Wysypisko #16: Sexploitation

Szanowni pulpożercy. Walentynki tuż, tuż, trzeba więc się nań przygotować odpowiednią porcją niskogatunkowej tanizny o należytym charakterze. Dzisiaj przypominam cztery mniej czy bardziej obskurne tytuły bardzo różnie wpisujące się w szeroko pojmowane sexploitation, każdy zaś stworzony przez jednego z wielkich klasyków kontrowersyjnego nurtu – od José Bénazérafa przez Dorish Wishman po Russa Meyera. Zapraszam do zabawy.


1965 – Sexus (reż. José Bénazéraf)

Film noir idzie na randkę z (francuską) nową falą, a potem razem trafiają na imprezę organizowaną przez sexploitation. Reżyser José Bénazéraf był bowiem w takim samym stopniu zainteresowany awangardą, co kinem gatunku i eksploatacji (od dramatu gangsterskiego po pretekstową erotykę), a rozczarowany finansowymi niepowodzeniami swoich kolejnych projektów z czasem (na początku lat 70.) przerzucił się na kręcenie pornografii. W latach 60. zaliczył jednak sporo „czarnych” filmów o zabarwieniu erotycznym, przyglądając się na zmianę przestępstwom rozmaitych kryminalistów, ich różnego rodzaju igraszkom miłosnym i zmysłowym tańcom urokliwych striptizerek.

Sexus to, jak się zdaje, wzorcowy film podpisany przez Bénazérafa. Oryginalny tytuł francuski znaczy tyle, co Najdłuższa noc, lecz jego amerykański dystrybutor (legendarny Radley Metzger) celował w kina grindhouse’owe. Toteż należało podkreślić (nie tylko plakatem), że w filmie znaleźć będzie można goliznę i seks. (No, ewentualnie dystrybutor był też fanem powieści Henry’ego Millera pod tym samym tytułem z 1949 roku…) Fabuła jest banalnie prosta. Przedstawia bogatą nastolatkę porwaną dla okupu przez trzech jegomości i ich relacje – w jednym, najmłodszym, dziewczyna się oczywiście powoli zakochuje, inny ma coraz większą ochotę na jej ciało bez jej zgody. Atmosfera gęstnieje, napięcie rośnie, kolejne konflikty są nieuniknione. Akcja dzieje się, rzecz jasna, na odludziu, co pomaga ukryć niskobudżetowość produkcji. Jako że, jak to ktoś kiedyś napisał, Bénazéraf robił z kinem gangsterskim i kryminalnym mniej więcej to, co Jean Rollin z horrorem wampirycznym, standardowa fabuła zaprezentowana jest bardzo niestandardowo. Pełno tu długich ujęć i długich momentów nienaturalnej ciszy, jazzowa muzyka (autorstwa słynnego Cheta Bakera!) potrafi pojawiać się zupełnie niespodziewanie i niekoniecznie pasować do tego, co widzimy na ekranie. Mimo konwencjonalności opowieści jej konstrukcja jest dosyć anarchiczna, sprawia wręcz wrażenie improwizowanej, co jest rezultatem tak osobliwej formy (zwłaszcza wspomniany soundtrack), jak i scenariusza wyzbytego teoretycznie podstawowych elementów, tj. informacji na temat postaci i ich motywacji (kim właściwie są antybohaterowie? jaką mają przeszłość i jaką planują przyszłość? jaki jest dokładnie okup i jakie są szczegóły planowanej transakcji? kim jest porwana dziewczyna i jej bogaty ojciec? – te wszystkie pytania pozostają bez odpowiedzi).

Swoisty chaos wprowadzają tu też sceny „seksploatacyjne”, skupiające się wszakże bardziej na kobiecym ciele niż budowaniu napięcia i opowieści, zwłaszcza zaś w finałowym akcie. O ile jeszcze początkowo film jest przede wszystkim neo-noirowy, o tyle w ciągu ostatnich 20 minut staje się jednocześnie bardziej awangardowy i bardziej rozerotyzowany. Historia staje się bowiem bardzo dygresyjna, w pewnym momencie akcja przeskakuje z domku na odludziu do klubu nocnego, w którym szef szajki porywaczy ogląda akurat BDSM-owy striptiz dwóch kobiet (jego fragment reklamowany był na amerykańskich plakatach filmu). I ten właśnie striptiz okazuje się tu najważniejszym elementem. Kiedy jednak widz spodziewa się wtedy, że sam finał filmu będzie musiał stać pod znakiem seksu, reżyser wprowadza dialogi na temat sensu życia i miłości, a nawet niemal łamie czwartą ścianę każąc młodemu porywaczowi rozwodzić się nad celem typu postaci, który reprezentuje. Faszeruje przy tym obraz fatalizmem i pesymizmem, raz jeszcze nisko kłaniając się ukochanemu filmowi noir. Choć podczas seansu najczęściej do głowy przychodził mi Jean-Luc Godard, samo zakończenie przyniosło na myśl twórczość Jean-Pierre’a Melville’a. Nie wątpię jednak, że jeśli Melville oglądał Sexusa, to podczas projekcji mógł tylko stukać się w czoło lub kręcić głową na „nie”. Zimne i bardzo dziwne kino. Artystyczna pulpa lotów na zmianę wysokich i niskich.


