Wysypisko #19: Krimi po raz drugi

Od jakiegoś czasu względnie regularnie oglądam kolejne zachodnio-niemieckie filmy krimi. Po raz pierwszy te mniej czy bardziej proto-giallowe produkcje zawitały do Wysypiska w odcinku czternastym. Teraz pora na opisy kolejnych czterech tytułów – trzech w różnym stopniu miksujących kryminał z horrorem oraz jednego będącego błyskotliwym, niezwykle dowcipnym pastiszem konwencji. Zapraszam do lektury, zachęcam do seansów.


1960 – The Terrible People (Harald Reinl)

Trzecie krimi w historii i bodaj pierwsze śmiało krzyżujące kryminalne whudunnit i policyjny procedural z elementami horroru gotyckiego. Akcja zaczyna się w banku, który próbuje obrabować podstarzały kryminalista. Gdy, częściowo rezultatem zwykłego pecha, zostaje zaraz schwytany, trafia do więzienia i następnie zostaje skazany na karę śmierci. Tuż przed powieszeniem obiecuje jednak osobom odpowiedzialnym za jego pojmanie i uśmiercenie – od pracownika banku, przez sędziego, po policjanta prowadzącego śledztwo w jego sprawie – że zemści się na nich zza grobu (co przywodzi na myśl horrory o czarownicach rzucające klątwy na swoich oprawców tuz przed spaleniem na stosie). Jak obiecuje, tak czyni, gdyż niedługo później kolejne osoby zaczynają faktycznie ginąć. Zwykle przez powieszenie, a czasem innymi sposobami, np. poprzez zadźganie nożem. Rozgrywanym nocami mordom towarzyszy horror-podobna, organowa muzyka, a często też porywisty wiatr, deszcz czy pioruny gdzieś w tle. Morderca, na miarę późniejszych filmów giallo, przez większość tych scen pozostaje tajemniczym, chowającym się w ciemnościach i z niewidoczną dla kamery twarzą. Zawsze też jednak pojawia się jakiś świadek, który w ostatniej chwili rozpoznaje zbiegającego z miejsca zbrodni powieszonego kryminalistę. Toteż szybko staje się jasnym – mamy do czynienia z duchem!

Rzecz jasna, wystarczy mieć więcej niż 12 lat, aby zorientować się, że intryga zostanie rozwiązana dokładnie tak, jak by to był kolejny odcinek Scooby-Doo. Zanim jednak do tego dojdzie, znajdujący się na liście zbrodniarza inspektor Scotland Yardu (lista ta, warto zaznaczyć, zostaje nawet zostawiona przez ducha w paru miejscach, aby terroryzować kolejne planowane ofiary) rozpocznie śledztwo, które zaprowadzi go do pewnej szajki przestępczej mającej najwyraźniej coś wspólnego ze zmarłym. Niestety, kolejne zabójstwa, nadające fabule wyrazistego charakteru, pojawiają się stopniowo coraz rzadziej, ustępując miejsca przepełnionemu dialogami śledztwu oraz wątkowi miłosnemu, jaki rozgrywa się między przystojnym inspektorem a pewną pięknością. Dochodzi tu jednak w końcu do porwania kobiety, przywiązania jej do krzesła i nafaszerowania nielegalnymi substancjami, co dodaje filmowi pewnej „ostrości”, a i główny bohater, nie będąc w stanie uratować kolejnych planowanych ofiar ducha, zaczyna tracić pewność siebie i działać cokolwiek desperacko, co jest całkiem interesującym elementem fabuły. Innymi słowy, trochę narzekam (brakowało mi zwłaszcza bardziej typowego dla nieco późniejszych krimi ekscentryzmu), ale to ciągle w miarę solidne kino w starym stylu, warte polecenia tym, którzy nie mają problemu z leniwą narracją i urokliwie naiwną intrygą. Pojawia się też całkiem sympatyczna postać fotografa, grana przez ikonicznego dla krimi komika Eddiego Arenta, który mdleje na widok jakichkolwiek śladów przemocy, co potrafi rozbawić w paru niekoniecznie oczekiwanych miejscach.

SPOILEROWE PS. Zakończenie to Scooby-Doo i i proto-giallo na raz. Morderczy „duch” nosi maskę powieszonego przestępcy, a kiedy ją ściąga, okazuje się być ubierającą męskie ubrania (i naśladującą ruchami płeć brzydką) kobietą. To rozwiązanie, służące zmyleniu tak bohatera filmu, jak i oczywiście samych widzów, szybko miał pokochać Mario Bava, umieszczając je wszakże już w swoich dwóch pierwszych gialli, a w latach 70. spopularyzował je jeszcze Dario Argento. Zastanawiam się tylko, czy to pomysł, który znajdował się już w powieści Edgara Wallace’a z 1926 roku, czy został raczej zaczerpnięty z hitchcockowskiej Psychozy (1960).


