „pikantny”, zdobiony znakomitą, bardzo energetyczną ścieżką dźwiękową Thomasa, która regularnie ironizuje kolejne fragmenty campowej opowiastki, jest wystarczająco ciekawy i przyjemny, by polecić go fanom old skulowej pulpy. Szkoda może tylko, że sam Garbus nie otrzymuje więcej czasu ekranowego, bo jest naprawdę fajnym złoczyńcą, zwłaszcza w finale, gdzie [SPOILER] buntuje się przeciwko swoim szefom, a jego garb okazuje się być tylko doczepianym (co też sprawia, że mowa właściwie o zbirze w bardzo specyficznym przebraniu!).

* Dosyć nietypowym i niewątpliwie mylącym ówczesną publikę było jednak obsadzenie Eddiego Arenta, specjalizującego się w kreacjach stricte komediowych (w krimi były to zwykle postaci lokajów, fotografów czy różnych asystentów), w roli pozornie sympatycznego, a ostatecznie okrutnego księdza będącego jednym z szefów ośrodka.


1968 – The Hound of Blackwood Castle (reż. Alfred Vohrer)

Obraz mocno ironiczny i przerysowany, na dobre żegnający resztki powagi gatunku i zbliżający go do auto-parodii. Wbrew reklamującym go na anglojęzycznym rynku plakatom, tytułowym psem nie jest żaden afrykański drapieżnik, lecz… no, pies. A dokładniej doberman o doczepionych do szczęki gigantycznych, „wampirzych” kłach, w których znajduje się śmiertelny jad. Gdy na otwarcie filmu oglądamy, jak psisko uśmierca pierwszą ofiarę, towarzyszy mu postać odziana w czarną pelerynę i chowająca twarz za maską szermierczą. Kimże jest ten diaboliczny morderca? Tego już się w ogóle nie dowiadujemy, gdyż pojawia się on wyłącznie w tym jednym krótkim ujęciu – najwyraźniej szybko dokręconym do filmu, aby zaciekawić publikę typowym dla krimi komiksowo wyglądającym szwarccharakterem. Nie znika za to doberman, co jakiś czas polujący na kolejne ofiary w okolicy zamku Blackwood, którego właściciel niedawno zmarł. Przybywa tam jego córka, aby odziedziczyć gotycką posiadłość, co jednak nie podoba się antypatycznemu adwokatowi nieboszczyka oraz prawdziwie złowieszczemu, noszącemu przepaskę na oko, lokajowi, specjalizującemu się w opiece nad jadowitymi wężami, którymi wypełniona jest jedna z piwnic zamku… Rzecz jasna, nie brakuje tu też kościotrupów, cmentarnych figur, wypchanych zwierząt oraz – przede wszystkim – pajęczyn. Wspomniani mężczyźni próbują wystraszyć młodą dziedziczkę, lecz na horyzoncie pojawia się znacznie więcej postaci, od tajemniczego myśliwego, przez ewidentnie knujących jakiś spisek starców przesiadujących w pobliskiej gospodzie, po pociesznego inspektora Scotland Yardu i jego seksowną sekretarkę, którzy wkrótce przybywają na miejsce, aby powstrzymać grasującą śmierć.

Przez pierwszą połowę filmu nie bardzo wiadomo, o co dokładnie chodzi w tej osobliwej intrydze (kto, kogo, dlaczego?). I wtedy też film jest najciekawszy i najlepszy, śmiało mnożąc tak postaci, jak i ironiczne gagi i mylne tropy. Przede wszystkim, mimo statycznej, niemal teatralnej akcji rozgrywanej w ledwie trzech lokacjach (zamek, gospoda, las pomiędzy nimi) narracja jest dosyć dynamiczna, ciągle coś się dzieje, stale w kadr wpada jakaś nieoczekiwana postać, która kogoś podgląda lub podsłuchuje. Spiętrzenie tego rodzaju sytuacji prowadzi do wspaniałego absurdu, czego być może najlepszym przykładem taka oto scena: pies morduje pewnego pechowca w lesie i zostawia jego zwłoki; zza krzaków wychodzi zaraz podglądający to myśliwy, który nieoczekiwanie bierze ze sobą zwłoki; zza kolejnych krzaków wychodzi wkrótce złowieszczy lokaj, który ze zdziwieniem nie może odnaleźć oczekiwanych zwłok; zza następnych krzaków wychodzi wreszcie podglądający to wszystko lekarz, który przejeżdżał akurat na rowerze.

Wszystko to ilustruje często tyleż przebojowa, co „horrorowo” przegięta (mocno organowa) muzyka Petera Thomasa (a jakże), podkreślająca ten typowy dla gatunku specyficzny vibe, który można by określić mianem „Scooby-Doo dla dorosłych”. Niestety w drugiej połowie film zaczyna się powoli robić trochę płaski i tracić swoją energię, a to głównie dlatego, że enigmatyczna wcześniej intryga staje się oczywista – kolejne elementy łamigłówki są już podrzucane widzowi pod nos – a ledwie nakreślone postaci i kolejne niepoważne sceny nie są w stanie ciągle dźwigać całej fabuły. Trochę zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że film wyreżyserował najzdolniejszy weteran gatunku, ale to jednak przede wszystkim kwestia scenariusza (choć napisanego przez Herberta Reineckera, również doświadczonego już twórcy krimi, a wcześniej – taka ciekawostka – oficera SS). Scenariusza, który nie ma praktycznie nic wspólnego z literaturą Edgara Wallace’a, na której to niby ma bazować, a za to, oczywiście, śmiało czerpiąca choćby z Psa Baskerville’ów sir Arthura Conana Doyle’a. W każdym razie, mimo swoich minusów, The Hound of Blackwood Castle to ciągle całkiem smaczna pulpa warta spożycia.