1968 – Indecent Desires (reż. Doris Wishman)

Głodni ekstrawaganckiego sexploitation? Na ratunek przychodzi Doris Wishman (nie po raz pierwszy i nie ostatni, ale tym razem pod pseudonimem Louis Silverman). Nieformalna królowa tego obskurnego gatunku w samym środku złotego okresu swojej twórczości nakręciła osobliwe, psychodeliczne Indecent Desires, które i dziś potrafi wprawić w osłupienie. Rzecz prezentuje losy grzebiącego po śmietnikach samotnika. Pewnego razu znajduje on na dnie jednego z nich lalkę, która okazuje się mieć moc przypominającą voodoo. Otóż za każdym razem, gdy ją dotyka (tak, jest wyjątkowo samotny), dotyk ten odczuwa pewna blondynka, którą niedługo po znalezieniu lalki zobaczył na ulicy. Mężczyzna, choć powoli zakochujący się w kobiecie – którą zaczyna wkrótce śledzić – najwyraźniej nawet nie zdaje sobie sprawy z tejże mocy. Tymczasem biedaczka, czując się terroryzowana „niewidzialną dłonią” w najróżniejszych sytuacjach, zaczyna załamywać się nerwowo.

Co prawda, scenariusz bywa bezlitośnie pretekstowy – czasem, wedle wymogu konwencji, zmuszeni nagle jesteśmy oglądać przez kilka minut gimnastykującą się piękność – jednak całość robi wrażenie swoją osobliwością. Nie jest to przy tym agresywne roughie, z których Wishman w tym okresie była najbardziej znana (choć, podkreślmy, jest parę scen „voodoo przemocy”, które przypominać mogą o obrazach pokroju Bad Girls go to Hell [1965]), ani też obraz jakoś naprawdę mocno eksploatacyjny. To przede wszystkim przepełniona jazzową muzyką fantazja. Formalnie surowa, wyzbyta potencjalnego kreowania atmosfery grozy, jednak względnie gęsta, całkowicie rezygnująca z jakichkolwiek prób wyjaśnienia całej opowieści i właśnie dzięki temu ocierająca się o abstrakcję i intrygująca. Wyobraźnia Doris Wishman była światem jedynym w swoim rodzaju.


1973 – Black Snake (reż. Russ Meyer)

Blaxploitation i Russ Meyer – to brzmi dziwnie. Blaxploitation rozgrywające się w XIX wieku na Galapagos – to brzmi jeszcze dziwniej. Black Snake to zatem kawał bardzo specyficznej pulpy. Dalekiej od najlepszych dokonań mistrza sexploitation, a zarazem na tyle nietuzinkowej, że wartej seansu (ma zresztą swoich oddanych fanów). Głównym bohaterem jest podający się za księgowego Anglik imieniem Charles, który przybywa na wyspę San Cristobal pracować dla sadystycznej Lady Susan, będącej właścicielką plantacji trzciny cukrowej, gdzie w tajemniczych okolicznościach miał wcześniej zaginąć jego brat. Na plantacji pracują głównie czarni, oczywiście skrajnie wykorzystywani, poniżani i katowani, a film bardzo szybko okazuje się dotyczyć głównie kwestii rasizmu oraz niewolnictwa. A więc taki prowokacyjny i wulgarny pajac, jak Russ Meyer, i tak poważna tematyka? Owszem, ale reżyser nie byłby sobą, gdyby nie zrobił z tego swego rodzaju kreskówki. Na zmianę agresywnej (a w finale już naprawdę przepełnionej okrutną przemocą) oraz zupełnie błahej.

Lady Susan to zaś, oczywiście, meyerowska seks-bomba. Wiecznie niewyżyta i potężna ex-prostytutka, choć w przeciwieństwie do pozostałych super-kobiet reżysera nie cechuje się ani szczególnie wielkim biustem, ani urokiem (na to drugie jest zbyt antypatyczna; sam autor miał bardzo żałować, że obsadził Anouskę Hempel w tej roli, lecz nie mógł się już z tego wycofać). Nie brakuje tu seksualnych podtekstów i jest też kilka niedwuznacznych sytuacji, lecz to jeden z tych nielicznych filmów Meyera, gdzie zwykle na tym kończy się rajcowanie grindhouse’owej publiczności seksem i golizną (jednak w przeciwieństwie do Faster Pussycat! Kill! Kill! czy Motor Psycho [oba 1965] niekoniecznie to tutaj pasuje).