1963 – The Black Abbot (Franz Josef Gottlieb)

Ruiny podobno nawiedzonego opactwa, plotki o schowanym tam gdzieś złocie, legenda o strzegącym go zakapturzonym mnichu, który zabije każdego śmiałka. Tak prezentuje się zarys fabuły filmu, który miał się stać jednym z większych przebojów kina krimi. Niemniej, chociaż mnicha wbijającego nóż w swoją ofiarę oglądamy już w scenie otwierającej, jego postać stanowi bardziej tło niż centrum intrygi. Opowieść skupia się na grupce postaci w różny sposób powiązanych z rzekomym właścicielem wspomnianego złota, od jego narzeczonej (którą „sprzedał” mu jej brat i którą odebrać zamierza mu pewien oszust) po jego pracowników. Rzecz jasna, niemal każdy tu kogoś podgląda i podsłuchuje, a większość postaci interesuje dorwanie skarbu. Jest to przy tym jedno z nielicznych krimi, w których rola policji jest stosunkowo niewielka, mimo że na pierwszym planie mamy uber-przystojnego Joachima Fuchsbergera, który zwykł specjalizować się w rolach detektywów i inspektorów. I tu dochodzimy do najciekawszego – The Black Abbot co jakiś czas pogrywa sobie z konwencją, stosując dosyć przewrotne rozwiązania. Choć na drugim planie mamy ikonicznych aktorów odtwarzających standardowe dla siebie typy postaci (Klaus Kinski jako złowieszczy lokaj i Eddi Arent jako komediowy fajtłapa ze Scotland Yardu), Fuchsberger wciela się tu w pomocnika bogacza, najpierw wydając się typowo sympatycznym, ale już w połowie filmu pokazując swoje znacznie mniej urokliwe oblicze i stając się jednym z głównych podejrzanych o dokonywanie kolejnych mordów w stroju mnicha (podejrzanych, zaznaczmy, zwłaszcza w oczach widzów, którzy otrzymują w pewnym momencie całkiem niezłą dozę suspensu). Same sceny z „upiorem”, choć nie pojawiają się zbyt często, robią fajne wrażenie, głównie ze względu na pewne powinowactwo z horrorem gotyckim – rozgrywają się zawsze w ruinach lub okolicznym lesie, w ciemnościach, czasem w podziemiach i czasem też w towarzystwie mgły i odpowiednio nastrojowej (lub przegiętej) muzyki. Najciekawszym (i najbardziej przewrotnym) jest samo potraktowanie postaci zakapturzonego mordercy (i teraz będą spoilery do końca akapitu) – otóż, po pierwsze, okazuje się on być stworzonym specjalnie dla potrzeb bogacza, który ma spore problemy natury psychicznej (przez cały film unika brania przypisanych mu tabletek i w samym finale wybucha szaleństwem), po drugie, wcielają się w niego różne osoby (dlatego raz atakuje nożem, a innym razem rewolwerem), po trzecie, w samym zakończeniu pojawia się nagle sugestia, że naprawdę mamy do czynienia z duchem, która jednak zostaje obrócona w jeden wielki żart (oto biedny Eddi Arent wpadł do studni i potrzebował nowych ubrań, a te mnisie leżały akurat niedaleko); zdaję sobie sprawę, że to ostatnie nie brzmi tu szczególnie dobrze, ale w filmie zostaje naprawdę nieźle rozegrane.

Końcowym rezultatem kawał całkiem zgrabnego, interesującego filmidła. Które okazało się na tyle popularne, że zaraz konkurencyjne studio CCC ruszyło z produkcją swojej opowieści o całej grupie zakapturzonych „mnichów” (jej opis znajdziecie poniżej), natomiast produkujące The Black Abbot studio Rialto Film ruszyło do boju z dwoma innymi tytułami bazującymi na dokładniej tej samej fabule. O jeszcze fajniejszym The Monk and the Whip (1967) już kiedyś pisałem, natomiast seans The Sinister Monk (1965) ciągle przede mną.