1969 – The Man with the Glass Eye (reż. Alfred Vohrer)

W 1969 roku zachodnio-niemiecki gatunek już umierał. Zanim jednak Niemcy rozpoczęli ścisłą współpracę z Włochami – co oznaczało dosłowne wchłonięcie krimi przez giallo – podkręcali wszystkie (sic!) typowe dla konwencji elementy do maksimum, aby tylko móc ciągle jeszcze zainteresować swoją widownię. Dobrym tego przykładem właśnie The Man with the Glass Eye, gdzie z jednej strony przemoc jest bardziej graficzna niż wcześniej (pojawiają się nawet nietypowe dla ówczesnych filmowców z RFN rozbryzgi krwi) i lubieżności jest więcej niż zwykle (już nie tylko sceny striptizów w klubach nocnych, ale nawet – olaboga! – fragment miłosnych igraszek), z drugiej zaś również liczba niepoważnych/umownych komponentów została zwiększona. Tutaj więc już absolutnie wszystkie postaci są tak przerysowane, że kreskówkowo-komiczne, zdjęcia zewsząd atakują nas jaskrawymi kolorami (co wygląda bardzo plastycznie, nie tylko za sprawą scenografii, ale też znakomitego oświetlenia dodającego opowieści pewnego odrealnienia – do głowy szybko przychodzi tu Mario Bava), a na zmianę dziecinny i autoironiczny dowcip cechuje niemal każdą scenę. Jeśli więc zwykle filmy krimi ogląda się przeważnie niczym Scooby-Doo w wersji dla dorosłych, to ten obraz jest raczej jak Scooby-Doo dla bardzo niegrzecznych dzieci.

Ale o co właściwie chodzi? W pewnym hotelu policja znajduje ciało mężczyzny z nożem wbitym w pierś. Na miejscu zbrodni znajduje również czyjeś szklane oko. Chwilę później, w popularnym klubie nocnym, tancerka erotyczna zostaje otruta trucizną, która znajdowała się w kociej masce, jaką kobieta na siebie zakładała z okazji zbliżającego się występu. Czy te zbrodnie są ze sobą w jakiś sposób powiązane? Oczywiście, że tak, czego zaraz dowodzić będą dzielni funkcjonariusze Scotland Yardu, wkrótce odkrywając, że pewien klub bilardowy służy jako przykrywka dla przestępczej szajki specjalizującej się w handlu żywym towarem. Co jakiś czas pojawia się zaś tytułowy morderca. Co stanowi tu element w takim samym stopniu interesujący, co rozczarowujący – morderca, noszący jakąś nie do końca widoczną maskę, ubrany w płaszcz z krótką peleryną i gustowny kapelusz, i będący nożownikiem, szybko rzucającym ostrza w ofiary i zaraz znikającym z ekranu – pojawia się w całym filmie ledwie kilka razy i zawsze na ledwie kilka sekund. Jak się zdaje, taka marginalizacja jego postaci to zabawa konwencją, niestety nie czyniąca filmu bynajmniej ciekawszym (mowa wszakże o rodzaju postaci, który był zawsze dla krimi najważniejszy, najbardziej efektowny i najciekawszy!). Inna sprawa, że i cała fabuła poprowadzona jest cokolwiek chaotycznie. Co prawda, z wigorem, ale będącym raczej rezultatem rozbrajającego ekscentryzmu kolejnych postaci, nie zaś samej opowieści, która staje się z czasem mętna.

Niemniej, The Man with the Glass Eye oferuje całkiem przyjemny seans. Chociaż pewnie już za kilka dni nie będę z niego wiele pamiętał – już dwa dni po projekcji cała intryga rozmazuje mi się w głowie – są w nim elementy, których zapomnieć się jednak nie da. Jednym z nich jest to specyficzne potraktowanie tytułowego antagonisty, innym jest zaś znakomity wątek pracującego we wspomnianym wyżej klubie brzuchomówcy. Postać ta, nie rozstająca się ze swoją gigantyczną i wyjątkowo groteskowo wyglądająca kukiełką (mierzącą tak z półtorej metra i posiadającą bardzo przerośniętą głowę), zajmuje się zwykle obserwowaniem innych (zwłaszcza urodziwych tancerek) i prezentuje się dosyć karykaturalnie, zwłaszcza, oczywiście, gdy podkłada głos pod swojego „partnera”. Wątek brzuchomówcy doczekuje się swojej kulminacji już w połowie filmu, kiedy to pewien morderca zakrada się do jego garderoby, ubiera na siebie głowę jego ukochanej kukły i rzuca się na swojego „pana” celem mordu. Jednocześnie zabawna i bezlitosna autoironia przynosząca nam scenę w takim samym stopniu kreskówkową, co okrutną. Kwintesencja krimi.

Student brytyjskiego filmoznawstwa (obecnie piszący pracę doktorską na temat spaghetti westernu). Miłośnik gatunkowej włoszczyzny, filmu noir, horroru, surrealizmu, westernu, komiksu, fotografii analogowej, garażowego rocka i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*