Black Snake (tytuł to określenie na pejcz, którym katuje czarnych pewien brutal na usługach bezwzględnej szefowej) to jeden wielki antyrasistowski manifest. Jest przy tym na tyle wulgarny i okrutny (tj. tak często prezentuje negatywne postaci zachowujące się bezwzględnie wobec czarnych i dorzucające wszędzie „nigger„), że nawet mimo swojego mocno dydaktycznego zakończenia bywa dziś odbierany jako niepoprawny. Po seansie muszę przyznać, że „Blaxploitation i Russ Meyer” nie brzmi już dla mnie tak dziwnie. Mało tego, trochę mi nawet szkoda, że film okazał się komercyjną porażką i reżyser nigdy już nie brał się za „czarny nurt”. Co prawda, dzięki temu później nakręcił jedne ze swoich najlepszych obrazów (Supervixens [1975] oraz Up [1976]), jednak znając już ten tytuł dosyć łatwo mi sobie wyobrazić, że Russ mógł być naprawdę niezłym twórcą tego rodzaju kina. Że choć preferował opowieści rozgrywane gdzieś na dzikich zadupiach (a takie wszakże Black Snake również jest), to mógłby się naprawdę sprawdzić w jakimś po swojemu przegiętym filmie gangsterskim prezentującym brudne ulice wielkiego miasta pełne dziwek, alfonsów i dilerów. Russ Meyer i jego wersja Coffy (1973)? Oddałbym pół swojego fikcyjnego królestwa, aby móc to zobaczyć.


1975 – The Immoral Three (reż. Doris Wishman)

The Immoral Three to podobno jeden z najlepiej wyglądających filmów w dorobku „królowej sexploitation” Doris Wishman. Scenariuszowo jest to chyba jednak najbardziej bałaganiarski i najgłupszy jej obraz, jaki widziałem. W czym jego wielki urok. Jest to trzecie – po zwykle bardziej lubianych Double Agent 73 i Deadly Weapons (1974) – i ostatnie już dokonanie reżyserki wpisujące się w kino szpiegowskie. Fabuła oscyluje wokół trzech nieznających się wcześniej sióstr przyrodnich, które na pogrzebie swojej zamordowanej matki dowiadują się, że ta pracowała jako szpieg. Aby odziedziczyć po niej spadek – bo babeczka dorobiła się milionów dolarów – muszą jednak rozwiązać zagadkę jej śmierci i ją pomścić. Intryga, wbrew pozorom, nie jest tu szczególnie istotna, gdyż film szybko okazuje się być skonstruowanym na miarę możliwie najbardziej stereotypowego i pretekstowego porno. Co sugeruje sam tytuł, gdyż bohaterki to po prostu bardzo lubieżne dziewczyny, które chętnie uwodzą lub dają się uwodzić w każdej możliwej sytuacji. Kiedy więc jedna z nich wsiada do windy z obcym facetem, możemy być pewni, że ta się zaraz zepsuje i zrobi się tam bardzo gorąco. Film nie jest jednak w żadnym razie pornolem, więc reżyserka ogranicza się do częściowej golizny oraz sugestywności. Najbardziej rozbrajającym fragmentem pozostaje dla mnie ten, gdy jedna z bohaterek podrywa ogrodnika ssąc banana – gdy mężczyzna podchodzi do niej, aby rozpiąć rozporek, otrzymujemy miks ujęć ukazujących jego ekscytację oraz tych pokazujących kobietę ciągle bawiącą się owocem. Całość oferuje też jednak sceny niemalże na miarę giallo. Wszystkie te seksualne przygody przeplatane są bowiem luźną kontynuacją śledztwa, w trakcie którego co jakiś pojawia się tajemniczy morderca, przeważnie w czarnych skórzanych rękawiczkach i jakimś ostrzem wbijającym się w kolejne ciała. Całość kończy się zresztą niemałym wybuchem przemocy wskazującym już na to, że Wishman zaczynała interesować się horrorem. Co prawda, wygląda to równie tanio, naiwnie i nieudolnie, jak większość pozostałych fragmentów, ale – rzecz jasna – w tym znowu jego urok.

Świeżo upieczony magister filmoznawstwa na University College London. Miłośnik spaghetti westernu, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*