Wysypisko #13: Jesús Franco (część II: 1966-1968)

Czas wrócić do zwykle-pulpowego Wysypiska. Dzisiaj odcinek pulpowy wręcz bezlitośnie; kontynuuję przerabianie twórczości kontrowersyjnego reżysera opisując pięć jego „niskogatunkowych” filmów: mocno psychodeliczny horror gotycki, dwie komedie szpiegowskie, surrealny „horror” erotyczny oraz film przygodowy. Seks, przemoc i niski budżet, trochę pop-artu i sporo komiksu. Nie wszystko udane, ale wszystko ciekawe!


1966 – The Diabolical Dr. Z a.k.a. Miss Muerte

Zdecydowanie najlepszy film Franco, jaki dotąd widziałem (widziałem ich łącznie 23, co oznacza, że zostało mi jeszcze dokładnie 150, jeśli wierzyć Stephenowi Throwerowi, autorowi zacnej monografii Murderous Passions: The Delirious Cinema of Jesus Franco). Rzecz stanowi wariację na temat najlepszych elementów poprzednich horrorów kontrowersyjnego twórcy, dodaje kilka nowych, odświeżających składników oraz idzie o krok albo i dwa kroki dalej w kwestii odrealnienia. Od początku atakuje nawałem psychodelii, w pewnym momencie prezentując już surrealizm sensu stricto, a koniec końców stanowiąc jeden wielki gotycki sen. Niewątpliwie kluczową rolę w nadaniu opowieści takiego, a nie innego charakteru, odegrał Jean-Claude Carrière, który napisał wraz z Franco scenariusz. Carrière to scenarzysta znany głównie ze swojej znakomitej roboty dla Luisa Bunuela. W 1966 był co prawda twórcą jeszcze początkującym, spośród tworów bunuelowskich mającym na koncie jedynie niezbyt jeszcze odjechany (choć jak najbardziej udany) Dziennik panny służącej (1964), ale już wkrótce piszący takie klasyki filmowego absurdu i surrealizmu, jak Piękność dnia (1967), Droga mleczna (1969), Dyskretny urok burżuazji (1972), Widmo wolności (1974) i wreszcie Mroczny przedmiot pożądania (1977). Nie wiem, jak duże piętno odcisnął na Franco, który już wcześniej był przecież wyraźnie zainteresowany tworzeniem mniej czy bardziej odrealnionych wizji, jednak, o ile mi wiadomo, od tego momentu hiszpański reżyser już tylko zwiększał porcje psychodelicji umieszczanych w swoich filmach grozy.

Tak jak w poprzednich horrorach Franco, fabuła oscyluje wokół postaci szalonego geniusza eksperymentującego na umarłych i tworzącego z nich służalczych morderców. Reżyser ponownie też sięga po postać Dr. Orloffa, który tym razem osobiście się tu nie pojawia, ale to na jego teorie powołuje się podstarzały Dr. Zimmer. Nie on jest tu jednak tytułowym antagonistą i tu dochodzimy do niezłej przewrotności względem wcześniejszych tworów Franco. Doktorem Z okazuje się bowiem na poły psychopatyczna córka rzeczonego naukowca, która po jego śmierci kontynuuje jego eksperymenty głównie celem brutalnej zemsty. Za jego śmierć obwinia bowiem kilku wpływowych naukowców, którzy odrzucili jego prace – uznane za szalone i niemoralne – i zakazali mu dalszych badań. Na swoich usługach ma ona parę truposzy, w tym potężnego mordercę z miejsca przywodzącego na myśl monstra z poprzednich obrazów reżysera. Ale Dr Z wkrótce staje się niechcący świadkiem niezwykłego teatralnego tańca artystki znanej jako Panna Śmierć, którą postanawia czym prędzej uwikłać w swoją intrygę. I to właśnie ona staje się tu najważniejszą postacią.

Jednocześnie przerysowany, mroczny i tajemniczy, przepełniony znakomitym kakofonicznym jazzem wprowadzającym aurę szaleństwa, film dosyć szybko zaczyna hipnotyzować. Nie jest jednak doskonały. W kilku miejscach scenariusz wydaje się być trochę zbyt naiwny/niedopracowany, a w drugiej połowie pojawia się wątek kryminalny, który, choć sam w sobie sprawny, trochę niestety „sprowadza na ziemię” niezwykłą historię. Ale i z tymi rysami film pozostaje prawdziwą perła gatunkowego kina lat 60. To kawał pięknie ekscentrycznego i delirycznego horroru, który za swój największy walor ma Pannę Śmierć. Mogącą się pochwalić wspaniałym wizerunkiem, równocześnie demoniczna, seksowna i tragiczna, zapowiada późniejsze zabójcze feminy z filmów Franco, sama w sobie stanowiąc zaś jedną z absolutnie najciekawszych i najfajniejszych postaci kobiecych kina lat 60. Horrorowa femme fatale, w której nie sposób się nie zakochać. Tak jak i w całym filmie, o ile tylko cenisz sobie mieszanie pulpy i poetyki snu. I jeszcze piękny dialog na zachętę:

– You’re amazing. Am I…. ?
– What?
– Dreaming? This train. This journey. You.
– Touch my hand. Is that a dream?
– I don’t know.