1963 – The Mad Executioners (Edwin Zbonek)

Krimi oparte na jednych z bardziej makabrycznych i groteskowych pomysłów w historii RFN-owskiego gatunku. Pierwsza godzina filmu jest wprawdzie raczej standardowa, choć porusza nietypowy dla konwencji temat samozwańczych stróżów prawa. Oto bowiem niejako zwiastująca narodziny Brudnego Harry’ego grupa blisko dziesięciu osób zajmuje się porywaniem groźnych przestępców do ponurej krypty na miarę rasowego horroru gotyckiego (z trumnami służącymi za stoły) i dokonuje szybkiej rozprawy sądowej, której rezultatem jest zawsze skazanie na śmierć przez powieszenie. Mężczyźni biorą następnie takiego skazańca i wieszają w różnych miejscach w Londynie, zwykle powiązanych jakoś z jego zbrodniami. Co ciekawe, panowie przebierają się w stroje zakapturzonych mnichów, co jest oczywiście pomysłem wyjętym z opisywanego wyżej The Black Abbot, a linę do wieszania za każdym razem kradną z muzeum Scotland Yardu, tym samym próbując nadać swoim działaniom mocno symbolicznego charakteru. Sam Scotland Yard szybko oczywiście rusza do akcji próbując rozszyfrować tożsamość sprawców zamieszania, co jest najbardziej konwencjonalnym i najmniej interesującym elementem filmu (aczkolwiek część postaci okazuje się zgadzać z działaniami grupy, co wprowadza interesującą i nieczęstą w krimi ambiwalencję moralną).

Jednakowoż w tle rozgrywa się pomniejszy wątek. Oto w mieście grasuje również seryjny morderca odcinający pięknym kobietom głowy, które następnie z jakiegoś powodu zachowuje, ich ciała porzucając na mieście. Nietrudno się domyśleć, że wątek ten – początkowo rozgrywany jakby tylko przy okazji – wskoczy w końcu na pierwszy plan i zostanie jakoś powiązany z gangiem ulicznych mścicieli. Jednak sposób, w jaki się to dzieje, momentalnie wywala z butów. Postać mordercy okazuje się być jednym z największych pojebów w historii krimi, a jego wątek zaczyna nagle całkowicie dominować opowieść. Wręcz asymiluje ją, czyniąc ją niezwykle mroczną i niepokojącą. Film do samego końca trzyma się już tej ścieżki, by jeszcze w samym zakończeniu zaszokować pewną ponurą woltą. Wbrew temu, jak był reklamowany, nie nazwałbym go od razu horrorem, choć faktycznie posiada pewne horrorowe elementy czyniące go bardzo drapieżnym. Ostatnie pół godziny filmu to zdecydowanie jedne z najmocniejszych i najlepszych sekwencji całego gatunku. Dla nich właśnie zdecydowanie warto.

SPOILEROWO O OSTATNICH 30 MINUTACH:
Przedstawiony tu morderca wygląda bardzo zwyczajnie, bo to na pierwszy rzut oka zwykły starszy pan. Żadnych typowych dla krimi kostiumów i masek. Okazuje się być jednak szalonym naukowcem eksperymentującym na kobietach. Stworzył on bowiem mechaniczne ciało – z mechanicznymi organami wewnętrznymi – i potrzebuje „tylko” przeszczepić doń ludzką głowę, aby postawić wieki krok w rozwoju medycyny. Kolejne zabiegi kończą się jednak niewypałami, więc tak porywa, tnie i morduje kolejne kobiety. Jego właściwe wprowadzenie do filmu zwala z nóg z dwóch powodów. Po pierwsze, oto sama ukochana będącego głównym bohaterem filmu inspektora zostaje użyta jako przynęta i… policja momentalnie ją traci. Naukowiec robi ich w konia błąkając się z nią po pustostanach i ucieka im. Bohater jest załamany, policja nie wie co robić. W tym momencie pojawia się wielki wyścig z czasem i solidna doza fatalizmu. Po drugie, morderca zaprowadza biedaczkę do swojego mieszkania, które jest przepełnione ekspresjonistycznymi, abstrakcyjnymi oraz surrealistycznymi obrazami, rysunkami i rzeźbami. Są wszędzie. Pojawia się mroczna, psychodeliczna muzyka. Wygląda to przerażająco. Morderca zaprasza panią na herbatkę. Pani pije herbatkę. Wszyscy wiemy, co jest w herbatce. A na samo zakończenie dochodzi jeszcze pewna wolta. Jest już zdradzać nie będę, ale dodam, że czyni ona opowieść naprawdę smutną. I z jednej strony szkoda, że cały film nie jest na takim poziomie, jak to ostatnie pół godziny, ale z drugiej, gdyby nie jego względnie typowa dla krimi pierwsza godzina, to ten ostatni akt nie robiłby aż takiego wrażenia.