1966 – Attack of the Robots

W latach 60. Franco brał się za rozmaite gatunki, w tym za komedie szpiegowskie. O ile mi wiadomo, pierwszym z jego obrazów tego typu jest pięknie zatytułowany i jeszcze czarno-biały Attack of the Robots. Popularny aktor Eddie Constantine (znany głównie z regularnego odtwarzania postaci policjanta / detektywa / agenta FBI nazwiskiem Lemmy Caution) wciela się tu w tajnego agenta zmuszonego przez swoich niedawnych pracodawców do powrotu z emerytury, aby stanowić (nieświadomą) przynętę na pewną złowieszczą organizację, która specjalizuje się w robieniu z ludzi morderczych robotów. Jest też kilka fragmentów ukazujących tortury, liczne podteksty seksualne oraz parę elegancko wyglądających i brzmiących scen muzycznych, co zdaje się sugerować, że projekt – choć ogólnie będący standardowym reprezentantem gatunku – był w sam raz dla Franco. Jednakowoż po solidnych pierwszych 30 minutach, które prezentują się na zmianę poważnie i dowcipnie (jest nawet scena prezentacji wymyślnych absurdalnych broni, którą podsumowuje dialog: – Chyba naoglądałeś się ostatnio filmów z Jamesem Bondem. – Nie masz pojęcia jak dużo.), dziecinne gagi zaczynają niestety całkowicie dominować i rzecz zamienia się w bardzo błahą kreskówkę. Kiedy próbuje później jeszcze budować jakieś napięcie w scenach akcji, jest już za późno, aby brać ją na serio i się tu czymkolwiek przejmować. Tym samym Attack of the Robots można chyba tylko uznać za jedną z ciekawostek w filmografii reżysera. Szkoda.

Film odniósł jednak sukces komercyjny, więc należało kuć żelazo póki gorące. Tuż po premierze Franco wziął się więc za realizację Residence for Spies a.k.a. Golden Horn (1966), ponownie z Constantine’m w roli głównej. Obawiając się powtórki z rozrywki postanowiłem film pominąć i od razu przejść do ciekawiej zapowiadającego się…


1967 – Lucky, The Inscrutable

Film, wyjątkowo kolorowy, stanowi przykład pop-artowego kina komiksowego (są nawet czasem stylizowane na komiksowe panele „stopklatkowe” kadry z dialogami w dymkach) i zresztą w pewnych miejscach kojarzy się z późniejszym Diabolikiem (1968) Mario Bavy. Głównym bohaterem jest tytułowy agent, który próbuje być tajny, ale jest na to zbyt popularny i wszyscy go z miejsca rozpoznają. Wplątuje się on w intrygę, która w zasadzie nie ma większego znaczenia. Fabuła, prezentująca jego (i jego przypadkowo poznanego side kicka) podróże po świecie, naszpikowana jest absurdalnymi dygresjami i slapstickowymi gagami. I prowadzi tylko do – jak najbardziej zamierzonego – nonsensu. Jest więc wysoko-energetycznie, kolorowo, radośnie, lubieżnie (seksizm w starym stylu, znaczy się) i z fajnym rockiem psychodelicznym w soundtracku (który skomponował sam Bruno Nicolai!). Niestety, z czasem wkrada się tu monotonia. Tak to przeważnie jest z aktorskimi kreskówkami, aczkolwiek ta do końca pozostaje urokliwie ekscentryczna i ma przynajmniej naprawdę fajne zakończenie definiowane tak absurdem, jak i czarnym humorem. Tak jest, śmierci nie brakuje. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – to znowu tylko ciekawostka w filmografii twórcy specjalizującego się w zgoła odmiennych rejonach. Całe szczęście, akurat szykował do nich powrót.


1968 – Succubus a.k.a. Necronomicon

Drugi najlepszy film skandalizującego Hiszpana, jaki miałem okazję dotąd zobaczyć. O ile opisane powyżej The Diabolical Dr. Z z jednej strony ciągle siedzi w pulpie i gotyku lat 60., a z drugiej wprowadza do twórczości Franco surrealizm sensu stricto, tak Succubus to film, w którym reżyser odnalazł drzwi do krainy nadrealizmu i otworzył je na oścież. Mało tego, jeśli wcześniej tylko zaglądał tam przez okno, to tutaj faktycznie wszedł do środka, aby chcieć już tam na zawsze pozostać.

Jeśli pominąć mocno perwersyjny początek, z jakim to zwykle kojarzy się hiszpańskiego mistrza sleazu, obraz szybko zaskakuje swoim arthousowym sznytem. To nie jest już kino gatunku, to surrealistyczno-erotyczny odjazd z elementami horroru i nawałem nawiązań do literatury i kina. Jest Goethe, jest De Sade, ale jest też (zwykle subtelna) satyryczna szydera ze świata sztuki, psychoanalizy oraz filmów przepełnionych symboliką i celujących w „szukanie sensu życia” (wyjątkami są tutaj Bunuel, Lang i Godard, chyba jedyni filmowcy, których reżyser otwarcie celebruje). Granica między rzeczywistością a fantazją zacierana jest od pierwszej sceny, jednak kiedy niedługo później oglądamy niezwykle rozbudowaną sekwencję oniryczną (trwająca ponad 10 minut) wydaje się nam, że przynajmniej rzeczywistość i sen zostają wyraźnie oddzielone. Jak się później okazuje, nic bardziej mylnego. Z czasem wszystko coraz bardziej się miesza i ostatecznie niewiele da się logicznie wytłumaczyć. Nie wiem, czy brzmi to zachęcająco, więc dodam, ze film wygląda i brzmi pięknie, jest mocno sensualny, a główna bohaterka, zagubiona i zarazem demoniczna Lorna Green, to kolejne wcielenie tak Miss Muerte, jak i Alicji z Krainy Czarów. Tutaj jest to jednak Alicja w Krainie Dekadencji, Pożądania i Śmierci. Cudo.

PS. Najbardziej powszechna wersja filmu to anglojęzyczny Succubus. Franco miał pełną kontrolę tylko nad (w kilku miejscach odmienną) wersją niemiecką, którą nazwał Necronomicon, mimo że przedstawiona przezeń opowieść nie ma nic wspólnego z Lovecrfatem. Reżyser utrzymywał jednak wówczas, że… odnalazł wybrakowany egzemplarz literackiego Necronomiconu w bibliotece wiedeńskiego uniwersytetu i oparł scenariusz na jednej z historii, jakie miał w tej kultowej księdze wyczytać. Piękna bujda.


1968 – The Blood of Fu Manchu

Fu Manchu to prawdziwa ikona literackiej, komiksowej, telewizyjnej i kinowej pulpy; szwarccharakter powstały na początku XX wieku z czasem stał się archetypem złowieszczego geniusza i szalonego naukowca. The Blood of Fu Manchu to zaś czwarty z pięciu powstałych w latach 60. filmów o tym chińskim arcyłotrze granym przez legendarnego Christophera Lee i pierwszy z dwóch w reżyserii Franco. Nakręcony w trzy tygodnie, początkowo jawi się jako coś między kampowym kinem przygodowym a cokolwiek perwersyjnym women-in-prison. Złowieszczy Fu Manchu, po raz kolejny planujący podbić świat, nakazuje swoim ludziom porwać różnorakie piękności, które trzyma w swoich lochach w jakiejś bliżej nieokreślonej dżungli, stale terroryzowane, trzymane w kajdanach i półnagie. Następnie wszystkie ukąszone zostają przez pewnego tajemniczego węża, za sprawą którego kontrolowane są niczym voodoo zombie, w swojej krwi mając truciznę, którą mogą uśmiercić poprzez sprezentowanie komuś pocałunku. Plan Fu Manchu? Wysyłać je do ważnych osobistości z różnych krajów, zwanych przez antagonistę jego „śmiertelnymi wrogami”, i prezentować mordercze całusy. Oczywiście, zaraz jednak znajduje się jakiś sympatyczny poszukiwacz przygód, który musi szalonego geniusza powstrzymać. No trudno.

Franco był podobno wielkim fanem postaci Fu Manchu i cieszył się, że przyjdzie mu zrealizować adaptację jednej z klasycznych poświęconych mu powieści. Ale za scenariusz odpowiadał despotyczny producent Harry Alan Towers, który bardzo swobodnie podszedł do oryginału. To samo w sobie oczywiście nic złego (wprost przeciwnie!), tyle że scenariusz jest ewidentnie niedopracowany i zwyczajnie psuje całkiem fajnie wyglądający film. Elementy women-in-prison znikają, a szkoda, bo stanowiąc nietypowy kontrast ze scenami rodem z kreskówki są tyleż zaskakujące, co ożywcze. Różne fragmenty względnie ostrej przemocy i lekkiej erotyki jeszcze co jakiś czas wracają (wrażenie robi zwłaszcza sekwencja ukazująca pewnego bandytę i jego ludzi terroryzujących znajdujące się w dżungli miasteczko, z miejsca przywodząca na myśl spaghetti westerny, zwłaszcza że sam bandzior, okrutny i radosny jednocześnie, przypomina postaci grane przez Fernando Sancho!), lecz z czasem dominować zaczynają elementy dziecinnej przygody. Nierówna konstrukcja scenariusza to jedno. Są też niestety brzydkie dziury w fabule i Z-klasowe dialogi (- Został zamordowany. – Całkowicie?). Co prawda, różne komiksowo przegięte momenty umilają seans, lecz ciężko nie uznać całości za niedorobionego średniaka. Szkoda, był potencjał na kawał fajnie klasycznej, solidnej pulpy. Za drugi film Franco o chińskim złoczyńcy, również napisane przez Towersa, a uchodzące za słabsze The Castle of Fu Manchu (1969), już się brać nie będę. Znacznie ciekawsze tytuły miał reżyser wkrótce nakręcić.

CDN

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*