1964 – The Ringer a.k.a. The Mysterious Magician (Alfred Vohrer)

Przewrotne kino zemsty, whodunnit doprowadzone do absurdu i kolejny przebój krimi. Tym razem ekscentryczny złoczyńca z tytułu jest postacią, której nie da się nie kibicować i która jest wyjątkowo tajemniczą, gdyż… przez niemal cały film nie wiemy nawet, jak wygląda. Mimo że – i jest to piękny paradoks – często mamy ją na ekranie. Ale o co w ogóle chodzi? W pierwszej scenie zamordowana zostaje sekretarka, która najzwyczajniej w świecie dowiedziała się co nieco za dużo o nielegalnych działaniach swojego szefa i jego trójki kryminalnych wspólników (uściślając, panowie trudnią się handlem żywym towarem – porywają piękne kobiety i sprzedają je jako prostytutki). Do akcji wkracza oczywiście Scotland Yard. Prowadzący śledztwo inspektor Higgins (ikoniczny Joachim Fuchsberger) zadaje szefowi zamordowanej jedno pytanie: czy zdaje sobie sprawę, że była ona siostrą legendarnego arcy-kryminalisty znanego jako Ringer? Mina biedakowi natychmiast rzednie, bo już wie: specjalizujący się w złodziejstwie i kamuflażu Ringer, który uciekł niegdyś z UK do Australii, powróci celem zemsty i nie będzie miał litości. I tak oto do Londynu przybywa wkrótce żona „złoczyńcy”, aby zorganizować pogrzeb jego siostry, a jej śladem podąża pewien tajemniczy mężczyzna podający się za reportera (specjalizujący się w rolach inspektorów Heinz Drache); tymczasem do drzwi Scotland Yardu puka emerytowany policjant, który niegdyś prawie dorwał Ringera i teraz ma pomóc go schwytać, natomiast do drzwi szefa szajki porywaczy puka nowy i cokolwiek tajemniczy lokaj (komik Eddi Arent). Rzecz jasna, ktoś z nich jest Ringerem i cała intryga filmu oscyluje nie tyle wokół jego zemsty, co odkrycia jego tożsamości. No, pojawia się jeszcze kilka postaci, ale to tak swoją drogą. Krąg podejrzanych o bycie arcy-kryminalistą pozostaje bowiem niewielkim i to też sprawia, że tym chętniej widz wciąga się w zabawę. W jedną wielką zabawę w kotka i myszkę, która szybko wywraca konwencję whodunnit do góry nogami. Specyficznego uroku dodaje całości fakt, że w postaci na zmianę współpracujących ze sobą i konkurujących twardzieli wcielili się akurat Fuchsberger i Drache, którzy znani byli z grania głównych bohaterów krimi i nie zwykli występować razem w jednym filmie. Rzecz jasna, obsadzenie ich tutaj i to w taki sposób stanowi jedno wielkie mrugnięcie okiem do widza interesującego się gatunkiem i pewną wskazówkę co do rozwoju fabuły. Ta zaś prowadzona jest cały czas bardzo lekko, dowcipnie i przyjemnie, w finale oferując piękne burzenie czwartej ściany, kiedy to w pomieszczeniu pełnym postaci gaśnie światło i nagle pojawia się czarny ekran z napisem mówiącym coś w stylu: „A czy ty, drogi widzu, wiesz już, kto jest Ringerem?”. Bardzo klawe, bezpretensjonalne i fajnie ironiczne kino, które potrafi dać mnóstwo frajdy. Jak dla mnie ścisła czołówka gatunku.

Film odniósł spory sukces komercyjny i doczekał się sequela w postaci Again the Ringer (1965). Jeszcze nie oglądałem, lecz to oczywiście tylko kwestia czasu.

Student brytyjskiego filmoznawstwa (obecnie radośnie piszący pracę doktorską na temat spaghetti westernu). Miłośnik gatunkowej włoszczyzny, filmu noir, horroru, surrealizmu, komiksu, fotografii analogowej, garażowego rocka i kilku innych rzeczy. Podobno założył kiedyś Kinomisję.

1 Trackback / Pingback

  1. Wysypisko #21: Mordercze garbusy, ogary i kukiełki (czyli krimi po raz czwarty) - Kinomisja Pulp Zine

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*